Dlaczego Polska śmieje się z "amiszów" z Lubelszczyzny? 5G i inne "miejskie strachy" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z książki "Miejskie strachy. Miasto 15-minutowe, 5G oraz inne potwory" autorstwa Łukasza Drozdy, wydanej 24 kwietnia 2024 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Jak wygląda pies wychowany pod masztem sieci 5G w Kraśniku? Jak żubr. Dlaczego w tym mieście ludzie piorą ubrania w rzece? Bo to strefa wolna od AGD. Jak wygląda tamtejszy monitoring miejski? Jak grupa wścibskich emerytek, które wypatrują wszelkich wydarzeń ze swoich balkonów. Mieszkańcy to naturalnie grupa amiszów, czyli członków konserwatywnej wspólnoty protestanckiej, odrzucającej osiągnięcia współczesnej techniki, w najbardziej radykalnym odłamie w ogóle nieużywająca elektryczności. Na lokalną radę miejską składa się z kolei grupa ludzi, którzy dyskutują o wysłaniu kogoś na kraniec globu, aby udowodnić, że planeta jest w istocie płaska. Radni podczas dyskusji siedzą w spiczastych czapkach, wykonanych za pomocą folii aluminiowej, od których to wywodzi się określenie "foliarz", opisujące osobę wierzącą w teorie spiskowe, chcącą chronić się w ten sposób przed złowrogim promieniowaniem. To obelżywy termin, ale mniej stygmatyzujący niż synonimy, z których chyba najczęściej używanym w powszechnym obiegu jest "szur" - określenie wzięte od bycia "szurniętym", o czym świadczy podatność na wiarę w nieprawdopodobne brednie.
Skąd biorą się te średnio uprzejme drwiny, które kraśniczanki i kraśniczan przedstawiają jako zapalonych foliarzy? Internetowa wyszukiwarka po wpisaniu zapytania "Kraśnik memy" zwraca bardzo dużą liczbę wyników. Internet jest dla tej miejscowości okrutny, bo owo położone nieopodal Lublina, trzydziestosiedmiotysięczne miasto powiatowe, stało się przedmiotem znacznie bardziej okrutnych żartów niż te, jakich od dawna doświadczali dyżurni chłopcy do bicia dla wielkich metropolii w rodzaju Konina, Radomia i Zgierza, wiecznie wyśmiewany Wąchock, albo miejsca goszczące szpitale psychiatryczne, padające ofiarą stygmatyzacji chorób psychicznych, metodą obrażania, wykorzystywaną również przy okazji wyśmiewania wspomnianych szurów.
Dowcipy z Kraśnika są znacznie bardziej poniżające, ale mają zakorzenienie w jak najbardziej realnych wybrykach lokalnych polityków. Najpierw, czyli 30 maja 2019 roku, rada miejska uznała, że sprzeciwia się 'ideologii LGBT' oraz nie pozwoli "wywierać administracyjnej presji na rzecz stosowania poprawności politycznej (niekiedy słusznie zwanej po prostu homopropagandą)". 22 września 2020 roku radni poszli za ciosem i na wniosek Koalicji Polska Wolna od 5G sprzeciwili się również technologii mobilnej piątej generacji, skrótowo określanej akronimem zawartym w nazwie wspomnianej organizacji. Sieć bezprzewodowa jest groźna, a stacje bazowe infrastruktury telekomunikacyjnej budzą poważne podejrzenia ze względu na emisję promieniowania elektromagnetycznego, tak zwanego elektrosmogu - argumentowali populistyczni aktywiści, których narrację podzielili rajcy z lubelskiego miasteczka. Przychylając się do stanowiska swoich nie do końca fachowych doradców, radni wezwali między innymi do wyłączenia sieci wi-fi w lokalnych szkołach oraz polecenia ich uczniom, aby w trakcie lekcji przełączali telefony w tryb samolotowy.
Troski te są już jednak nieaktualne, bo druga uchwała została odwołana przez radę miasta już dziewięć dni później, a pierwsza, czyli niepokój o zagrożenie generowane ponoć przez osoby nieheteronormatywne, przestała oficjalnie obowiązywać w 2021 roku. Fanatyczny dogmatyzm drogo jednak kosztował, bo prawdopodobnie z tego względu miastu przeszła koło nosa szansa na realizację wartego 39 milionów złotych projektu finansowanego z funduszy norweskich. Miasteczko z Lubelszczyzny stało się dzięki swoim radnym symbolem obciachu, nawet do dzisiaj wyśmiewanym bez litości jako narodowy symbol ciemnogrodu.
Kraśnik nie jest jednak wyjątkowy. Rzeczywiście, szczególne jest aż tak konsekwentne i oficjalnie urzędowe oddanie się spiskowym wierzeniom, równocześnie w kontekście orientacji seksualnych, tożsamości płciowych i sieci bezprzewodowej. Podobna pasja do wątku technologicznego była na poziomie polskiego samorządu naprawdę rzadkim przypadkiem, chociaż analogiczną decyzję podjęli radni maluteńkiej gminy wiejskiej Solina z województwa podkarpackiego. Homofobiczne akty prawa lokalnego były za to całkiem powszechne, bo jak podaje Wikipedia, na początku 2020 roku promowaną przez Ordo Iuris samorządową kartę praw rodzin albo inne, wymierzone w "ideologię LGBT" dokumenty, podobne do tego z Kraśnika, uchwaliły organy władz lokalnych, obejmujące swoją jurysdykcją bez mała jedną trzecią kraju. Właściwie całą południowo-wschodnią Polskę, pięć województw, a także kilkadziesiąt jednostek samorządu terytorialnego niższego rzędu, jednocześnie powiatów, gmin i miast, w tym prawie trzy razy większy od Kraśnika Nowy Sącz. Kiedy piszę te słowa, podobnych aktów prawa lokalnego została już tylko garstka: albo wycofały się z nich rakiem same samorządy, albo zmiotły je orzeczenia sądów administracyjnych. Sprawa "stref wolnych od LGBT" zyskała dzięki temu międzynarodowy rozgłos.
Wspomniane lubelskie miasteczko wcale nie jest największym zagłębiem polskiego fundamentalizmu. Od 2018 roku jego burmistrzem jest Wojciech Wilk, lokalny polityk z partii Trzaskowskiego i Tuska, a także jej były poseł, będący zadeklarowanym przeciwnikiem uchwał, które wystawiły na pośmiewisko zarządzane przez niego miasto. Drugą turę ostatnich wyborów prezydenckich Andrzej Duda wygrał tu zdecydowanie, pokonując Trzaskowskiego stosunkiem głosów 61 do 39, ale wynik kandydata PO był w tej miejscowości lepszy o 5 punktów aniżeli dla całego województwa i znacznie lepszy niż 73 do 27 w otaczającym Kraśnik powiecie. W późniejszych wyborach parlamentarnych trzy bloki demokratycznej opozycji przegrały w Kraśniku z PiS o włos, raptem 45 do 47. Ekstremistów z Konfederacji poparło tu raptem 6 procent głosujących, czyli poniżej średniej krajowej czy nawet mniej niż w przypadku wrocławskiego Jagodna. Niestety, minimalna większość lokalnych polityków dała się omotać spiskowym bredniom, z godną podziwu konsekwencją rozsiewanym przez różnego typu organizacje, zasypujące swoimi apelami samorządy w całym kraju. Ślady ich wysiłków widać w zbierających wrzucaną do sieci urzędową dokumentację lokalnych biuletynach informacji publicznej. Cały kraj jest zasypywany obywatelskimi apelami straszącymi używaniem wi-fi, niestety w Kraśniku ta argumentacja rozsiała się szczególnie mocno.
Dlaczego w Polsce teorie spiskowe mają wzięcie? 'Historia nauczycielką życia?' [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Nie jest też Kraśnik pierwszym z miejsc, gdzie teorie spiskowe skłoniły ludzi do sprzeciwu wobec postępu technicznego. Sam opór przeciw wdrażaniu nowych technologii ma długą tradycję i datować można go na czasy tak odległe jak funkcjonowanie jakichkolwiek wynalazków, z początku często traktowanych z dużą podejrzliwością. Do dzisiaj w bardziej neutralny sposób niż poprzez wyzywanie ich od wariatów w foliowych czapkach, przeciwników postępu technicznego określa się mianem neoluddystów, czyli osób naśladujących działania klasycznego już ruchu protestu, wymierzonego w mechanizację przemysłu. Pierwsza fala wystąpień historycznych luddystów nastąpiła w Wielkiej Brytanii w latach 1811-1812. Jak pisał o tym zjawisku badacz humanistyki cyfrowej Steve E. Jones, "wydaje się, że nazwa »luddyści« została po raz pierwszy użyta w druku w grudniu 1811 roku, w relacji prasowej w »Nottingham Review« o grupie protestujących tkaczy w Nottinghamshire, którzy prawdopodobnie nazywali siebie luddystami lub przynajmniej naśladowcami Neda Ludda albo generała Ludda". Ten ostatni to fikcyjny tkacz, rzekomy pionier buntu przeciw maszynom, działający ponoć jeszcze w poprzednim stuleciu względem zaczątków mającego się nim inspirować ruchu robotniczego. Luddyści jako pierwsi niszczyli symbolizujące nowoczesność fabryki, ale potem antytechnologiczna panika wybuchała jeszcze wiele razy. Obracający się w amerykańskim kręgu kulturowym Jones przytacza wpływ zrzucenia bomb atomowych na Nagasaki czy Hiroszimę na umasowienie lęku przed niszczycielskimi skutkami technologii. Technosceptyzym tego rodzaju umacniały również rozmaite teksty kultury, znane także w Polsce, w rodzaju powieści Thomasa Pynchona i Dona DeLillo, albo seriali i filmów Z Archiwum X i Matrix. Nie wspominając o dłuższej plejadzie dzieł, które w mniej refleksyjnym widzu mogą wzbudzić paranoiczny lęk.
Strach tego typu ze zwielokrotnioną mocą objawił się raz jeszcze na fali pandemii COVID-19. Tajemniczy koronawirus dla skłonnych do podejrzliwości umysłów od początku wyglądał na przekręt - wiele osób przechodziło zakażenie bezobjawowo, okres wylęgania się choroby trwał, nie wiadomo ile, a cały świat dyskutował o niebezpiecznym laboratorium w Wuhan. Z kolei podejrzane "z oczywistych względów" i sterowane przez elity rządy odbierały obywatelom i obywatelkom podstawy ich wolności osobistej, "bezprawnie" zmuszając do pozostawania w zamknięciu. Tak odczytywano wysiłki na rzecz bardziej skoordynowanej odpowiedzi na śmiercionośnego wirusa, starające się jakoś ułożyć starania poszczególnych ludzi. Dla jednych spośród osób samookreślających się mianem "koronasceptyków" COVID-19 był wydumanym zagrożeniem, oszustwem lub "zwykłą grypą", na którą można lekko machnąć ręką. Dla innych - zagrożeniem jak najbardziej realnym, ale takim, o którym prawda jest przed zwykłymi ludźmi zatajana, bo wszystko, co istotne, starają się ukryć spiskujący ze sobą politycy, lekarze i wielki farmaceutyczny biznes. Na tym podłożu wyrosła cała masa teorii, a jako jeden z ich podmiotów jawiła się bezprzewodowa sieć w rozwijanym właśnie standardzie 5G, odpowiadająca za mający szkodzić na rozmaite sposoby elektrosmog czy nawet transmisję koronawirusa, rozsiewanego rzekomo przez promieniowanie elektromagnetyczne ukierunkowane na płuca.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>