Jej działalność zaczęła się od złości na to, co robi rząd. "Zmieniła się władza, a to wciąż się dzieje"
Ewelina Pytel to lektorka języka włoskiego, wykładowczyni uniwersytecka, a w ostatnich latach - za 'dobrej zmiany' - liderka Komitetu Obrony Demokracji w Małopolsce. To ona współorganizowała krakowskie protesty m.in. w obronie praw kobiet, społeczności LGBT czy praworządności. Teraz właśnie została pełnomocniczką prezydenta Krakowa do spraw polityki równościowej.
TOK FM: Pamięta Pani swoje początki w Komitecie Obrony Demokracji?
Ewelina Pytel: Moja działalność zaczęła się od złości na to, co robi władza, i od udziału w demonstracjach jako uczestniczka. To był chyba 2017 rok - wtedy postanowiłam przyłączyć się do KOD-u. Wysłałam deklarację, gdy zobaczyłam, że potrzebni są wolontariusze do pracy biurowej. Zgłosiłam się, zostałam taką osobą dyżurną, zajmującą się biurem KOD. Potem robiłam coraz więcej i więcej. Coraz więcej mi to zajmowało czasu. W Komitecie Obrony Demokracji - to był czas już po aferze z Mateuszem Kijowskim - widziałam wielki ruch społeczny, obywatelski, który postanowił pewne sprawy w państwie wziąć we własne ręce, a nie czekać aż zajmą się tym partie polityczne. Bo było w nas poczucie, że partie nie stają na wysokości zadania. Nie stawały przed 2015 rokiem, i nie stanowiły silnej opozycji wtedy, gdy przyszedł PiS. Dlatego uznałam, że chcę włączyć się w działanie, że jest to potrzebne.
Zaczęła pani udzielać się w KODzie coraz bardziej aktywnie.
Tak, pracą w biurze, dopinaniem spraw, odbieraniem telefonów zajmowałam się przez pierwszy rok. Zaczęłam też pomagać w grafice, przygotowywaniu ulotek, organizowaniu spotkań. Aż pewnego razu, trochę spontanicznie, popychana przez innych, zabrałam głos na jednej z manifestacji. Chyba zyskało to uznanie, bo później poproszono mnie już oficjalnie, abym poprowadziła kolejną manifestację. A potem też następne, mniejsze i naprawdę duże protesty.
Pamięta pani to swoje pierwsze wystąpienie?
To był chyba jeden z łańcuchów światła w 2017 roku, na pewno był to protest pod krakowskim sądem. Pamiętam, że wypchnął mnie kolega w temacie katolików. Bo padły z czyichś ust takie słowa, że to katolicy są winni temu, że do władzy doszło Prawo i Sprawiedliwość, i że powinni się tego wstydzić. Jako działaczka - wtedy - małej grupy Wiara i Społeczeństwo zabrałam głos i powiedziałam, że wśród tego wielkiego tłumu pod sądem też jest jakaś spora grupa katolików, którzy nie utożsamiają się z PiS. Dodałam, że właśnie dlatego nie należy utożsamiać tych dwóch zjawisk, które są odrębne - oczywiście z całą świadomością tego, jak PiS wykorzystywał Kościół, i jak Kościół korzystał na władzy PiS.
Protestowała pani przez te lata w obronie jakich wartości? Albo inaczej, przeciwko czemu?
Miałam poczucie, że na moich oczach niszczone jest coś, co widziałam, jak się buduje. Oczywiście, nie widziałam wszystkiego, bo jestem rocznik 1986, więc moja pamięć co do lat 80-tych i początku 90-tych jest ograniczona, ale jednak pamiętam w części te czasy. Obserwowałam przecież zmieniającą się Polskę, dostrzegałam te różnice z roku na rok, jak sytuacja w naszym kraju się poprawiała. W różnych obszarach - choćby po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Widziałam, jak ogromny wysiłek wkłada wiele osób, choćby budując swoje firmy, jak ogromne kroki poczyniliśmy jako społeczeństwo w swoim samorozwoju, jak wiele tematów, które jeszcze do niedawna były tematami tabu, weszło do naszej dyskusji. I nagle przychodzi nowa władza, która właściwie odwraca to wszystko. Zaczyna niszczyć te instytucje, które były budowane i tworzone, zaczyna antagonizować społeczeństwo. Zobaczyłam, że z państwa i społeczeństwa, które się rozwija, nasz kraj zaczyna być burzony. I to była moja myśl: ratujmy, co się da.
To działanie w KODzie zabierało ogrom czasu?
Oj, tak. Muszę powiedzieć, że był czas, gdy moich znajomych, przyjaciół, współpracowników z KOD widziałam częściej niż swoją rodzinę. Pracowało się tam po kilka, czasami kilkanaście godzin. To była w pierwszym kroku walka o to, by zatrzymać proces niszczenia państwa, a w drugim kroku o to, aby przywrócić jakiekolwiek standardy, by móc w dalszej kolejności je poprawiać. My mieliśmy świadomość, że przed 2015 rokiem też nie wszystko było dobrze, ale potem te działania władzy, ten zakres zmian, niszczenie wszystkiego, sprawiło, że wyszliśmy na ulicę.
Było załamanie, gdy po pierwszej kadencji PiS znów wygrał wybory? Ja wtedy od części aktywistów słyszałam takie głosy 'Nie, to się nie uda. My nigdy nie wygramy'
Tak, przyszło takie podłamanie. Jako przewodnicząca pamiętam demonstracje, na których było kilka tysięcy osób, ale też takie, w których brało udział tylko kilkanaście osób. Przychodzili już tylko ludzie najbardziej przekonani, a nawet bez przekonania. Słyszałam od części z nich wtedy, że nikt nas już nie słyszy, nikt się nami nie interesuje. Że ludzie siedzą w kawiarniach, spacerują, że nie interesuje ich polityka. I rzeczywiście rozmawialiśmy o tym, że być może to się nie zmieni. Ale jednocześnie, ta odrobina nadziei cały czas w nas pozostawała. Uświadomiliśmy sobie, że ta walka będzie dłuższa, że trzeba wziąć głębszy oddech, by się nie wypalić, bo po prostu nie wytrzymamy kolejnych wielu lat. Wtedy - być może - bardziej rozsądnie zaczęliśmy gospodarować swoimi siłami.
No dobrze, to teraz przejdźmy do teraźniejszości. Jak z perspektywy prawie już roku od wyborów widzi pani to, co się w Polsce dzieje?
Myślę, że z jedne strony jest oczekiwanie na zmiany i wiele decyzji wzbudziło nasze zadowolenie czy entuzjazm. Będę mówiła z mojej osobistej perspektywy, bo różne osoby mogą mieć różne podejście i różne preferencje partyjne. Ja się osobiście bardzo ucieszyłam, że rząd jest koalicyjny, choć wiem, że są osoby bardzo zawiedzione np. tempem zmian w naszym kraju, choćby w sądownictwie. Ale z drugiej strony wiele osób mówi, że przecież nie chodzi o to, by dokonywać zmian byle jak. Myślę, że dla wielu z nas jest to lekcja cierpliwości, której wymaga od nas demokracja.
Są rzeczy, które bolą najbardziej?
Tak, dla mnie sprawą najbardziej bolesną jest sytuacja na polsko-białoruskiej granicy i to, że łamane są tam prawa człowieka wobec osób, które próbują się dostać do Polski. Mam na myśli m.in. kontynuowanie procedury pushbacków. To jest coś, co wcześniej było oceniane bardzo jednoznacznie, organizowaliśmy przeciwko temu protesty, opowiada o tym 'Zielona granica' Agnieszki Holland, a tu zmieniła się władza, a to wciąż się dzieje. A druga rzecz to są prawa kobiet i temat aborcji. Ja oczywiście rozumiem, że rząd jest koalicyjny, że są w nim różne głosy, również ten konserwatywny, ale odpowiedzialność spada jednak na cały rząd. Wściekłość kobiet jest w pełni usprawiedliwiona, bo życie kobiet - w jakimś stopniu - nadal jest zagrożone. Nie mówię o liberalizacji aborcji, ale przecież nawet depenalizacji nie udało się przegłosować. A to jest bardzo trudne do przyjęcia.