Tak działały "łowczynie szpiegów" w PRL. "Amerykanie byli porządnie przypilnowani"
"'Erpezet' to była, można powiedzieć, kara. Byliśmy przekonani, że kierownicy sekcji wyznaczają do siedzenia tam ludzi, którzy im podpadli. (...) Gdy byłam już kierownikiem sekcji i przygotowywałam grafik na następny dzień, rozplanowując siły i środki, zawsze miałam dylemat, kogo wsadzić do 'erpezetu', bo musiał to być dobry wywiadowca, a jak wspomniałam, warunki pracy były okropne" - mówiła Tomaszowi Awłasewiczowi jedna z tytułowych "łowczyń szpiegów".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Tomasza Awłasewicza pt. "Łowczynie szpiegów" wydanej 28 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak.
WARSZAWA
Agnieszka: W ogólnym rozrachunku, mimo tej żonglerki figurantami, można powiedzieć, że Amerykanie byli porządnie przypilnowani, co miało wyraźne odzwierciedlenie w sukcesach polskiego kontrwywiadu. Mieszkali oni w kilku zakątkach Warszawy, przy czym, podobnie jak w innych ambasadach, przeważnie były to miejsca stałe. Gdy jeden dyplomata wracał do USA, kolejny, przyjeżdżający w jego miejsce, często zajmował to samo mieszkanie lub dom. Dlatego dobrze znaliśmy te punkty, to było spore ułatwienie. Wielu Amerykanów mieszkało na Mokotowie: na Miłobędzkiej, przy Idzikowskiego, przy Królikarni. Koło Filtrów na Ochocie, w Wilanowie i Aninie, i w wielu, wielu innych miejscach. To była duża placówka, wielu pracowników. Najbardziej nie lubiliśmy jeździć do nich na obserwację w okolice Szkoły Głównej Służby Pożarniczej, na ulicę Potocką albo Gdańską. W tym miejscu, zwłaszcza w weekendy, były pustki. Strasznie trudno było się ukryć - każdy człowiek i każde auto zwracało uwagę. (...)
Ola: Drugi ważny punkt zakryty na Amerykanów znany był jako "Szklarnia" i znajdował się naprzeciwko domu jednego z dyplomatów. Kryptonim nie był przypadkowy - to naprawdę była szklarnia. Jej właścicielem był mocno trunkowy facet - na tyle trunkowy, że po jakimś czasie ludzie odmawiali jeżdżenia na ten punkt. To był osobnik w stylu "ze mną się pan nie napije?". Można się śmiać, ale to naprawdę był problem. Naszemu szefowi bardzo zależało na tym punkcie, a właściciel był chętny, żeby u niego siedzieć, tyle że się obrażał, jak się z nim nie piło. Na służbie nie wolno było kieliszka do ust przyłożyć, ale szef wysyłał tam kolegów, którzy mieli symulować i w ostateczności moczyć język, żeby facet był zadowolony, a oni trzeźwi. Tym niemniej koledzy w końcu mieli dosyć tego "ze mną się nie napijecie?", więc migali się od chodzenia na "Szklarnię", jak tylko mogli. Ale że było zalecenie, by zawsze chodzili mniej więcej ci sami ludzie, nie mieli wyjścia.
xxxxxxx
Ania: Na punktach bywało trudno. Był taki na Woli Justowskiej. Wyznaczono dwie dziewczyny, które chodziły tam bardzo niechętnie - raz jedna, raz druga. Dlaczego niechętnie? Ponieważ obserwację trzeba było prowadzić, siedząc całą noc na sedesie w łazience, w domu obok, ponieważ akurat z tego pomieszczenia był dobry widok. Koleżanki nie mogły chodzić we dwie, żeby nie nadwyrężać cierpliwości mieszkańców tego domu. Ta, która danego dnia trafiła na "pezet", musiała po prostu przez wiele godzin, bez żadnej zmiany i odpoczynku, patrzeć przez okienko, siedząc na sedesie.
No i był jeszcze jeden warty wspomnienia punkt z widokiem na Amerykanów - tyle że odkryty. Naprzeciwko jednej z amerykańskich willi na Woli Justowskiej było pole zarośnięte trawą. Trudno tam było o miejsce do ustawienia grupy obserwacyjnej w aucie, więc mieliśmy umowę z właścicielem pola, że jeden z naszych kolegów będzie kosił trawę, drugi grabił, a jednocześnie będą uważnie patrzyli na willę, meldując przez radio, czy Amerykanin nigdzie się nie rusza. Pamiętam, że jaja były jak berety, gdy szef wybrał do roboty tych kolegów. Podstawowym kryterium było to, że pochodzą ze wsi, a co za tym idzie, według szefa, na pewno znają się na koszeniu. Ale przecież to były chłopaki z podkrakowskich wsi - w życiu kosy w ręku nie mieli. Pamiętam, że jeden z nich opowiadał, że jak się okazało, jacy z nich rolnicy, to dostali nawet specjalne przepisy BHP do przeczytania, bo zaczęto podejrzewać, że mogą wrócić z tego koszenia rozczłonkowani. Ale dali radę. W tej części Krakowa takie miejsce do prowadzenia obserwacji było na wagę złota.
Tam, gdzie nie można było zorganizować stacjonarnego "pezetu", stosowało się tak zwany erpezet - czyli ruchomy punkt zakryty w ustawionym w odpowiednim miejscu aucie dostawczym. Kierowca podjeżdżał naszą nyską w konkretne miejsce, parkował i zostawiał auto, które z zewnątrz wyglądało na puste. W rzeczywistości z tyłu siedzieliśmy my i przez specjalne otwory obserwowaliśmy obiekt.
Nie wszyscy się do tego nadawali. Przykładowo, ja lubię gadać, ale jak było trzeba, to siedziałam cicho. A niektórzy po prostu wariowali przez tyle godziny w ciszy. Któregoś razu wzięli z łapanki na "erpezet" mnie i koleżankę, która cały czas bardzo głośno mówiła, jeszcze w dodatku łaziła po tej nysce tak niezgrabnie, że nie wierzę, aby nie było tego widać na zewnątrz. Normalnie całe auto się trzęsło. Komedia. "Erpezety" to chyba był mój największy koszmar - niewygodnie, często zbyt zimno albo bardzo gorąco, no i zawsze nudno.
WARSZAWA
Agnieszka: "Erpezet" to była, można powiedzieć, kara. Byliśmy przekonani, że kierownicy sekcji wyznaczają do siedzenia tam ludzi, którzy im podpadli. Ktoś to jednak musiał robić i nawet jak się nie podpadło, prędzej czy później człowiek trafiał do takiego dostawczaka.
Ewa: Mieliśmy "erpezety" zrobione na bazie Żuka i Nysy. Nazywaliśmy je też "podstawkami", bo można było je "podstawić" w dowolne miejsce. W środku nie było nic ciekawego - sama blacha, krzesło, radiostacja, aparat fotograficzny do robienia zdjęć przez specjalnie zakamuflowane otwory, zimą promiennik gazowy i jakieś koce. Jeśli chodzi o toaletę, to oczywiście należało wytrzymać, ile się da, ale jeśli nie było wyjścia, to radiostacją sygnalizowało się potrzebę. Wówczas do "erpezetu" przychodził kierowca, odjeżdżał nim, a w jego miejsce parkowało inne nasze auto, choćby osobowe. Chodziło o to, by nie stracić dogodnej miejscówki. W tym momencie obserwację obiektu przejmowali wywiadowcy piesi, a po jakimś czasie "erpezet" wracał. Siedzenie w ruchomych punktach zakrytych nie było żadną frajdą i, szczęśliwie dla nas, zadanie przeważnie należało do mężczyzn. Gdy byłam już kierownikiem sekcji i przygotowywałam grafik na następny dzień, rozplanowując siły i środki, zawsze miałam dylemat, kogo wsadzić do "erpezetu", bo musiał to być dobry wywiadowca, a jak wspomniałam, warunki pracy były okropne.
Agnieszka: "Erpezety" były na tyle znienawidzonym miejscem pracy, że Ewa wymyśliła, jak je wykorzystać jako sposób na zbyt płodnych zleceniodawców. Opowiadałyśmy już, że zdarzali się oficerowie operacyjni, którzy naszymi rękoma chcieli zbierać informacje, które powinni zebrać sami.
Ewa: "Operacyjniaków" przesadzających z liczbą zleceń dla naszego wydziału zapraszałam na parę godzin na obserwację do "podstawki". Najlepiej zimą, w nocy, bez ogrzewania, co najwyżej z promiennikiem gazowym. Ale nawet wówczas ciepło było symboliczne, bo rozgrzanie auta powodowało, że śnieg na karoserii zaczynał topnieć, a to zwracało uwagę otoczenia i było niedopuszczalne.
Agnieszka: Nawet najbardziej energiczny "operacyjniak" po paru takich godzinach zaczynał podchodzić ostrożniej do wypisywania kolejnych zleceń.
Ewa: Jedno trzeba przyznać - wydział mój i Agnieszki miał akurat szczęście do głównego zleceniodawcy, czyli wydziału amerykańskiego w kontrwywiadzie. Kiedy narzekam na leniwych "operacyjniaków", to nie mówię o tym wydziale, bo z nimi nie było problemów. Jeśli już, to głowę zaprzątali nam inni, przykładowo ludzie z mniejszych miejscowości, z terenu. Pamiętam chociażby zlecenie z Karpacza. Chociaż były wydziały "B" w miastach o wiele bliżej, okazało się, że musimy jechać my, bo to była rzekomo niezwykle ważna sprawa i jakiś bardzo groźny szpieg.
Przedstawiono nam sytuację tak: była góra obrośnięta jeżynami. Miejscowe "operacyjniaki" miały niepotwierdzoną informację, że w pobliże tej góry przyjeżdża nocą Trabantem jakiś Polak, po czym daje światłami sygnały w przestrzeń, stoi trochę i odjeżdża. Chłopak niepozorny - jakieś dwadzieścia pięć lat, mieszka z mamą w małej wsi, pracę ma stałą, ale, uwaga, brat mieszka w RFN. No to miejscowe "operacyjniaki" powiązały fakty i uznano, że on tymi światłami z kimś się komunikuje, pewnie z zachodnioniemieckim wywiadem. Brzmiało ekscytująco, pojechaliśmy więc całą grupą do tego Karpacza - paru chłopaków i ja.
Z jakiegoś powodu w jeżynach wylądowałam ja, a koledzy siedzieli gdzieś w oddali, w ciepełku, z radiostacją i kamerą, którą mieli sfilmować to mruganie i ustalić, czy to alfabet Morse’a. Z wydziału zajmującego się w Biurze "B" cudami techniki dostałam pozyskany z któregoś z krajów NATO noktowizor, tyle że bez statywu, więc ręce bolały od trzymania jak cholera. Ponieważ znaliśmy tylko miejsce, ale nie było wiadomo, w jaki dokładnie dzień przyjedzie kierowca Trabanta, musiałam przez ileś nocy leżeć po parę godzin w jeżynach w oczekiwaniu na domniemanego szpiega. Szczęście, że w operację była zaangażowana miejscowa sekcja hotelowa, więc gdy się upomniałam, dawali mi porządną łazienkę w hotelu, żebym mogła się umyć z pajęczyn i rozmaitych robaków, które mnie tam jesienną nocą oblazły.
W końcu nadjechał Trabant. Zaparkował i zaczął mrugać światłami, o czym boleśnie przekonałam się, patrząc w noktowizor. Koledzy to sfilmowali, ja zanotowałam widoczne z bliska detale tej imprezy, no i pojechaliśmy do Warszawy. Miejscowym pozostała jeszcze cała praca operacyjna, aby ustalić, z kim on się tak komunikuje. Myślę, że gdyby się choć trochę "operacyjniaki" wysiliły, to ustalono by już wcześniej, która centrala wywiadowcza to jego mruganie odbiera, i obyłoby się bez ściągania "betkarzy" z noktowizorem z Warszawy. A okazało się, że facet miał romans z jakąś kobietą, której mąż wyjechał za granicę do pracy. Ona mieszkała z teściami, przed którymi oczywiście swoje sercowe perturbacje ukrywała. Telefonu nie było, więc kochanek musiał podjeżdżać na widoczną z jej okna górę i wywoływać ją na spotkania znakami świetlnymi. Ot, taki górski Bond.
W "betce" można było jednego dnia się wynudzić, leżąc z noktowizorem w krzakach, a kolejnego działo się tyle, że człowiek miał dość. Gdy trafiłam do Biura "B", zaczęłam myśleć o moich koleżankach, rówieśniczkach. One wylądowały w różnych instytucjach za biurkiem. Oczywiście w ich pracy nie było nic złego, ale ja byłam przeszczęśliwa, że za takim biurkiem nie siedzę. Jako początkująca niecierpliwie czekałam na akcję i wręcz przebierałam nogami, gdy nic się na obserwacji nie działo. Pamiętam, że starsi pracownicy mówili wtedy coś, czego na tamtym etapie jeszcze do końca nie rozumiałam: że mam siedzieć cicho i "nie wywoływać wilka z lasu".
Agnieszka: Bo jak się zaczynało dziać, to już naprawdę była jazda na całego.
Posłuchaj: