,
Obserwuj
Kultura

"Strefa interesów" z szansami na Oscary. "To się momentami ciężko ogląda"

Kamil Śmiałkowski
3 min. czytania
08.03.2024 17:55
- Tego filmu nie należy porównywać z "Listą Schindlera" czy "Synem Szawła" - mówi o "Strefie interesów" Piotr Cywiński, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Film z pięcioma nominacjami do Oscarów powstał dzięki bliskiej współpracy reżysera z oświęcimskim muzeum.
|
|
fot. Gutek Film

Nagrodzony 'Złotą Palmą' w Cannes i trzema nagrodami BAFTA oraz wyróżniony pięcioma nominacjami do zbliżających się Oscarów film 'Strefa interesów' w reż Jonathana Glazera, to rozgrywająca się podczas drugiej wojny światowej opowieść o codziennym życiu niemieckiej rodziny. Tyle, że głową tej rodziny jest Rudolf Hess, komendant obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Jego dom mieści się tuż obok miejsca zagłady. - Glazer przybył dziewięć lat temu i powiedział, że chce się zmierzyć z tym tematem - wspominał w 'Popołudniu' radia TOK FM gość Anny Piekutowskiej, dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński. Opowiadał, że reżyser nie miał wtedy jeszcze żadnego pomysłu, chodził po terenie, czytał, dopytywał, potem przysłał ekipę na dokumentację.

'Strefa interesów' w kinach. Dwie rzeczywistości

Z czasem powstał film, w którego produkcję zaangażowała się też polska kinematografia. Jedną z producentek była Ewa Puszczyńska, za zdjęcia odpowiadał dwukrotnie już nominowany do Oscara Łukasz Żal. Film także kręcono w Polsce, w bezpośredniej bliskości muzeum. Dyrektor Cywiński tłumaczył, jak nowatorską metodą posłużył się reżyser. 'Strefa interesów' była bowiem kręcona w normalnym domu, budynku zachowanym z czasów okupacji. Reżyser rozstawił w pomieszczeniach kilkanaście niewielkich kamer, a cała ekipa siedziała w hangarze zbudowanym nieopodal. - W tym domu przebywali wyłącznie aktorzy i odgrywali te sytuacje w sposób całkowicie naturalny - chwalił Cywiński i podkreślał, że w jego opinii widać na ekranie właśnie tę naturalność.

Gość TOK FM za całkowicie chybione uważa zarzuty o braku w tym filmie większego nacisku na tragedię Auschwitz. - To nie jest film ani o zagładzie, ani o obozie - tłumaczył Cywiński. To, jego zdaniem, historia człowieka, który potrafił sobie racjonalizować rzeczywistość do granic absurdu. - To jest film antropologiczny, o ludzkiej zdolności do tworzenia światów alternatywnych i narracji samooczyszczającej. O racjonalizacji dopchniętej do kompletnego absurdu. To się momentami ciężko ogląda. Życie w dwóch rzeczywistościach naraz - mówił dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

- Tego filmu nie należy porównywać z 'Listą Schindlera' czy 'Synem Szawła' - twierdził Cywiński, przekonując, że nie jest to film holocaustowy.

'Holopolo' czyli świadome wprowadzanie w błąd

Prowadząca audycje spytała także o nieustannie rosnący w ostatnich latach rynek 'holopolo', banalizowanie zagłady - popkulturowych produkcji, głównie literackich, gdzie holocaust stał się tłem dla romansów czy kryminałów. Dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau przyznał, że roi się od tego rodzaju publikacji. - To robienie sobie finansowo dobrze na karku ofiar - oceniał Cywiński. Z dużą pewnością podważał też merytoryczną jakość tych pozycji. - To wprowadzanie czytelnika w błąd i to w sposób świadomy - stwierdził gość TOK FM.

Holland rozczarowana ruchami rządu Tuska. 'Jest mi smutno'

Cywiński opowiadał, że ilekroć widzi w takich książkach zapewnienia o autentyczności realiów i samej historii sprawdza, czy ich autorzy kiedykolwiek zwrócili się do muzeum, szukając materiałów, czy źródeł. Jeszcze się tak nie zdarzyło. - Jest to zamach na wyobraźnię ludzką. Ludzie to czytają i zmienia im się wyobrażenie, czym było to skrajne piekło na Ziemi - dobitnie spuentował dyrektor Cywiński.