"My nie leczymy. My zatrzymujemy czas". Polscy medycy bojowi w Ukrainie szukają ochotników
Aktualnie na froncie w Donbasie jest 30 polskich medyków wojennych, którzy walczą o zdrowie i życie ukraińskich żołnierzy. - Nasze obowiązki wykonujemy na pierwszej linii. Bierzemy plecaki medyczne i idziemy w okopy, tam gdzie są żołnierze, by walczyć o każdą kroplę krwi - opowiada szef grupy medyków wojennych Damian Duda. - Im więcej tej krwi ucieknie, tym mniejsza szansa na to, że żołnierz wróci do domu - tłumaczy.
W ubiegłym roku fundacja prowadziła nabór do grupy i spośród 400 osób wybrała właśnie 30, które dziś pomagają na froncie. Potrzebni są jednak nowi ochotnicy, dlatego od stycznia trwa kolejna rekrutacja. Zgłoszenia od ochotników zbierane będą do 15 marca. - Pomagając osobom poszkodowanym, niestety często jesteśmy zmuszeni ewakuować już nie żywe osoby, ale zwłoki tych, którym nie udało się pomóc - opowiada Duda. - W związku z tym ludzie, którzy pracują z nami, muszą mieć niesamowitą odporność psychofizyczną - podkreśla.
Chętni mogą zgłaszać się do fundacji "W Międzyczasie", gdzie przejdą cały proces rekrutacyjny, w tym między innymi rozmowy z psychologiem. W kwietniu odbędą się pierwsze szkolenia.
"Bez wsparcia nasza praca byłaby niemożliwa"
Fundacja - oprócz wolontariuszy - potrzebuje też jednak rzeczowego i finansowego wsparcia, by działania na froncie mogły być skuteczne. - Koszt wyposażenia plecaka medycznego średniej wielkości to jest około ośmiu tysięcy złotych. Bardzo często, po jednej akcji, ten plecak jest osuszony do dna i trzeba go z powrotem uzupełnić - tłumaczy Duda. - A takich akcji potrafi być kilka w ciągu miesiąca. My jesteśmy tam cały czas, zespoły rotują się co miesiąc, ale proszę pamiętać, że ludzie muszą coś jeść, muszą mieć ubezpieczenie, czy wreszcie mieć za co wlać paliwo do samochodów. To wszystko kosztuje - podkreśla.
Fundację wspierają bydgoscy społecznicy skupieni wokół grupy "Bydgoszcz pomaga Ukrainie". To właśnie do medyków bojowych trafiają transporty z darami zebranymi od przedsiębiorców i ludzi dobrej woli. Kilkanaście konwojów zorganizowała społeczniczka Joanna Gotowicz, wspólnie z Joanną Czerską-Thomas i Kosmą Kołodziejem z fundacji Diversity. - Wiem, co tam jest potrzebne. Widzę, jak Damian mądrze zarządza nie tylko ludźmi, ale też każdą złotówką, która zostaje mu powierzona - ocenia Justyna Gotowicz. - Moja rola będzie polegała na tym, by pozyskiwać środki na to, żeby Damian i jego ludzie mogli się dalej szkolić, bo tutaj się rozchodzi o życie - dodaje poruszona.
- Bez datków, bez wsparcia, nasza praca byłaby po prostu niemożliwa - ocenia Duda. - Duża część tej pomocy trafia do nas właśnie z Bydgoszczy, od ludzi dobrej woli, których zbiera i podsyła nam Justyna i fundacja Diversity - podkreśla medyk. - Proszę pamiętać, że my na polu walki nie leczymy. My zatrzymujemy czas. Dajemy szansę poszkodowanym, by trafili w ręce personelu medycznego, czekającego na salach operacyjnych - dodaje.
12 marca mieszkańcy Bydgoszczy mogli spotkać się z szefem bojowych medyków Damianem Dudą. W auli Collegium Medicum w Bydgoszczy wygłosił wykład otwarty na temat medycyny pola walki.