Tak protest rolników kończy się przed sądem. Nie ma ugody z wójtem Dorohuska
Chodzi o protest rolników na granicy polsko-ukraińskiej, który miał się odbywać do 9 czerwca. Zakończył się jednak znacznie wcześniej, bo już 22 kwietnia akcję rozwiązał wójt Dorohuska Wojciech Sawa. O sprawie pisaliśmy na naszym portalu. Rolnicy odwołali się od jego decyzji do sądu.
Podczas środowej rozprawy w Sądzie Okręgowym w Lublinie sędzia Iwona Adamiak-Orłowska powiedziała, że protest formalnie był zgłoszony tylko do 9 czerwca, a to oznacza, że nawet gdyby rolnicy chcieli go wznowić, to zostałoby im na to zaledwie kilka dni. Zapytała rolników, czy zgodziliby się na jakąś formę porozumienia z wójtem. Odpowiedź była jednak odmowna.
- O naszym problemie nie będziemy rozmawiać z wójtem gminy Dorohusk, bo on nie jest władny rozwiązać naszych problemów. One nie leżą u podłoża gminy, tylko na szczeblu władzy centralnej, która ma narzędzia i możliwości przynajmniej częściowego rozwiązania naszego problemu - powiedział przed sądem jeden z organizatorów protestu w Dorohusku Marcin Wilkos. Jak dodał, rolnicy mogliby się zgodzić na ugodę jedynie w sytuacji, gdyby chodziło o rozmowy z wojewodą czy przedstawicielami rządu. Tyle, że nie ich dotyczy to postępowanie.
Protest rolników. Rusza proces przed sądem
W efekcie do ugody nie doszło. Ruszył normalny proces. Marcin Wilkos - odpowiadając na pytania sądu - wskazywał, że protest przebiegał bezpiecznie, nie było żadnych mandatów ze strony policji czy innych służb. Jak mówił, w trakcie zgromadzenia policjanci wskazywali protestującym, co poprawić. - Dostosowywaliśmy się do ich sugestii - mówił rolnik.
Podkreślał, że nie było mowy o agresji ze strony protestujących. Pytany, czy rolnicy wchodzili na tory kolejowe (protest był zgłoszony wyłącznie na ulicy), przyznał, że słyszał o takich przypadkach, ale nie byli to uczestnicy protestu. - My, jako organizatorzy, nigdy nie namawialiśmy nikogo do wejścia na tory. Na to, że sobie ludzie tam wychodzili, przyjeżdżając na nasz protest, nie byliśmy władni i nie mieliśmy żadnych możliwości powstrzymania ich. To były osoby, które przyjechały z różnych miejsc w Polsce, bardzo zdeterminowane - opowiadał Wilkos. Jak dodał, wielokrotnie mówił protestującym, że na tory wchodzić nie wolno.
Sąd pytał rolników również o to, czy przepuszczali transporty z szybkopsującą się żywnością. Wskazywali, że tak. Padło pytanie, czy wiedzieli, że jeden z transportów z bananami stał na granicy trzy dni. - Nie miałem takiej informacji - powiedział Wilkos.
Sąd wysłuchał kilku organizatorów rolniczego protestu w Dorohusku i odroczył rozprawę do 6 czerwca. Wtedy ma zapaść rozstrzygnięcie, kto w tym sporze ma rację - czy rolnicy powołujący się na Konstytucję i prawa człowieka, czy wójt gminy Dorohusk.