,
Obserwuj
Małopolskie

Chciał pomóc powodzianom, ale zderzył się z murem. "Nie każdy jest oszustem"

3 min. czytania
20.09.2024 17:10
Pan Grzegorz pochodzi ze Stronia Śląskiego, gdzie wciąż mieszkają jego bliscy. Chciał pomóc, przewieźć dary zebrane w Krakowie dla powodzian. Zadzwonił do Urzędu Miasta, zaczęły się piętrzyć problemy...
|
|
fot. Wojciech Olkusnik/East News, 18.09.2024.

Grzegorz Adamczewski jest przedsiębiorcą z Krakowa. Pochodzi z zalanego przez powódź Stronia Śląskiego. Tam wciąż mieszkają jego bliscy, w tym ojciec, który był dyrektorem miejscowej szkoły.

Słuchacz TOK FM ma busa, dlatego gdy usłyszał w mediach, że w Krakowie powstał duży magazyn z darami dla powodzian, postanowił, że pojedzie do magazynu, zapakuje busa darami i zawiezie je do Stronia. - I tak chciałem tam jechać do rodziny, by pomóc, więc nie było sensu, by bus jechał pusty - opowiada w TOK FM.

We wtorek rano zadzwonił na infolinię Urzędu Miasta. Powiedział, co chce zrobić - w pierwszej chwili usłyszał, że to bardzo ważna inicjatywa, bo każda pomoc jest na wagę złota. Tyle, że po chwili, zaczęły się piętrzyć problemy. Urzędniczka wskazała, że musi to skonsultować z 'górą'. - Wszystko to trwało kilka godzin, nikt do mnie nie oddzwaniał, dlatego postanowiłem, że spróbuję samodzielnie pojechać do magazynu, by było szybciej. Na miejscu panowie powiedzieli, że nie ma takiej możliwości, bo nikt mnie nie zna, jestem osobą prywatną - opowiada. Jak wskazuje, nie rozumie takiego podejścia - bo gdy mamy kryzys, powinna się liczyć każda chęć pomocy.

- Od początku mówiłem, że mogą mnie spisać, moje dane, numer rejestracyjny auta. Chciałem też podpisać protokół z informacją, jakie dary przewiozę - tłumaczy w TOK FM. W związku z tym, że barier było coraz więcej, zadzwonił do reporterki TOK FM, a my skontaktowaliśmy się z dyrektorką Wydziału Polityki Społecznej i Zdrowia w Urzędzie Miasta Kraków, Elżbietą Kojs-Żurek, która nie tylko od razu zadeklarowała pomoc, ale i faktycznie pomogła.

- Rzeczywiście, po tych kilku telefonach mój bus został zapakowany darami. To była woda i szereg innych produktów, m.in. konserwy, ryż, makaron, kasza, środki czystości, karma dla zwierząt. Niestety, gdy chciałem ruszać, pojawiła się kolejna przeszkoda. Okazało się, że muszę mieć potwierdzenie od kogoś, kto te dary ode mnie odbierze. A ja nie mogłem się do nikogo w Stroniu dodzwonić. Nikt nie odbierał też informacji, które pisałem na komunikatorach. Miejscowość była przecież odcięta od świata. Nie było łączności internetowej, nie było prądu, nie działały telefony. A ja dalej stałem w Krakowie. Pojawiła się nawet myśl, że nie ma sensu dłużej czekać, wypakujemy wszystkie dary i wezmę inną przesyłkę dla powodzian, od strażaków - opowiada pan Grzegorz.

Ostatecznie, konieczna była ponowna interwencja. Dziennikarce TOK FM udało się dodzwonić do strażaków z polskiej miejscowości, którzy zadeklarowali, że potwierdzą, że to do nich ma trafić pomoc. - Udało się, wyjechałem i po wielu godzinach - z przygodami - dojechałem do Stronia. Tu każda pomoc jest bardzo, bardzo potrzebna, na już - opowiada nasz rozmówca. I apeluje, by - jeśli ktoś chce się włączyć w pomaganie - wykazać się minimum zaufania. - Wiem, że są szabrownicy, ale nie można przecież zakładać, że każdy z nas jest oszustem i wyłudzaczem. Jeśli się legitymuję, podaję dane, podpisuję protokół, a wszyscy wiemy, że są problemy z łącznością, to trzeba to zrozumieć. Takie jest moje zdanie - tłumaczy Grzegorz Adamczewski.

Kłody pod nogi

Na posiedzeniu środowego sztabu kryzysowego we Wrocławiu, do zachowania urzędników, którzy są zaangażowani w pomaganie, nawiązał premier Donald Tusk. Jak mówił, nie można rzucać ludziom kłód pod nogi.

Jego wypowiedź odnosiła się głównie do wypełniania wniosków o wypłaty świadczeń dla powodzian. Jak mówił, formularze zostały mocno uproszczone, ale nie można wymagać od powodzian choćby informacji o tym, jakie mają zarobki, bo to nie powinno być nikomu do niczego potrzebne. Chodzi o pomaganie na każdej linii, w tym przy wypełnianiu wniosków o wsparcie.

Ogromne potrzeby

Grzegorz Adamczewski ostatecznie dojechał z pomocą do Stronia, ma na to potwierdzenie. Jest tam na miejscu do dziś, włączył się w pomaganie w sprzątaniu miasta. - Tu są tak ogromne potrzeby, że nawet nie jesteśmy sobie w stanie tego wyobrazić - powiedział w rozmowie z TOK FM.