,
Obserwuj
Dolnośląskie

"Obojętność zabija najbardziej". Dlaczego Polacy nie udzielają pierwszej pomocy?

Małgorzata Waszkiewicz, TOK FM
4 min. czytania
03.08.2025 08:00
Polacy zbyt rzadko udzielają pierwszej pomocy. Gdy do zawału dojdzie poza szpitalem, czyli na ulicy, w domu, w sklepie czy kościele - zaledwie połowa świadków podejmuje próbę resuscytacji. - Każda minuta bez pomocy obniża szanse na przeżycie o 10 procent - mówią lekarze.
|
|
fot. Stanislaw Bielski/REPORTER

 

  • W Polsce co cztery minuty dochodzi do nagłego zatrzymania krążenia, to około 100 przypadków dziennie; większość z nich ma miejsce poza szpitalem;
  • Tylko 54 proc. Polaków podejmuje próbę resuscytacji (RKO);
  • Lekarze podkreślają, że strach i obojętność zabijają częściej niż złe wykonanie RKO.

 

Co cztery minuty w Polsce, komuś zatrzymuje się serce, krew przestaje krążyć. To oznacza, że każdego dnia około 100 osób nagle traci przytomność i przestaje oddychać. Najczęściej poza szpitalem: na ulicy, w domu, w miejscu pracy. Ich szanse na przeżycie zależą przede wszystkim od świadków. Tych, którzy są obok i którzy podejmą decyzję: działać, czy nie.

Dane są bezlitosne: tylko 54 proc. Polaków w ogóle podejmuje próbę resuscytacji krążeniowo-oddechowej (RKO). A skutki tej bierności są tragiczne: przeżywa zaledwie kilka osób na sto. Dla porównania - w Holandii ten wskaźnik (przeżywalności) sięga nawet 40 proc. W Danii - 20 proc., a w Czechach 16 proc.

Minuty, które decydują o życiu

- W każdej minucie bez pomocy szanse na przeżycie spadają o 10 proc. Po dziesięciu minutach praktycznie zanikają - tłumaczy prof. Krzysztof Reczuch, kierownik Kliniki Kardiologii Instytutu Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. I dodaje: 'Zatrzymanie krążenia to jak tonięcie'. - Jeśli nie wyciągniemy kogoś z wody w kilka minut, nie ma już czego ratować. Z sercem jest dokładnie tak samo - wyjaśnia.

Z danych Wrocławskiego Pogotowia Ratunkowego wynika, że w Polsce tylko kilka procent osób po nagłym zatrzymaniu krążenia wraca do pełnej sprawności neurologicznej. W Europie Zachodniej - nawet 30 proc. To nie zasługa lekarzy i ratowników medycznych, tylko świadków zdarzenia.

Córka - harcerka - bohaterka

Zbigniew Frysztak, 60-letni pacjent z Oławy, przeżył zatrzymanie krążenia tylko dzięki szybkiej reakcji córki i żony. - Zawału dostałem w nocy. Chyba coś strasznego mi się przyśniło. Podszedłem do okna, otworzyłem okno, bo zrobiło mi się duszno, czułem ból w klatce piersiowej. Upadłem na podłogę - opowiada przez łzy.

Ten upadek obudził domowników. Córka - harcerka - natychmiast przystąpiła do RKO, a żona na zmianę z nią prowadziła uciski aż do przyjazdu straży pożarnej, bo karetki w Oławie akurat nie było.

- To, że pacjent dziś żyje, wynika z konkretnego działania - mówi prof. Reczuch. - Nasze doświadczenie jest takie, że jeśli w domu pacjenta jest harcerz, strażak lub policjant, to szanse na jego przeżycie są największe. Jeśli nie, to są bliskie zeru - wyjaśnia kardiolog.

Nie bój się

Dlaczego więc reagujemy tak rzadko? - pytam w audycji "Dobrostan" w TOK FM swojego gościa kardiologa Piotra Gjewskiego.

- Strach - odpowiada krótko ekspert. - Strach przed tym, że coś zepsujemy, że zrobimy krzywdę, że zostaniemy pociągnięci do odpowiedzialności. Tymczasem największą krzywdą jest brak działania. Bo powiem brutalnie: ten człowiek już nie żyje. Uciski nie zrobią mu większej krzywdy, ale mogą przywrócić życie - dodaje lekarz z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.

Częstym błędem jest też zbyt lekka resuscytacja. - Pamiętam taką historię: cztery koleżanki, trzydziestolatki, poszły na kawę. Nagle jedna się osunęła. Pozostałe zorientowały się, że ona właściwie nie reaguje. Zaczęły reanimować swoją koleżankę. Bały się, że złamią jej żebra, więc uciskały za słabo. Po 5 minutach przyjechało pogotowie. I to było te 5 minut, które dzieli życie od śmierci. Niestety, ta reanimacja była za słaba, bo koleżanki bały się złamać koleżance mostek. Dlatego warto zapamiętać: złamane żebra, mostek to wręcz znak dobrze wykonanej resuscytacji - opowiada prof. Krzysztof Reczuch.

Drugie życie

Zbigniew Frysztak, po zatrzymaniu krążenia, spędził niemal dwa miesiące w szpitalu. Przez pierwsze dni był sparaliżowany po prawej stronie, nie mówił. Dziś funkcjonuje normalnie, wrócił do formy fizycznej i planuje powrót do pracy. - To drugie życie. Mam 60 lat i nie zamierzam go zmarnować - mówi z uśmiechem.

Co możemy zrobić?

Największym ryzykiem jest obojętność. Tylko połowa świadków zaczyna masaż serca. Dla porównania, w Czechach 84 procent świadków zaczyna resuscytację. Dlatego zdecydowanie więcej pacjentów ma tam szanse na przeżycie. - Ludzie chodzą po ulicach wpatrzeni w ekrany telefonów, gdy ktoś upadnie, zasłabnie, to świadkowie czekają na karetkę i nie podejmują żadnych działań. Musimy przestać być obojętni. To obojętność zabija najbardziej - apeluje prof. Reczuch.

I podkreśla: "To nie jest trudne. RKO to kilka prostych kroków, które każdy może wykonać. A szybka reakcja może zdecydować, czy ktoś przeżyje, wróci do domu, do dzieci, wnuków, czy jednak umrze".

Jak zrobić to dobrze?

Nowoczesne wytyczne jasno mówią: uciskaj mocno, szybko i bez przerw. Bez konieczności wykonywania sztucznego oddychania.

 

  • Sprawdź, czy osoba reaguje (potrząśnij, zawołaj).
  • Jeśli nie - wezwij pomoc: 999/112.
  • Sprawdź oddech (przyłóż ucho do ust i obserwuj klatkę piersiową).
  • Jeśli nie oddycha - rozpocznij uciski klatki piersiowej:
  • Ułóż dłonie na środku klatki piersiowej (mostka).
  • Uciskaj na głębokość 5-6 cm z częstotliwością 100–120 razy na minutę.
  • Nie przerywaj aż do przyjazdu służb.