Jak liczy się wiernych w Polsce i po co? "Wyniki mogą być bardzo mylące"
Co roku w polskich kościołach odbywa się liczenie wiernych. Wyniki ostatniego badania poznamy pewnie za kilka miesięcy. Po co w ogóle się to robi? O. Paweł Gużyński - w rozmowie z tokfm.pl - przestrzegał, że liczby mogą być mylące.
Z tego artykułu dowiesz się:
- W jaki sposób odbywa się coroczne liczenie wiernych i po co się to w ogóle robi?
- Dlaczego na wyniki badania trzeba tak długo czekać?
- Co na temat wiarygodności badań prowadzonych przez ISKK sądzi dominikanin o. Paweł Gużyński?
Coroczne liczenie wiernych w polskim Kościele odbywało się 19 października. I choć wyniki tego badania poznamy dopiero za rok, ma ono duże znaczenie dla wspólnoty. Liczenie wiernych prowadzone jest od lat 80-tych. Nie odbyło się jedynie w 2020 r. z powodu pandemii. Na tę ciągłość zwrócił nam uwagę dr hab. Marcin Jewdokimow, dyrektor Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, który za badanie odpowiada. - Dzięki temu możemy obserwować krajobraz przemian religijności - wskazał w rozmowie z tokfm.pl.
Jak wytłumaczył dyrektor ISKK, liczenie wiernych ma na celu zbadanie podstawowych parametrów, jak: uczestnictwo we mszy świętej (czyli - dominicantes) czy przyjmowanie Eucharystii (communicantes). Od 2023 r. wprowadzono trzeci wskaźnik: communicantes względny, czyli procent osób, które uczestniczyły we mszy i przystąpiły do Komunii.
Ostatnie dostępne dane pochodzą z 2023 roku. Wskaźnik dominicantes wynosił wtedy 29,2 proc., communicantes - 14,2 proc., zaś communicantes względny - 48,3 proc.
Wyniki za zeszły rok jeszcze nie są dostępne. Dlaczego trzeba czekać aż tak długo? Dr Jewdokimow wyjaśnił, że ma to związek z pracochłonnym opracowywaniem danych. - Nasze badanie ma charakter pełny. Wysyłamy kwestionariusze do każdej parafii w Polsce: to ok. 10,5 tys. ankiet - podkreślił. Obecnie Instytut wprowadza system elektronicznej zbiórki danych, jednak niektóre diecezje nadal korzystają z papierowych kwestionariuszy. - Dbamy o wysoką jakość danych. Przeprowadzamy ich weryfikację - zapewnił dr Jewdokimow. A to wszystko trwa.
Typowa niedziela. Kto był, a kto jest zobowiązany?
W jaki sposób odbywa się liczenie wiernych? Nasz rozmówca podkreślił, że badania prowadzone przez ISKK nie polegają na autodeklaracjach, a faktycznych praktykach. Osoby obecne w kościele w danym dniu są liczone przez księży, a czasem wiernych - wolontariuszy. W niektórych parafiach liczenie odbywa się przez osoby stojące przy wejściu do świątyni, liczące każdego wchodzącego. Osoby przystępujące do komunii są liczone odrębnie.
- Są to osoby ochrzczone, które zgodnie z zasadami bycia katolikiem bądź katoliczką powinny uczestniczyć we mszy. Wykluczone są z tego np. obłożnie chorzy czy dzieci poniżej 7. roku życia - wyjaśnił Jewdokimow.
Dlaczego liczenie wiernych odbyło się akurat 19 października? Dyrektor ISKK wskazał, że była to niedziela, kiedy odbywała się "typowa msza święta" - bez żadnego dużego święta kościelne, które mogłoby przyciągnąć wiernych zazwyczaj nieuczestniczących w nabożeństwach.
Na podstawie danych Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego wnioskuje, czy uczestnictwo wiernych jest stałe, zmniejsza się bądź zwiększa.
- Różnice w stosunku wskaźników dominicantes do communicantes względny mówią np. o tym, jaki jest charakter katolicyzmu w konkretnych regionach - wskazał dyrektor Instytutu. - Dane służą do odpowiedzi na pytania socjologiczne dotyczące uczestnictwa w mszach. To nasz ambitny cel, by dostarczać Kościołowi faktów, za pomocą których wspólnota może ewaluować swoje działania i prognozować zmiany - skomentował dr Jewdokimow.
"Liczenie wiernych może być mylące"
O. Paweł Gużyński, dominikanin, w rozmowie z tokfm.pl wyraził sceptycyzm do badań prowadzonych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego. - Wyniki liczenia wiernych mogą być bardzo mylące - przestrzegł. - Niektórzy księża traktują to po macoszemu i podsyłają dane, które niekoniecznie są zgodne z rzeczywistością. Mogą tworzyć teorie, które z rzetelnością badań społecznych często mają niewiele wspólnego - zaznaczył dominikanin.
Dlatego, jak wskazał, "ma pewien dystans do wyników". W jego ocenie bardziej wiarygodne są zaawansowane analizy. Jako przykład dominikanin przywołał ogólnopolskie badanie społeczne "Kościół katolicki w oczach Polaków świeckich i duchownych - gdzie jest dobra nowina?". - To nie były "kościółkowe" badania, ale przeprowadzone niezależnie, największe i najgłębsze badania dotyczące religijności Polaków. Odbyły się głównie z inicjatywy warszawskiego KIK-u.
- Te badania pokazują, że jeżeli Kościół nie podejmie określonych reform, to za 10-15 lat liczba wiernych, którzy w nim pozostaną, będzie równa jednej trzeciej tego, co mamy dzisiaj - skomentował o. Gużyński. Odpowiedzialne za te nie najlepsze rokowania, są - jak wytłumaczył - trzy czynniki:
- uwikłanie Kościoła w politykę,
- nierozliczenie afer związanych z przestępstwami seksualnymi,
- niekomunikatywność przekazu religijnego.
- Wierni coraz mniej rozumieją z tego, co biskupi do nich mówią i dlaczego mówią - dodał rozmówca tokfm.pl.
Religia odrasta. "Na wojnie nie ma ludzi niewierzących"
Dominikanin wskazał, że - jeśli przyjrzymy się przedziałom wiekowym - zauważymy, że wśród praktykujących są przede wszystkim przedstawiciele starszego pokolenia. - I zaczną się pojawiać spadki, bo ludzie będą, brutalnie mówiąc, wymierać - tłumaczył. W jego ocenie (co pokazują też badania) Kościół stracił najmłodsze pokolenie. - Jest szansa powalczenia o grupę, która w tym badaniu (z inicjatywy KIK-u) jest, moim zdaniem, trafnie nazwana "wiszący na skale": kategoria ludzi w średnim wieku, którzy są jeszcze związani z Kościołem, ale w każdej chwili może stać się coś, przez co z tej skały spadną - stwierdził duchowny.
Zdaniem kaznodziei mogłoby to przyspieszyć proces erozji w Kościele. Ale może też być w drugą stronę. - Zawsze mogą wystąpić czynniki, które sprawią, że nastąpią zwroty. Niech, nie daj Boże, zdarzy się wojna. To miałoby bardzo wyraźny wpływ na egzystencjalne postawy ludzi. Z wojny w Ukrainie znamy hasło: na wojnie nie ma ludzi niewierzących. Innymi słowy: da się zauważyć, że kiedy ludzie czują się bezpieczni, szczególnie pod względem ekonomicznym, to ich zainteresowanie sprawami ostatecznymi często maleje - skomentował o. Gużyński.
Dominikanin odniósł się również do własnego doświadczenia. Podczas pięcioletniego pobytu w Holandii zaobserwował - jak wspominał - "odrastanie religii na sekularyzowanej ziemi". A teraz zauważa on również popandemiczny nieśmiały powrót do Kościoła wiernych w jego wrocławskim kościele. - Jestem przeciwny tezie, że człowiek religijny zniknie z powierzchni Ziemi. Nie zniknie. Zmiany będą zachodziły, ale równie ważna jest reakcja Kościoła - zaznaczył. W jego opinii to będzie miało główny wpływ na to, czy będą spadki, czy wzrosty liczby wiernych.
Kościół bez wyobraźni?
I tu o. Gużyński ubolewa nad faktem, że z przeprowadzonych badań mało kto wyciąga wnioski. - Tylko sześciu biskupów w Polsce wykazało jakikolwiek zainteresowanie badaniami. Oni mają to w głębokim poważaniu i to jest bardzo nieodpowiedzialne - ocenił dominikanin.
- Od lat lansuję tezę, że Kościół w Polsce cierpi na brak wyobraźni społecznej. Nie umie i nie chce czytać tych danych, a wnioski, jakie wyciąga, są wnioskami bardzo często wziętymi z kapelusza, uwikłanymi w nieracjonalne interpretacje - przestrzegł. Co więcej, jak ocenił o. Gużyński, polscy hierarchowie "nie chcą wyciągać wniosków i nie chcą reagować na sygnały".
- Czasami różne rzeczy wyjaśniają wręcz prostacko. Formułują np. tezę, że wszystkiemu winne są krwiożercze media, które obrzydzają ludziom Kościół i religię. Jednocześnie mają w sobie tyle bezczelności. Wystarczy spojrzeć chociażby na historię komisji, która miała powstać, by zbadać przypadki popełnianych przestępstw i nadużyć: nic się nie wydarzyło od kilkunastu lat - podkreślił dominikanin.
Receptą na to może być, według o. Gużyńskiego, odklejenie religii od polityki. - Jeżeli Kościół będzie miał twarz pana Bąkiewicza czy pana Brauna, to nie ma szans, by ludzie chcieli do niego wracać. Jeśli Kościół zdobędzie się na radykalne odcięcie się od zblatowania z polityką i władzą świecką, będzie miał szansę na odzyskanie swojej autentyczności - stwierdził dominikanin. Fakt, że Kościół stracił swój własny przekaz, to w opinii kaznodziei "dramat". - Iluż biskupów posługuje się przecież partyjnym przekazem dnia? To utrata własnej tożsamości - podkreślił o. Paweł Gużyński.
Źródło: TOK FM