Tak pracowali w komisji wyborczej. "Już powiedziałem żonie: nigdy więcej!"
Agnieszka Margul była przewodniczącą obwodowej komisji wyborczej nr 2 w Lublinie. Mieściła się ona w przedszkolu przy al. Warszawskiej. Gdy o godzinie 21 w niedzielę zakończyła się cisza wyborcza, przed drzwiami tego lokalu stało jeszcze ponad 350 osób. Jak wynika z protokołu, ostatni wyborca oddał głos 20 minut po północy.
- Było bardzo ciężko. Lokal był mały, brakowało miejsca, ciągle robił się tłok. Musieliśmy pilnować porządku, by każdy mógł w spokoju oddać głos, z zachowaniem tajności - mówi przewodnicząca. Nie kryje, że członkowie komisji byli bardzo zmęczeni. Liczenie trwało do godzin południowych w poniedziałek. - Brałam już udział w pracach komisji wyborczej, ale jeszcze nigdy nie wyglądało to w ten sposób - tłumaczy.
Pan Tomasz był członkiem innej lubelskiej komisji wyborczej. Robił to po raz pierwszy. - Mieliśmy bardzo dużo wyborców, też ustawiały się kolejki, było ciężko - opowiada. - Część osób miała pretensje, że muszą swoje odstać. Pojawiały się nerwy, jakbyśmy to my byli wszystkiemu winni, a tego nie dało się przyspieszyć - rozkłada ręce.
Zaznacza, że niemało problemów sprawiło referendum. - Było mnóstwo wątpliwości i osób, które wychodziły z założenia, że my wiemy, że oni nie chcą karty referendalnej - wspomina. Jak dodaje, liczenie głosów trwało kilka godzin. Potem trzeba było pojechać do biura wyborczego z protokołami i kartami. - Tam znów ponad dwie godziny stania w kolejce. Trwało to wszystko niemiłosiernie długo - mówi. Jak podkreśla, zdecydował się na pracę w komisji, bo wiedział, jak ważne to wybory, chciał pomóc. - Ale nigdy więcej. Już to powiedziałem żonie i znajomym - zaznacza.
'Bo usłyszałem w telewizji'. Lawina skarg i telefonów do Okręgowej Komisji Wyborczej
"Odwrócił się i po prostu wyszedł"
Jak mówi pełnomocnik prezydenta Lublina do spraw wyborów Łukasz Mazur, podobnych głosów słychać było znacznie więcej. - Część osób, które odwoziły do nas protokoły i worki z dokumentacją, rzeczywiście mówiły, że nigdy więcej. Podkreślały, że to były dla nich bardzo stresujące i męczące godziny. Wiele osób było po 36-40 godzin na nogach, nie spały ani godziny. Nie mieliśmy przypadków, by komisja np. przerwała pracę i poszła się przespać. Wszyscy pracowali bardzo długo - mówi Mazur.
Jak dodaje, zmęczenie było widoczne do tego stopnia, że jeden z członków komisji jeszcze w trakcie liczenia głosów oświadczył, że ma dość - odwrócił się i po prostu wyszedł. Wszystko działo się w nocy z niedzieli na poniedziałek. To był pierwszy taki przypadek. - Komisja dzwoniła do nas z pytaniem, co mają z tym zrobić. Powiedzieliśmy, że nikogo nie można zmusić do bycia członkiem komisji - tłumaczy pełnomocnik prezydenta. Wszystko musiało być natomiast odnotowane w protokole.
- Myślę, że wszyscy mieli świadomość, jak ważne są to dla Polaków wybory. Chcieliśmy stanąć na wysokości zadania. To wszystko powodowało zmęczenie, ale też ogromne emocje. Nie było czasu, aby coś zjeść. Palacze w trakcie liczenia nie mogli wyjść na papierosa. Część osób chciała iść w poniedziałek do pracy, ale nic z tego nie wyszło - mówi TOK FM pani Anna, członkini komisji.
Wyniki wyborów parlamentarnych. PKW policzyła dane ze 100 proc. obwodów
Jakie wynagrodzenie?
Jak słyszymy, część członków komisji zgłosiła się do pracy, by zarobić dodatkowe pieniądze. Zgodnie z przepisami członek komisji miał dostać 600 zł, wiceprzewodniczący - 700 zł, a przewodniczący - 800 zł.
- Pieniądze były spore. Na początku niektórzy wprost mówili, że zarobić 600 złotych za dzień pracy to bardzo opłacalne zajęcie. Nie przewidzieliśmy jednak, jak to będzie wyglądać - mówią nam członkowie lubelskich komisji.
- To była naprawdę bardzo ciężka praca. I wcale nie trwała jeden dzień - wskazuje pan Wojciech. Przyznaje, że dla niego były to pierwsze i ostatnie takie wybory. Więcej w komisji zasiadać nie chce, przynajmniej na razie. - Może kiedyś zmienię zdanie - zastanawia się.
Przypomnijmy - frekwencja w całym kraju wyniosła 74,38 proc. i była najwyższa, jaką odnotowano do tej pory w wyborach po 1989 roku.
- Obwody do głosowania są zbyt duże w stosunku do takiej frekwencji. Państwowa Komisja Wyborcza kompletnie nie przewidziała takiej sytuacji. Dysproporcja między liczbą członków komisji a liczbą osób uprawnionych do głosowania była bardzo duża. Ciężko było się wyrobić, zwłaszcza w obliczu referendum. Niektóre osoby - zanim zrezygnowały z karty - zastanawiały się, dopytywały, a to trwało, nie dało się tego przyspieszyć. W efekcie tworzyły się kolejki - opowiada Paweł Sadowski, prawnik, zastępca przewodniczącego w obwodowej komisji wyborczej nr 3 w Lublinie. Nie kryje, że też był bardzo zmęczony, tak jak inni.
Kto zdobył mandat?
W okręgu nr 6, który obejmował Lublin i okolice, do rozdysponowania było 15 mandatów. Osiem przypadło Prawu i Sprawiedliwości, trzy - Koalicji Obywatelskiej, dwa - Trzeciej Drodze i po jednym - Konfederacji i Lewicy.
Przemysław Czarnek zdecydowanym zwycięzcą w regionie. Pawłowska poza Sejmem