"Na miejscu jest ogrom pracy, warunki bardzo trudne". Strażacy z Łodzi pomagają ratować ludzi
Reakcja łódzkich strażaków była natychmiastowa. Mobilizacja zaczęła się zaraz po otrzymaniu informacji o trzęsieniu ziemi, która przyszła nad ranem w poniedziałek, z systemu narodowego informującego o tego typu wydarzeniach. - Można powiedzieć, że to była błyskawiczna akcja, potwierdzenie gotowości, potem załatwienie samolotu przez stronę rządową i kilka godzin później wylot - opowiada mł. bryg. Jędrzej Pawlak, rzecznik prasowy Komendanta Wojewódzkiego Państwowej Straży Pożarnej w Łodzi. - Dzięki temu jest dużo większa szansa na uratowanie jak największej liczby osób, bo tutaj czas ma ogromne znaczenie - dodaje.
Łącznie z Polski do Turcji poleciało 76 strażaków-ratowników i osiem psów przeszkolonych pod kątem szukania osób żywych. Z Łodzi poleciało 14 ratowników i trzech rezerwowych. O tym, kto zostanie wytypowany, zdecydował Komendant Główny. - Rezerwowi byli na wypadek, gdyby ktoś nie przeszedł badań lekarskich. Wtedy weszliby na jego miejsce. Nie było jednak konieczności zastępstwa - informuje rzecznik PSP w Łodzi.
"Na miejscu jest ogrom pracy"
Ekipa z Polski pracuje całą dobę, ratownicy podzieleni są na dwie zmiany. - Na miejscu jest ogrom pracy. Są minusowe temperatury, więc znalezienie każdego żywego człowieka to ogromny sukces - słyszymy.
W czwartek polscy strażacy wydobyli spod gruzów jedenastą osobę. Akcja trwała kilka godzin, bo warunki są bardzo trudne. Dzień wcześniej - w środę - wydobyto 13-letnią dziewczynkę. Z każdą godziną jednak szanse na odnalezienie żywych maleją.
Strażacy ze Specjalistycznej Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej PSP w Łodzi oraz z innych rejonów naszego kraju będą w Turcji pracować siedem dni. Jest to maksymalny czas, aby wydobyć osoby, które przeżyły. - Będą to na pewno te osoby, które pod gruzami mają jakąś możliwość schronienia się, na przykład w różnych wnękach. To daje im większe szansę na przeżycie - mówi Pawlak.
Co ze sobą zabrali?
Strażacy - jadąc udzielać pomocy do innego kraju - muszą być zaopatrzeni we własny sprzęt. Wzięli namioty, w których odpoczywają. Mają ze sobą tachimetr, czyli urządzenie, które bada czy dana konstrukcja budowlana zaczyna się odchylać. - Jeśli przekroczy określony próg, włącza się alarm i wtedy następuje natychmiastowa ewakuacja z zagrożonego terenu - wyjaśnia Jędrzej Pawlak. - Zabrali również nagrzewnicę, ponieważ obecnie w Turcji temperatura jest podobna do naszej, a to oznacza, że w nocy jest tam na minusie - dodaje.
Nie mogli natomiast - lecąc samolotem - przetransportować paliwa ani gazów technicznych, np. tlenu medycznego, którego używa się do udzielania pierwszej pomocy.
>> CZYTAJ TAKŻE: Ratownicy górniczy z PGG polecą do Turcji. Będą pomagać w akcjach poszukiwawczych po trzęsieniu ziemi
Wrócą po tygodniu
Powrót strażaków zaplanowano w poniedziałek 13 lutego. Później akcja ratownicza zmieni się w akcję wydobycia zwłok.
Do trzęsienia ziemi doszło w nocy z niedzieli na poniedziałek, w południowo-wschodniej Turcji i północnej Syrii. W czwartek rano agencja AFP podała - opierając się na oficjalnych danych - że liczba ofiar przekroczyła 16 tysięcy. W Turcji zginęły 12 873 osoby, rannych jest ponad 60 tysięcy. Najnowszy bilans ofiar śmiertelnych w Syrii to 3162.
Do Syrii nasi strażacy nie pojadą nie tylko dlatego, że ten kraj nie wystosował apelu. - W pogrążonym w wojnie państwie nie bylibyśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa polskim ratownikom - twierdzi Jędrzej Pawlak.
Strażacy, którzy biorą udział w akcji usuwania skutków trzęsienia ziemi w Turcji, robią zdjęcia i filmy. Będą to cenne materiały do ćwiczeń. Ratownicy będą mogli przekazać nabyte doświadczenie swoim kolegom, którzy zostali w Polsce.