Co jest w wykradzionych danych 19 mln Polaków? "Informacje byłyby bezcenne dla obcego wywiadu wrogiego Polsce"
- Ryzyko jest spore, że ktoś się dowie, co i kiedy braliśmy i w jakiej placówce się leczyliśmy. O ile dla szarego Kowalskiego to może być wstyd na poziomie klatki schodowej, o tyle, jeżeli mówimy o osobach na stanowiskach, o publicznej ekspozycji, informacje mogą być użyte do ich szantażowania - mówił Adam Haertle.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Czego chcą sprawcy wycieku danych ok. 19 mln Polaków ze stron MyDr?
- Czym grozi upublicznienie informacji?
Dane wrażliwe ok. 19 mln Polaków wyciekły z serwerów firmy MyDr, dostawcy oprogramowania do elektronicznej dokumentacji medycznej dla przychodni i lekarzy. Informację potwierdził wicepremier, minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, który nazwał incydent "jednym z największych wycieków w historii". Wyciec mogły numery PESEL, imiona, nazwiska, numery telefonów, dane o wizytach medycznych, receptach.
Domniemani sprawcy skontaktowali się z serwisem Zaufanatrzeciastrona.pl. Jak się uwiarygodnili? - Pokazali fragmenty wykradzionych danych. Były tam dane jednego z najważniejszych polskich polityków, ale także moje dane: imię, nazwisko, PESEL, województwo, do którego oddziału NFZ należę i numer placówki - mówił Adam Haertle, twórca i redaktor naczelny Zaufanej Trzeciej Strony.
Czego chcą hakerzy? - Paradoksem jest, że w pierwszym zdaniu mówią "my nie chcemy okupu", a w drugim chcą okupu, tylko nazywają go "opłatą za niezamówione testy bezpieczeństwa". To dosyć kontrowersyjna i absolutnie nielegalna praktyka, ale niektórzy sprawcy tak próbują ukryć swoje rzeczywiste intencje. Chcą zarobić pieniądze, tylko sugerują, że będzie to wynagrodzenie za informacje, jakich błędów w platformie użyli, żeby się do niej dostać. W rzeczywistości to zwykłe przestępcze wymuszenie - mówił gość Adama Ozgi.
Ekspert mówił, że robienie z numeru PESEL tajemnicy nie ma większego sensu - publicznie znane są numery ponad 3 mln osób w Polsce, które są w zarządach firm, fundacji. Numery są też w księgach wieczystych.
Inaczej jest z informacjami na temat leków, wizyt lekarskich. - Ryzyko jest spore, że ktoś się dowie, co i kiedy braliśmy i w jakiej placówce się leczyliśmy. O ile dla szarego Kowalskiego to może być wstyd na poziomie klatki schodowej, o tyle, jeżeli mówimy o osobach na stanowiskach, o publicznej ekspozycji, informacje mogą być użyte do szantażowania takich osób. Na przykład leczenie psychiatryczne trzeba zgłaszać, jeżeli wnioskuje się o dostęp do informacji tajnych albo ściśle tajnych. Może ktoś miał taki dostęp, a nie zgłosił - takie informacje byłyby bezcenne dla obcego wywiadu wrogiego Polsce - ostrzegał Haertle.
Jest jednak łyżka miodu w tej beczce dziegciu. - Gdyby te dane miały być domyślnie skapitalizowane, sprzedane, ujawnione, prawdopodobnie już by do tego doszło i może byśmy nawet o tej sprzedaży nie wiedzieli. Taka baza ma swoją wartość na rynku i to niemałą. Natomiast na razie według naszej najlepszej wiedzy sprawcy nikomu danych nie przekazali, co poniekąd świadczy o ich dobrych intencjach. Niekoniecznie szczerych, ale idących w pozytywną dla Polski stronę - dodał ekspert.
Źródło: TOK FM