"Telefony się urywają. Słychać nerwy i frustrację". Rolnicy w strachu przed żniwami
Rząd zapewnia, że przepustowość portów jest bardzo duża, że możemy miesięcznie wywieźć ogromne ilości zboża, dzięki czemu zdążymy opróżnić magazyny przed żniwami. - Zaczęliśmy rozbudowę naszych możliwości eksportowych, logistycznych, transportowych. Dzisiaj te możliwości eksportowe zostały zapewnione, możliwości skupowe wewnątrz kraju również, a cena dla rolnika jest również opłacalna - mówił w poniedziałek w porcie w Gdyni premier Mateusz Morawiecki. W jego ocenie porty pracują pełną parą. Podobne słowa wybrzmiały z ust Marka Gróbarczyka. Wiceminister infrastruktury wskazał, że możliwości przeładunku zbóż w polskich portach to około miliona ton w ciągu miesiąca.
"Przepustowość portów to dramat"
Marek Kowalczyk jest rolnikiem, a jednocześnie - wraz z żoną - od 20 lat prowadzi duży skup zboża pod Lublinem, w miejscowości Kliny. Ma sześć magazynów. Miesięcznie odprawia do portów od ośmiu do dwunastu tysięcy ton zboża. Obecnie to głównie pszenica i rzepak.
- Telefony od rolników się urywają. Wielu chce sprzedać to, co ma w magazynach, by zrobić sobie miejsce na żniwa. Ludzie są rozgoryczeni, bo cena pszenicy jest bardzo niska. W rozmowach słychać nerwy, stres, frustrację. Pada wiele niecenzuralnych słów - mówi TOK FM Urszula Kowalczyk, współwłaścicielka skupu. Jak dodaje, rolnicy sprzedają zboże znacznie poniżej kosztów produkcji, bo liczą na rządowe dopłaty. Tyle że dziś nikt nie ma pewności, kiedy te dopłaty będą wypłacone i w jakich kwotach. - Jest wiele niewiadomych - przyznają rozmówcy TOK FM.
W skupie w Klinach na razie nie ma zapisów na sprzedaż zboża. - Jeszcze dajemy radę, bo staramy się na bieżąco opróżniać magazyny i wywozić zboże do portów, by mieć miejsce na kolejne ziarno. Województwo lubelskie to rolnictwo rozproszone, rolnicy z reguły sprzedają po 50, 100 czy 200 ton zboża, więc nie są to zbyt duże ilości. Jeszcze jakoś mieścimy - mówi pan Marek.
W jego firmie pracuje ponad 30 osób, w tym 20 kierowców, którzy wożą zboże do portów w Gdańsku i Gdyni. Jak podaje Kowalczyk, jeżdżą prawie non stop. - Ale jednocześnie marnujemy czas na stanie w kolejce już na miejscu, w porcie. Z reguły trzeba czekać jedną dobę, dwie doby, a czasami nawet trzy - opowiada nasz rozmówca.
I dodaje, że w tym czasie tir mógłby już wracać na Lubelszczyznę po kolejny transport ziarna. - Owszem, na miejscu, w porcie, powiększono parking. Ale tylko tyle. W efekcie mamy na parkingu wielki magazyn zboża w ciężarówkach, które czekają na rozładunek - tłumaczy dalej Kowalczyk.
Jak dodaje, nie ma rozładunku w weekendy. - Ja też jeżdżę jako kierowca. Miałem ostatnio sytuację, że pojechałem, ale nie udało się rozładować, bo była kolejka. Minął piątek i trzeba było czekać do poniedziałku. Nie tak to powinno wyglądać - kręci głową. Wskazuje, że nie ma mowy o rozładunku zboża również wtedy, gdy pada deszcz. - Trzeba stać w kolejce i czekać - dodaje. Podkreśla, że rozładunek - jeśli jest możliwy - odbywa się bezpośrednio na statki, a nie do magazynów.
Żniwa w ciemnych barwach
Urszula Kowalczyk nie kryje, że na tegoroczne żniwa patrzy pesymistycznie. - Nie potrafię powiedzieć, czy uda się opróżnić magazyny na kolejne zboże. Jest z tym problem. Robimy, co możemy, ale niewystarczającej przepustowości portów nie przeskoczymy. Mamy już koniec maja, a magazyny są przepełnione. I jest nam trudno wszystko to wywieźć - tłumaczy. Wskazuje, że również wśród rolników widać ogromny niepokój.
Skup w Klinach działa od 20 lat. Co roku, przed żniwami, jego właściciele podpisywali umowy z rolnikami, w których określali, od kogo ile ziarna kupią. W tym roku takich umów po raz pierwszy nie podpisują. Jak tłumaczą, nie mogą ryzykować, bo rynek jest bardzo niestabilny. Nie wiadomo, jakie będą ceny. - W ubiegłym sezonie przez to straciliśmy sporo pieniędzy, więc nie możemy ryzykować. Dlatego skupujemy zboże tylko na bieżąco. Nie ma u nas żadnych zapisów - dodaje pani Urszula.
- W tej chwili bardzo dużo rolników zdecydowało się sprzedać zboże, mimo dramatycznie niskich cen. Liczą na dopłaty, ale muszą też mieć wolne magazyny. Potrzebują też oczywiście pieniędzy na życie, na opłaty, na kredyty, których mają sporo. Ale obecne ceny absolutnie nie pokrywają im kosztów produkcji - dodaje współwłaścicielka skupu.
Marek Kowalczyk jest przekonany, że tegoroczne zbiory będą bardzo wysokie. - Na polach zapowiadają się naprawdę ładne plony, pogoda temu sprzyja. Zboża będzie dużo i pytanie, gdzie je zmieścimy, skoro wielu rolników ma wciąż ziarno z poprzednich zbiorów. Myślę, że największy błąd popełnił poprzedni minister rolnictwa Henryk Kowalczyk. Powiedział rolnikom, żeby trzymali zboże, żeby nie sprzedawali, bo będzie droższe. Nie wiem, skąd miał takie informacje, bo to przecież jeden wielki niewypał - twierdzi Kowalczyk. - Dziś pszenica jest po 750 złotych, a w żniwa była po 1500 złotych. To zasadnicza różnica - podsumowuje.