Psy jak bomby z opóźnionym zapłonem. "Narasta frustracja. I w końcu wybucha"
Każdego dnia w Polsce dochodzi średnio do stu pogryzień przez psy. A mowa jedynie o tych zgłoszonych. Dopiero co trzy niepilnowane psy zagryzły postawnego mężczyznę niedaleko Zielonej Góry. Mimo amputacji wszystkich kończyn 46-latek zmarł. - Ludzie próbują tresować psy na własną rękę. Żeby pies był narzędziem w ich rękach, bronią, obrońcą terytorium. To się kończy za każdym razem źle - przekonuje w rozmowie z Tokfm.pl behawiorystka Aneta Awtoniuk.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego psy atakują ludzi i inne psy?
- Co zrobić, kiedy zostaniemy zaatakowani?
- Dlaczego tzw. ustawa łańcuchowa nie jest dobrą zmianą?
- Jakich przepisów potrzebujemy, żeby zminimalizować ryzyko tragedii?
46-letni Marcin Bocian zmarł niedługo po tym, jak podczas grzybobrania pogryzły go trzy psy należące do właściciela strzelnicy pod Zieloną Górą, byłego policjanta. Mężczyzna miał co najmniej 53 rany szarpane i gryzione. Psy są znane w okolicy, wielokrotnie uciekały z terenu strzelnicy. Jeden z mieszkańców opowiedział "Gazecie Lubuskiej", że kiedyś odgryzły mu… uszy. Inna kobieta w rozmowie z Wirtualną Polską wspominała jak zaatakowały ją, jej córkę i psa. Właściciel miał stać nieopodal i przyglądać się całej sytuacji.
Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną, pojawiły się pytania, dlaczego z psami i ich posiadaczem nic wcześniej nie zrobiono. Oraz głosy, że trzeba zmienić przepisy.
Nie pierwszy już raz. W czerwcu 2024 roku psy z hodowli zabiły siedmiolatkę, która weszła do ich kojca. Kilka miesięcy wcześniej pies zagryzł siedmiotygodniową dziewczynkę. A teraz, zaledwie dwa dni po tym, jak psy śmiertelnie pogryzły Marcina Bociana, na warszawskiej Saskiej Kępie niezabezpieczony amstaff zagryzł teriera, raniąc także jego właścicielkę. Również w tym przypadku agresywny pies znany był już okolicznym mieszkańcom.
Ludzie z wyobrażeniem na własny temat
- Mnóstwo takich trudnych zachowań bierze się na przykład ze szczucia psa w określonych warunkach na określone obiekty - komentuje ostatnie wydarzenia w rozmowie z Tokfm.pl Aneta Awtoniuk, behawiorystka, trenerka psów, ewaluatorka psów agresywnych. Jak zastrzega, nie może wyłącznie na podstawie doniesień medialnych ocenić behawioralnie zwierząt, które niedawno zabiły człowieka i psa.
Nasza rozmówczyni zwraca jednak uwagę na jedną rzecz: ostatnio modna stała się znów samodzielna praca z psem w kierunku obrony. - Ludzie, którzy mają jakieś wyobrażenia na własny temat, kupują sobie psy na ogół duże, z pełną sekwencją łowiecką - dodaje. To ostatnie oznacza, że każdy atak kończy się pogryzieniem, zabiciem i ewentualnie zjedzeniem ofiary.
Awtoniuk podkreśla, że ludzie próbują tresować psy na własną rękę. - Próbują spowodować, żeby pies był narzędziem w ich rękach, bronią, obrońcą terytorium jakiejś posesji z domem czy ze strzelnicą. To się kończy za każdym razem źle. Rozkręcenie emocjonalne psa, szczucie na ludzi ubranych w strój pozoranta, frustracja potrzeb, brak treningu autokontroli i prawidłowej socjalizacji oraz całkowite pozostawienie pobudzonego psa samemu sobie zawsze kończy się dramatem - zaznacza. Czyli pogryzieniem. Albo właściciela, albo przypadkowych osób.
Niektóre psy działają niczym bomby z opóźnionym zapłonem. - Człowiek gmerał w genach i stworzył określone rasy psów, które w ogóle nie powinny być hodowane, a jeśli już, to nigdy nie powinny być trzymane w blokach. Są to zwierzęta stworzone do określonego typu pracy. Niedoświadczony człowiek, zamykając takie psy w mieszkaniu czy nawet domu z ogrodem, nie jest w stanie zapewnić im realizacji wszystkich potrzeb. W psie narasta frustracja, pojawiają się zachowania zastępcze, które nie przynoszą spełnienia, irytacja rośnie. Pies może poradzi sobie przez rok czy dwa, ale w pewnym momencie dojdzie do granicy i wybucha - opisuje Awtoniuk.
Edukacja? Nic nie daje. - Jest ogromna grupa ludzi, która nie chce się uczyć, bo w swoim mniemaniu świetnie się zna na psach. Edukacja nie działa. Działa moim zdaniem nieuchronność prawa i kary tak wysokie, żeby na samą myśl człowiekowi cierpła skóra - nie ma wątpliwości nasza rozmówczyni.
A to kuleje także w przypadku psów recydywistów, z którymi mieliśmy do czynienia w opisywanych wyżej niedawnych zagryzieniach. - Służby na ogół ignorują przypadki, kiedy ktoś zgłasza, że groźny pies biega bez kontroli, wchodzi w awantury z innymi zwierzętami. "Nic się jeszcze nie stało" - to najczęstsza odpowiedź, którą słyszy mnóstwo moich ludzkich podopiecznych. To nie jest normalna sytuacja. Dlaczego musimy czekać aż komuś się coś stanie, żeby służby były skłonne interweniować wobec człowieka, który takie zagrożenia stwarza przez niedopilnowanie swojego zwierzęcia? - pyta retorycznie.
Awtoniuk podkreśla coś, co jest oczywiste, ale chyba nie dla wszystkich. Że to nie pies jest odpowiedzialny za atak, zranienie czy nawet śmierć swojej ofiary, ale jego właściciel. - Obowiązkiem posiadacza każdego psa jest zapewnienie bezpieczeństwa ludziom i zwierzętom mającym kontakt z jego psem. Zwierzę stwarzające zagrożenie musi albo chodzić w kagańcu, albo na smyczy, albo mieć porządne ogrodzenie. Ogrodzenie strzelnicy, które widziałam na zdjęciach, to żart. Policzek wymierzony wszystkim, którzy mogli się tam znaleźć - mówi ekspertka.
Osiem milionów psów, sto pogryzień dziennie
W Polsce jest 8 mln psów - to najwięcej w Europie po Wielkiej Brytanii. I każdego dnia dochodzi średnio do 100 pogryzień ludzi przez te zwierzęta - wynika z pierwszego ogólnopolskiego raportu opracowanego przez psycholożkę zwierząt, biegłą sądową Izabelę Kadłucką, we współpracy z Siecią Obywatelską Watchdog Polska. Warto pamiętać, że tego typu zdarzeń może być oczywiście więcej - nie wszystkie są zgłaszane. Autorzy raportu zebrali dane ze wszystkich 380 powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych i przeprowadzili analizę statystyczną obejmującą ponad 2,6 tys. indywidualnych przypadków pogryzień.
W 2019 roku doszło do 33,8 tys. zgłoszonych pogryzień ludzi. Później doszło do spadku związanego z pandemią (rzadsze spacery, ograniczenie kontaktów z innymi psami) - w 2020 roku było to 20,9 tys., ale ta wartość zaczęła szybko rosnąć - w 2023 roku dobiła do 31 tys., w ubiegłym roku - 26,6 tys.
Najwięcej pogryzień odnotowuje się w województwach o dużej populacji - w ubiegłym roku w mazowieckim było ich prawie 3,5 tys., w wielkopolskim 3,6 tys. Na drugim biegunie są województwa o mniejszej liczbie ludności - w opolskim czy lubuskim było to kilkaset przypadków.
Częściej do pogryzień dochodzi w weekendy, w miesiącach letnich. W domu lub na podwórku właściciela psa. Częściej także na wsi (w 2024 roku aż 69,9 proc. przypadków). Kadłucka w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" wspominała amerykańskie badania, które dowodziły, że "trzymanie psów na uwięzi zwiększa ryzyko agresji".
Potwierdza to Aneta Awtoniuk, powołując się na swoje 19-letnie doświadczenie w pracy z psami. - Pies, który ma ograniczony kontakt ze światem, a to się dzieje zawsze, kiedy jest uwiązany na łańcuchu albo żyje całe życie w kojcu, to pies całkowicie nieprzygotowany do kontaktów ze światem. Jeśli zerwie się z łańcucha staje się potencjalnym zagrożeniem dla każdej istoty, która stanie na jego drodze - zaznacza. Porównuje sytuację psów spędzających życie na uwięzi do człowieka, który jest bardzo głodny, ale jedzenie ogląda tylko przez szybę. Kiedy w końcu je dostanie, rzuci się na nie bez opamiętania.
Tymczasem dopiero co Sejm przegłosował tzw. ustawę łańcuchową. Wprowadzi ona całkowity zakaz trzymania psów na uwięzi niezależnie od długości czy rodzaju łańcucha. Akt określa także minimalne standardy i wymiary kojców.
Ale Awtoniuk nie jest zadowolona z ustawy. - Jest zła z wielu powodów. Ale przede wszystkim nie ma tam obowiązku chipowania zwierząt. Ciągle jest tak, że pies bez opiekuna atakuje inne zwierzę albo człowieka i nie jesteśmy w stanie dojść do tego, kto jest właścicielem. I pociągnąć go do odpowiedzialności - wyjaśnia.
- Powszechny obowiązek chipowania. I nieuchronne ogromne kary dla właścicieli, którzy nie dopilnują swoich zwierząt. To rozwiązałoby problem, o którym rozmawiamy - stwierdza Awtoniuk.
Ofiarami pogryzień przez psy są zarówno kobiety, jak i mężczyźni, ale najczęściej dzieci poniżej pierwszego roku życia. Sprawcą zwykle jest pies znany ofierze - należący do rodziny, znajomych, sąsiadów. Dla porównania - w ciągu ostatnich 30 lat w Polsce doszło do zaledwie dwóch pogryzień ludzi przez wilki. Oba osobniki miały wcześniej styczność z ludźmi.
O to, do ilu pogryzień (zarówno ludzi, jak i innych psów) doszło w ostatnich latach, spytaliśmy Komendę Główną Policji. Odpowiedź była krótka. "W Krajowym Systemie Informacyjnym Policji nie są gromadzone dane w przedmiotowym zakresie" - napisała podkom. Iwona Kijowska z Wydziału Prasowo-Informacyjnego KGP.
Bezkarne pseudohodowle
Inny problem stanowią pseudohodowle. - Jest ich w Polsce mnóstwo, są kompletnie poza kontrolą państwa. To miejsca, gdzie właściwie produkuje się zwierzęta często zagrażające ludziom, innym zwierzętom, sobie samym. - zwraca uwagę Awtoniuk.
Jak tłumaczy, psy z pseudohodowli mają deficyty we wszystkich możliwych obszarach - od zdrowia po behawior. Żadne z ich naturalnych psich potrzeb nie są zaspokojone, nawet te podstawowe, jak jedzenie czy ruch. Suki są zapładniane za każdym razem, gdy są w rui, żeby rodziły jak najwięcej szczeniąt, bo to po prostu dobry biznes. Nikt nie dba o socjalizację, choćby w podstawowym zakresie. - Jeżeli zdarzy się, że dorosłe psy wydostaną się z klatek i uciekną, unikają ludzi, bo człowiek nie kojarzy się im pozytywnie. Zachowują się jak półdzikie zwierzęta - zaznacza ekspertka.
Tu również, zdaniem naszej rozmówczyni, państwo nie działa jak powinno. - Ustawa o ochronie zwierząt zmieniona przez PiS otworzyła drogę pseudohodowlom. Legalnie funkcjonują, dopóki organizacje prozwierzęce nie udowodnią, że w konkretnym miejscu zwierzęta są źle traktowane, przebywają w koszmarnych warunkach. Wtedy dopiero służby zamykają taką pseudohodowlę. Ale to ciągle zbyt rzadkie przypadki - przekonuje Awtoniuk.
Pseudohodowle wciąż istnieją, bo jest popyt na ich "produkty" - ludzie kupują tam szczenięta. - Polak chce być cwany, chce kupić sobie psa, który wygląda jak rasowy, za jedną setną czy jedną dziesiątą kwoty. I nie myśli o tym, że zwierzę jest absolutną niewiadomą, nie spełnia wzorca rasy, może mieć mnóstwo genetycznych chorób i zachowywać się nieprzewidywalnie. Liczy się to, że jest podobne do rasowego, tanie i szybko dostępne - tłumaczy behawiorystka.
Co zrobić w przypadku ataku
Co zrobić, kiedy zaatakuje nas pies? - Muszę to powiedzieć wprost, chociaż nie są to słowa, które ludzie lubią słyszeć. Jeżeli atakuje nas stado zdziczałych psów albo takich, które ze sobą współpracują, jak w przypadku tych ze strzelnicy - z gołymi rękami nie mamy żadnych szans - mówi bez ogródek. Naszą szansą mogą być natomiast narzędzia ochrony osobistej: gaz, paralizator, alarm wydający bardzo głośne dźwięki.
Niewiele pomóc może tzw. pozycja żółwia (kucnięcie ze schowanymi kończynami). - Pies widzi człowieka, który się rusza czy stoi. Nagle ten się rzuca na podłoże, a nie dość, że ruch pobudza psa, to jeszcze wzmaga zainteresowanie. Pies zawsze w takiej sytuacji podbiegnie, aby sprawdzić co się stało. Jeśli to będzie uspołeczniony zwierzak w miejskim parku, to powącha, czasem nasika na plecy i tyle. Jednak jeśli grupa psów takich jak te ze strzelnicy zauważy, że człowiek schodzi do ich poziomu i kładzie się na ziemi, uznają to za zaproszenie, bynajmniej nie do zabawy - ostrzega Awtoniuk.
- Jak czytam mądrości internetowych znawców, którzy namawiają do podjęcia walki w takiej sytuacji i wypisują durne porady, na przykład żeby włożyć usiłującemu ugryźć nas w twarz 40-kilogramowemu psu palce w oczy albo uderzyć w nos... to chciałabym wszystkich tych mędrców ubrać w strój pozoranta i puścić do psów, niech próbują - piekli się Awtoniuk. - To jest niebezpieczne, bo jeszcze ktoś w to uwierzy i naprawdę będzie usiłował walczyć z atakującymi go dużymi psami i zginie. Czy ludzie piszący te brednie w sieci wezmą wtedy odpowiedzialność za swoje rady? - pyta.
Co więc możemy zrobić, żeby zmaksymalizować swoje szanse na przeżycie? - Jeśli mamy gdzie uciec, uciekajmy: do samochodu, na maskę auta, na drzewo. Wycofujmy się, jeśli widzimy z odległości, że gdzieś między drzewami są jakieś zwierzęta. Nie czekajmy, czy będzie to miłe spotkanie, czy pies jest z właścicielem. Ratujmy się, jeżeli jeszcze mamy szansę - apeluje behawiorystka.
Pies atakuje psa
A jeśli inny pies atakuje naszego, jak stało się to niedawno na Saskiej Kępie? - Jeżeli pies już rozpoczął atak, możemy ewentualnie spróbować przed ugryzieniem wepchnąć mu coś do pyska: drąg, smycz, plecak, torebkę. Cokolwiek, co uniemożliwi mu zamknięcie pyska - mówi Awtoniuk.
Ale dodaje, że bez odpowiedniego przeszkolenia w stresowej sytuacji niewiele osób będzie w stanie to zrobić. - Dlatego radzę, żeby puścić smycz swojego psa, a jeśli zdążymy, to odpiąć ją. To da mu jakąkolwiek szansę na ucieczkę, o ile nie zechce podjąć walki z napastnikiem - zaznacza. Choć oczywiście wszystko zależy od tego, czy agresor nie jest szybszy, sprawniejszy, większy czy młodszy. - Odpięcie smyczy gwarantuje, że nie zaczepi się o coś na ulicy i nie unieruchomi, czyniąc z niego łatwy cel. Możemy zasłaniać siebie i psa tym, co mamy przy sobie - zdjętą kurtką, torbą. Na pewno nie bierzmy swojego psa na ręce. Agresor, który już rozpoczął atak, skoczy na nas i przewróci. Nasz pies zostanie pogryziony i my też - dodaje ekspertka.
Inaczej sprawa wygląda, jeżeli pies jeszcze nie rozpoczął ataku, dopiero podchodzi i widać, że nie ma przyjaznych zamiarów. Wtedy może sprawdzić się tzw. pozycja imponująca - pewne siebie stanięcie między naszym psem a potencjalnym agresorem twarzą do niego. - Alexa Capra, włoska trenerka i behawiorystka przebadała kiedyś 127 epizodów agresji, w tym cztery zakończone ugryzieniem. Wśród wielu wniosków, jeden mówi o tym, że poziom agresji ofiary i agresora we wszystkich przypadkach był taki sam! Jeśli więc mamy do czynienia z psem, który może chcieć zaatakować, możemy pokazać mu, że jesteśmy silniejsi. Wymaga to wiedzy o sposobach komunikowania się psów i wiedzy, kiedy się wycofać - a że niewiele osób taką wiedzę ma na wystarczająco zaawansowanym poziomie, opowiadam o tym sposobie raczej jako o ciekawostce, która i tak ma szansę zadziałać jedynie w fazie przed atakiem - podkreśla Awtoniuk.
Kto jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo
- Niestety żyjemy w państwie, które całkowicie przerzuciło odpowiedzialność za bycie bezpiecznym na obywateli. Dziś każdy z nas, kto wychodzi z domu na spacer po parku, z psem lub bez, pobiegać, pojeździć na rowerze, musi się uzbroić - przekonuje nasza rozmówczyni. - Nie powstały przepisy, dzięki którym to właściciele niebezpiecznych zwierząt czują się niekomfortowo. Jest odwrotnie: wszyscy inni czują się niekomfortowo, muszą mieć gaz, paralizator, alarm osobisty. I wiedzę o tym, jaka jest mowa ciała psa, czy zwierzę grozi, czy tylko chce się bawić. Ja jako behawiorystka to wiem, umiem postępować z psami, trenuję zachowania w sytuacjach niebezpiecznych, bo pracuję także z takimi które gryzą, żeby zabić. A z jakich powodów ktoś, kto nawet nie ma psa, nawet nie chce z psami mieć nic wspólnego, musi to wszystko wiedzieć? - pyta.
Właścicielowi psów, które zagryzły Marcina Bociana, grozi nawet dożywocie. W sprawie zagryzionego psa na Saskiej Kępie i ranienia jego właścicielki służby prowadzą czynności w kierunku art. 157 par. 3 Kodeksu karnego, czyli nieumyślnego spowodowania średniego i lekkiego uszczerbku na zdrowiu (grozi za to maksymalnie rok więzienia) oraz art. 77 Kodeksu wykroczeń - niezachowania ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia (tu karą może być ograniczenie wolności, grzywna lub nagana).
Pod koniec kwietnia pojawił się akt oskarżenia w sprawie zagryzienia 7-latki w kojcu - właścicielce hodowli za umyślne narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, nienależyte sprawowanie opieki nad dziewczynką i niedostateczne dbanie o psy (to oficjalne zarzuty) grozi do pięciu lat więzienia.
Zagryzioną 7-tygodniową dziewczynką ze Zgorzelca media przestały zajmować się już kilka dni po tragedii. Spytaliśmy o sprawę rzecznik Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze. W styczniu tego roku prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko rodzicom, zarzucając im bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia poprzez pozostawienie dziecka bez należytej opieki z bulterierem. Grozi im do pięciu lat więzienia. Kolejny termin rozprawy w grudniu - poinformowała Tokfm.pl prok. Ewa Węglarowicz-Makowska.
Co mogłoby się zmienić? Awtoniuk powołuje się na przykład Niemiec, gdzie obowiązują specjalne dowody kompetencji opiekunów psów, popularnie nazywane psimi prawami jazdy albo prawami jazdy na psa. Np. w Dolnej Saksonii taki dokument muszą uzyskać ci, którzy mają psa po raz pierwszy. Przepis obowiązuje od 12 lat, a egzamin po obowiązkowym szkoleniu zdało już ponad 130 tys. osób i psów. W Austrii natomiast, aby uzyskać taki dowód kompetencji opiekuna, trzeba zdać egzamin teoretyczny z wiedzy i wykazać się działającą praktyczną współpracą z własnym psem. W samym Wiedniu od 15 lat obowiązkowe jest też psie prawo jazdy dla posiadaczy ras psów uznanych za agresywne.
W Polsce jednak brak politycznej woli, żeby wprowadzić takie rozwiązanie. - Politycy nie są w stanie porozumieć się co do chipowania, absolutnie podstawowej rzeczy, żeby można było zidentyfikować właściciela psa. Organizacje prozwierzęce nie są w stanie się dogadać, kto miałby obsługiwać tę ogólnopaństwową bazę. Te dyskusje są niepotrzebne, to bicie piany zamiast działania i wciąż mamy bałagan z kilkoma prywatnymi bazami i mnóstwo nieoznakowanych psów - podkreśla Aneta Awtoniuk.
Źródło: Tokfm.pl