,
Obserwuj
Ludzie

"Beztroskie dzieciństwo" w Bachmucie. "Mała piszczy, pięć, sześć lat. Strzeliłem"

oprac. tokfm.pl
5 min. czytania
06.09.2025 19:03

"Inne ukraińskie dzieci przeżywały ten okres za granicą, w rozłące z ojcem, wśród obcych ludzi, jako sieroty. Niektóre nie doczekały nawet takiego 'beztroskiego dzieciństwa' - zakopane pod klombem gdzieś w zburzonym mieście, leżące we krwi w teatrze zrujnowanym przez rosyjską rakietę. W tej chwili jakiś Rosjanin stawia pod ścianą ich ojca i gwałci ich matkę. A później ich samych" - pisze Myrosław Łajuk w książce "Bachmut".

Ukraińscy żołnierze w okolicach Bachmutu
Ukraińscy żołnierze w okolicach Bachmutu
fot. ARIS MESSINIS/AFP/East News

Poniższe fragmenty pochodzą z książki "Bachmut" autorstwa Myrosława Łajuka, wydanej 30 czerwca 2025 roku Wydawnictwa Ha!art.

Dzieci

"Co one tu robią?" - żołnierze, sanitariusze i kapelani odpowiadają takim pytaniem, gdy próbuję dowiedzieć się, co najbardziej dziwi ich w Bachmucie.

Dzieci Bachmutu idą z mamami za rękę po ulicach, tulą się w kątach piwnic, mówiąc, że rodzice zostali "gdzieś tam", stukają patykiem po ławce, obserwują unoszący się dym, rozwijają czekoladowy batonik z opakowania, chowają się przed ludzkim wzrokiem.

Niedawno uchwalono "przymusową ewakuację nieletnich ze strefy działań wojennych". Na razie nie jest jasne, jak ją zrealizować. Mówi się, że będą problemy.

Na ulicach Konstantynówki mijam kobietę z wózkiem rozmawiającą przez telefon: "Może i będzie trzeba wyjechać, ale póki co jakoś mi to nie w smak". Kilka dni później na to miejsce spada bomba. Ratownicy rozmawiają między sobą: Czasiw Jar przypomina Bachmut zimą, a Konstantynówka - wygląda jak to miasto latem. Ciągłe bombardowania powodują nieodwracalne zniszczenia infrastruktury i zamieniają Bachmut w strefę postapokaliptyczną.

Co jakiś czas trafiamy na punkty kontrolne. Na niektórych rewizje są długie i dokładne, inne przelatujemy w chwilę. Są i miejsca, w których wczoraj robili kipisz, a dziś nie ma tam żywego ducha.

Mijamy betonowe zagrody i jeże przeciwczołgowe, na których siedzi dwóch chłopaczków. Obok, w leju, stoi łada żiguli. Stajemy, żeby zobaczyć, o co chodzi.

Wygląda tak, jakby białe auto ktoś postawił na dnie dołu jak zabawkę. Samochód nie ma już kół, bagażnik jest otwarty. Mężczyzna w kaszkiecie zostawił swój rower na górze i zszedł do leju po jakiś drobiazg. Chłopacy - dwunastoletni Illia i Bohdan - z ciekawością przyglądają się otoczeniu.

- Co tam leży? - pytam młodziaków.
- Paczka ciastek. Wolontariusze nam przywieźli.

Jeden z chłopaczków ma spodnie koloru khaki, drugi torbę z napisem "Siły Zbrojne Ukrainy". Chwalą się, że niedawno przejeżdżali żołnierze i dali im dwieście hrywien. Illia i Bohdan mieszkają niedaleko stąd. Pokazują palcami:

- Za drugim słupem znaleźliśmy ogon pocisku. Taaaki wielki - rozciągają ramiona na jakieś pół metra.
- Nie boicie się, że Ruscy się wedrą?
- Nie wedrą się.

Wielki Czwartek o nieodwracalności

Dwa lata temu w Wielki Czwartek byłem w Karpatach. Chodziłem po lesie, pomyliłem ścieżki i wyszedłem w innym miejscu niż chciałem. To moje rodzinne strony, w dzieciństwie znałem tam każde drzewo, wiedziałem, pod którym rosną grzyby, gdzie siedzi rusałka, a z którego źródła nie wolno pić wody, bo tam - jak mówili moi koledzy - "myje d*pę" jeden z sąsiadów, zarośnięty pijak bez zębów, cały w brodawkach, chyba były więzień.

Do prawdziwej wiosny było daleko: paproć przypominała włochate, kręcone kluski, ale trawa wypychała zeszłoroczne liście w górę jak siłacz sztangę. No więc wyszedłem z lasu na czyjeś podwórko i prędko ruszyłem w stronę drogi, żeby nie zawracać głowy gospodarzom. Byle tylko nie było psa. Przed sobą zobaczyłem czterech chłopaczków, mniej więcej dziesięcioletnich. Wchodzą przez furtkę, wygłupiają się. Każdy z nich niesie po dwie reklamówki z napisem "Boss".

"Bachmut" Myrosław Łajuk
fot.

Wydawnictwo Ha!art

Na początku nie zrozumiałem, o co chodzi, ale gdy powiedzieli: "Ców-ców, dajcie kukuców", okazało się, że zapomniałem o najważniejszym.

Wielki Czwartek - zwany w Ukrainie Czystym - to ulubiony dzień karpackiej młodzieży, nazywany "kukucami" lub "ognikami". Od rana dzieci biegają od domu do domu, gdzie dostają słodycze, pisanki, huculskie koniki z sera, chlebek paschalny, czyli kukuc. Pewnego roku sam zebrałem pięćdziesiąt czekolad marki Korona, wyjątkowo popularnej w tych latach dzięki reklamie "Odkryłaś moje pragnienia". Szliśmy na wieś z pełną świadomością, że w szkole dostanie nam się za wagarowanie. Słodycze z czasem zjadaliśmy, tylko kukuce wysychały i pleśniały, nawet psy nie chciały ich ruszać. Nadawały się tylko dla pstrągów z potoku, w którym mył się tamten chłop. Kruszyliśmy chlebki do wody, ryby podpływały całymi stadami, ich grzbiety błyszczały w słońcu przebijającym przez konary buku.

Właśnie ten obrzęd przypomniał mi się, gdy w Bachmucie obok białego żyguli spotkaliśmy tamtych chłopaków, zbierających od przejezdnych cukierki i pieniądze.

Śmiali się i chętnie opowiadali coś kierowcom, wygłupiali się. Ich beztroskie dzieciństwo mija na siedzeniu na rdzewiejących jeżach przeciwczołgowych, w bezpośredniej bliskości linii frontu.

Inne ukraińskie dzieci przeżywały ten okres za granicą, w rozłące z ojcem, wśród obcych ludzi, jako sieroty. Niektóre nie doczekały nawet takiego "beztroskiego dzieciństwa" - zakopane pod klombem gdzieś w zburzonym mieście, leżące we krwi w teatrze zrujnowanym przez rosyjską rakietę. W tej chwili jakiś Rosjanin stawia pod ścianą ich ojca i gwałci ich matkę. A później ich samych. Dawniej można byłoby takie frazy uznać za przesadne dramatyzowanie. Dziś znajdziemy tyle podobnych faktów z "beztroskiego dzieciństwa", że poświęca im się jedno zdanie w wiadomościach. Świat odpowiada "głębokim zaniepokojeniem", oskarżeniem o rozsiewanie fejków lub argumentem, że maluszki w Afryce także umierają.

Wideo z połowy kwietnia wywołało oburzenie - i nic więcej - zachodnich polityków. Wagnerowiec opowiadał w nim o swoich przygodach w Bachmucie i Sołedarze. Oto fragmenty:

"Nieletnich było gdzieś czterdzieścioro. Ludzi w ogóle trzysta, może czterysta. Spory blok, ośmiopiętrowy. Misja: likwidacja. To był 18 marca, weszliśmy do centrum Bachmutu. Ruszyliśmy w bój. Wielu naszych padło. Dostałem polecenie, żeby wytłuc wszystkich… Dzieci ucierpiały, wiele zginęło, szkoda ich. (…) Wypełniłem rozkaz: zabijałem dzieci. To, co robiliśmy po wejściu do Sołedaru i Bachmutu, to było dopiero coś. Mieliśmy przeprowadzić pacyfikację, zlikwidować wszystkich. Wjechaliśmy tam, stu pięćdziesięciu wagnerowców. Zrobić czystkę i przejść do obrony. Szliśmy i wycinaliśmy wszystkich. Trafiały nam się kobiety, mężczyźni, dziadki, emeryci, emerytki. No i gówniarze. Mała piszczy, pięć, sześć lat. Strzeliłem. Miałem nikogo nie wypuścić, nikogo."

Gaston Bachelard, krytykując egzystencjonalistów, powiedział, że zanim trafiliśmy do tego okrutnego świata, żyliśmy w szczęśliwej przestrzeni dzieciństwa.

W Czysty Czwartek Ukraińcy myją okna i piorą haftowane serwety wiszące nad ikonami i obrazami. Dom powinien być czysty. Tylko że zburzono go na naszych oczach. Do szczętu.

Nie wiem, jakie wspomnienia zachowają nasze dzieci o tradycjach takich jak kukuce. Wszystko, co dzieje się teraz, niezależnie od dalszego biegu wydarzeń, pozostanie częścią nas.

13, 18 kwietnia 2023

Posłuchaj: