"Mój tekst został aresztowany". Dlaczego periodyk IPN wstrzymał artykuł historyka?
Wojciech Marciniak
Dr Wojciech Marciniak pracuje w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego, jest w trakcie przygotowywania rozprawy habilitacyjnej. Kieruje Archiwum Sybiraków UŁ, jest też członkiem Polsko-Kazachstańskiej Komisji Historycznej. Od kilkunastu lat bada dzieje obywateli polskich na Wschodzie po 17 września 1939 roku.
Gdy przed rokiem wydawane przez Instytut Pamięci Narodowej czasopismo "Pamięć i Sprawiedliwość" ogłosiło nabór tekstów do nowego numeru, postanowił zaproponować swój artykuł. Tom miał być poświęcony dziejom edukacji w okresie Polski Ludowej, dlatego zgłosił tekst o działalności edukacyjnej Związku Patriotów Polskich (ZPP) w Południowym Kazachstanie w latach 1944-1946. - Pomyślałem, że skoro zajmuję się tą tematyką od dłuższego czasu, ostatnio wydałem książkę o ZPP w Kazachstanie, to artykuł rozwijający poruszone w niej wątki będzie dobrym pomysłem. Wysłałem go do redakcji w marcu 2023 roku. Dostałem odpowiedź, że tekst został przyjęty i skierowany do recenzji. A to oznacza, że spełniono pierwszy krok redakcyjny - mówi TOK FM Wojciech Marciniak.
Po kilku miesiącach autor dostał informację, że tekst został przeczytany przez dwóch recenzentów i obie recenzje są pozytywne, z drobnymi tylko uwagami. Otrzymał je, aby mógł się do nich ustosunkować. Wszystko zmierzało w kierunku publikacji - pan Wojciech dostał od IPN umowę wydawniczą i rachunek na kwotę 1400 zł jako honorarium. Dlatego, jak mówi, był mocno zaskoczony, gdy w trakcie ustosunkowywania się do recenzji dostał telefon od redaktora naczelnego czasopisma z prośbą, aby zmienił niektóre tezy artykułu.
Edukacja czy propaganda?
By zrozumieć, o jaką zmianę chodziło, musimy wyjaśnić, czym był Związek Patriotów Polskich. Artykuł dra Marciniaka odpowiada na pytanie, czy działalność Związku była edukacją i wychowywaniem polskiej młodzieży w Kazachstanie, czy raczej ich indoktrynacją i propagandą.
Związek Patriotów Polskich powstał w 1943 roku. Stalin uznał, że warto stworzyć organizację, która będzie kuźnią kadr dla przyszłej polskiej administracji, oczywiście podporządkowanej Kremlowi. ZPP miał być też przeciwwagą dla legalnego rządu RP w Londynie. Założenia ideowe związku opierały się na stalinowskiej i komunistycznej propagandzie, w tym na haśle "przyjaźni polsko-radzieckiej". - Należy jednak odróżnić władze tej organizacji od jej terenowych oddziałów. Do nich bowiem zapisywali się polscy zesłańcy - ofiary masowych deportacji na Sybir z lat 1940-1941. Liczyli na poprawę swojego tragicznego losu, a potem także na wyjazd do Polski. ZPP niósł bowiem pomoc materialną, odtwarzał sieć placówek opiekuńczo-oświatowych, organizował życie kulturalne - tłumaczy historyk z Łodzi.
- Duża część naszych rodaków na Wschodzie zapisywała się do związku, wierząc, że dzięki temu będą mogli wrócić do ojczyzny, co rzeczywiście potem się działo - dodaje dr Wojciech Marciniak.
Podkreśla jednak, że działalność ZPP miała też jeszcze inny wydźwięk - chodziło o podtrzymywanie polskości i edukację polskich dzieci. Związek tworzył szkoły, internaty i sierocińce dla najmłodszych zesłańców - ofiar masowych deportacji i stalinowskich represji. Organizował lekcje polskiego, uczył dzieci polskich pieśni patriotycznych, przypominał o polskiej historii (np. o obchodach Święta Trzeciego Maja).
'Nie znajduję słów, by wyrazić oburzenie'. Ofiara akcji 'Wisła' pisze do prezydenta Dudy
- Owszem, w szkołach wisiały portrety Stalina - bo tak było wtedy we wszystkich szkołach w ZSRR - i śpiewano "Międzynarodówkę", ale jednocześnie bardzo ważna była dla tych ludzi polskość. Dzieci uczyły się ojczystego języka, poznawały polską literaturę - Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza - i nie można o tym zapominać. Oczywiście w tej zesłańczej edukacji pojawiały się elementy propagandowe - m.in. hasła o "przyjaźni polsko-radzieckiej" i o domniemanej "opiece", którą ZSRR miało otoczyć polskich "uchodźców", jak nazywano zesłańców. To były oczywiście kłamstwa i zesłańcy, którzy przeszli "praktyczny kurs komunizmu", doskonale zdawali sobie z tego sprawę - opowiada nasz rozmówca.
"Artykuł pokazuje, jak było"
- Czego jednak było więcej w szkołach prowadzonych przez ZPP: edukacji i wychowania czy propagandy i indoktrynacji? Na te pytania starałem się odpowiedzieć w swoim artykule. Krytyka źródeł, ich konfrontacja, umieszczanie faktów we właściwych kontekstach i ich rozważna interpretacja, a także określanie proporcji analizowanych zjawisk - to wszystko ma naprowadzić naukowca na drogę do prawdy - mówi gość TOK FM.
Opisał to w swoim artykule na 35 stronach tekstu opartego na bogatych źródłach - polskich i kazachskich. Znalazły się w nim m.in. cytaty ze wspomnień samych Sybiraków. - Artykuł pokazuje, jak było: z jednej strony komunistyczna propaganda, a z drugiej - podtrzymywanie polskości. Chciałem pokazać, że dzięki Związkowi Patriotów Polskich stało się też wiele dobrego - mówi Marciniak.
Właśnie to, jak opowiada, nie spodobało się redaktorowi naczelnemu. Pojawiła się sugestia, później poparta wymianą mailowej korespondencji, że tekst dobrze byłoby zmienić (mimo pisemnych pozytywnych opinii powołanych przez IPN recenzentów) tak, by pokazać Związek Patriotów Polskich niemal wyłącznie przez pryzmat komunizmu, propagandy i indoktrynacji. - Nie mogłem się na to zgodzić. Nauczycielami w szkołach ZPP w sporej części byli przedwojenni pedagodzy, którzy byli zaangażowani w edukację także w czasie, gdy działały szkoły pod auspicjami Ambasady RP w Kujbyszewie. Wśród personelu były też młode dziewczęta, które dopiero co skończyły te szkoły i z braku kadry były doszkalane do zawodu. Nie można in gremium nazywać tych ludzi indoktrynerami. To też byli zesłańcy, którzy ratowali od wynarodowienia polskie dzieci. Jeśli ceną edukacji po polsku w tamtych dramatycznych okolicznościach było wprowadzenie do programów jakichś elementów propagandowych, to mimo wszystko warto ją było zapłacić. Celem polskich Sybiraków było przeżyć i wrócić do Ojczyzny. Nie pozwolę na szarganie ich dobrego imienia - mówi naukowiec.
- Poprosiłem o przesłanie uwag drogą mailową. Zaproponowałem też, że skoro pan profesor - redaktor naczelny - ma wątpliwości, to możemy powołać superrecenzenta, w nauce jest przecież taka instytucja. Ale profesor się na to nie zgodził - opowiada pan Wojciech. - Mam poczucie, że redaktorowi zależało na tym, abym w swoim tekście w negatywnym świetle przedstawił nauczycieli ze Związku Patriotów Polskich, którzy uczyli polskie dzieci. Abym przedstawił ich jako propagandystów i indoktrynatorów stalinowskich, funkcjonariuszy, którzy wlewali w umysły polskich dzieci różne treści propagandowe, starali się je "przerobić" na komunistów. Korespondując z redaktorem, miałem wrażenie, że on nie doceniał tego, że te dzieci dzięki związkowi miały też szansę spotkać się z polskością, że uczyły się w języku polskim - opowiada gość TOK FM.
- W mojej ocenie ten spór dotyczy też tego, czy warto pokazywać proporcje jakiegoś zjawiska. Ja uważam, że trzeba i należy je ważyć, a pan profesor twierdził, że jeśli w nauczaniu dzieci był element propagandy, to był i na tym koniec. I nie ma już potrzeby rozważać, jakie to miało realnie znaczenie - dodaje.
Historyk oburzony decyzją IPN. 'Dla mnie ta sprawa to trup wyjęty z szafy'
Prośba o rozwiązanie umowy
W korespondencji mailowej miała pojawić się też sugestia, że tekst doktora Marciniaka w zaproponowanej formie nie może być opublikowany, bo "naraziłoby to IPN na śmieszność". - To dziwne, bo wcześniej redaktor napisał mi, że nie może zmusić mnie do uwzględnienia jego uwag, bo otrzymałem dwie recenzje pozytywne. Potem jednak nastąpiła przerwa w kontakcie, mimo moich usilnych prób wyjaśnienia sprawy. Miałem poczucie, że mój tekst, za który mi już zapłacono, został aresztowany, schowany do symbolicznej szuflady. Tymczasem redaktor przekazał mi, że "unieważnił" obie recenzje, po prawie trzech miesiącach od ich formalnego przyjęcia. Następnie zaproponował, abym zgodził się na rozwiązanie umowy. Na moje pytanie, dlaczego wysłano mi umowę i zapłacono honorarium mimo wątpliwości redaktora co do treści artykułu, niestety nie otrzymałem odpowiedzi. Nie wiem, co będzie dalej. IPN nie chce się jednoznacznie określić, czy artykuł zostanie wydany, czy nie - mówi historyk.
- Ta sytuacja wywołuje u mnie ogromne zdziwienie i zażenowanie. Nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkałem. Postępowanie redaktora periodyku "PiS" odbieram jako cenzurę prewencyjną - mówi dr Marciniak. - Proponowałem redaktorowi publikację głosu polemicznego. To przecież standardowe działanie, często spotykane w nauce. Historycy spierają się nie tylko na konferencjach, lecz także na łamach czasopism naukowych. Nie musimy się przecież we wszystkim zgadzać i nikt nie ma monopolu na historyczną prawdę. Jeśli ktoś się z tezami danego autora nie zgadza, wchodzi z nim w polemikę i przedstawia swoje kontrargumenty. Prosiłem także redaktora o merytoryczne argumenty poparte literaturą naukową. Moje propozycje zostały jednak zbyte milczeniem - dodaje naukowiec.
Wojciech Marciniak
Wysłaliśmy pytania w tej sprawie do redakcji czasopisma "Pamięć i Sprawiedliwość" i do redaktora naczelnego, prof. Sławomira Kalbarczyka. Pytamy, jaki jest status artykułu, co się z nim dalej stanie i co oznacza, że redaktor zdecydował o "unieważnieniu" obu recenzji. Czekamy na odpowiedź.
Stanowisko Rady Wydziału
W sprawie wypowiedziała się natomiast Rada Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie dr Wojciech Marciniak pracuje. W grudniu 2023 roku przyjęła ona uchwałę "W sprawie naruszenia dobrych praktyk w nauce przez redakcję periodyku 'Pamięć i Sprawiedliwość'".
"Artykuł został przesłany do redakcji (...), która go przyjęła i poddała procedurze recenzji. Obie recenzje były pozytywne, a z autorem zawarto umowę wydawniczą. Mimo to redaktor naczelny czasopisma wywierał presję na autora, by ten zmienił niektóre tezy postawione w jego artykule (...). Rada Wydziału, kierując się wartościami, jakimi w nauce są swoboda wypowiedzi i możliwość przedstawiania wniosków formułowanych na podstawie rzetelnie prowadzonych badań, w pełni solidaryzuje się z Panem dr. Wojciechem Marciniakiem i sprzeciwia się praktykom, polegającym na wywieraniu presji na badaczy, by ci zmienili swoje tezy na życzenie redakcji czasopisma, w sytuacji, gdy wynikają one z analizy źródeł i były pozytywnie ocenione przez recenzentów. Pluralizm i wolność wypowiedzi stanowią bowiem fundamenty publikowania wyników badań naukowych" - czytamy w uchwale Rady Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Łódzkiego.
Fot. ze strony https://www.facebook.com/photo/?fbid=7453957241301716&set=gm.2790303297943884&idorvanity=2020965481544340