Terapia daremna, czyli "poł godziny dla rodziny". "To jest absolutna katastrofa"
Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha to jeden z największych szpitali w Warszawie. To tu pracuje prof. Paweł Andruszkiewicz, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii. Kieruje II Kliniką Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
W rozmowie z TOK FM nie kryje, że anestezjologia to jedna z tych specjalizacji, które najczęściej prowadzą do wypalenia zawodowego. Lekarze na co dzień stykają się ze śmiercią. Największe wyzwanie było w czasie pandemii koronawirusa, gdy umierała większość chorych. - Gdy mieliśmy COVID, trafiali do nas pacjenci najciężej chorzy, śmiertelność - zwłaszcza w czasie drugiej fali - była gigantyczna. To właśnie wtedy wielu lekarzy, zwłaszcza młodych - m.in. w moim zespole - zdecydowało się odejść z tej specjalności, a nawet - w ogóle przestać pracować - mówi profesor. Jak dodaje, pandemia to był czas wielu bardzo trudnych dylematów - kogo przyjąć na oddział, a komu odmówić, kto ma większe szanse na uratowanie życia? Kogo podłączyć do specjalistycznego urządzenia ECMO, a kogo nie? Wiadomo było, że jest bardzo ograniczona liczba takich urządzeń, a podłączając pacjenta - można mu dać szansę na przeżycie.
'To nie jest eutanazja'. Jacek Siewiera o konsekwencjach kontrowersyjnej terapii
Profesor podkreśla, że dylematów było mnóstwo. - Miejsca na intensywnej terapii były przecież limitowane. I stawaliśmy przez decyzją na przykład, że danego pacjenta ze względu na choroby współistniejące nie przyjmiemy, bo ma mniejsze szanse niż inny, który też czeka w kolejce. To wszystko było niezmiernie obciążające dla naszej psychiki - mówi profesor. Gdy pytam, czy do śmierci chorych można się przyzwyczaić, odpowiada: "Na pewno nie można zobojętnieć, bo wtedy nie można byłoby wykonywać zawodu lekarza". - Ale z drugiej strony, jest całkowicie zrozumiałe, że żeby podejmować decyzje medyczne w różnych skrajnych sytuacjach, trzeba mieć chłodną głowę. Po wielu latach pracy, w jakimś sensie jesteśmy oswojeni z podejmowaniem decyzji, choćby o odstąpieniu od terapii daremnej. Podejmujemy je jednak nie jednoosobowo, ale - w naszym przypadku - zespołowo, często również z udziałem lekarzy innych specjalności - mówi gość TOK FM.
"Hollywood Code" czyli terapia daremna?
Profesor przyznaje, że dziś ogromnym wyzwaniem jest odstępowane od terapii daremnej. Bo część lekarzy, ale też m.in. rodziny pacjentów - nie rozumieją tego pojęcia, wychodząc z założenia, że trzeba ratować chorego za wszelką cenę. Chodzi m.in. o podejmowanie resuscytacji, czyli próbę przywrócenia pracy serca, oddechu i świadomości.
- Resuscytacja w polskich szpitalach - o czym mało się mówi - jest pewnym rytuałem, który poprzedza niemal każdy zgon. Stąd również mierzymy się z pewnymi problemami etycznymi i stąd te wyniki resuscytacji u nas w Polsce są dużo, dużo gorsze niż te pierwsze, które opisywane były w latach 60-tych XX wieku. Wtedy mniej więcej 70 procent pacjentów wychodziło do domu po resuscytacji, dzisiaj - w warunkach europejskich czy światowych - to jest kilkanaście do dwudziestu kilku procent, a w Polsce - zaledwie kilka procent. Wynika to m.in. właśnie z faktu, że wdraża się ją wtedy, gdy nie ma dla niej całkowicie uzasadnienia, nie ma szans na to, by pacjenta uratować - mówi prof. Paweł Andruszkiewicz.
Terapia daremna - jak mówią lekarze - jest nieetyczna i naraża pacjenta na niepotrzebne cierpienie. Ale część medyków wciąż ją podejmuje, bojąc się, że jeśli nie spróbują, to będą mieć na głowie policję, prokuratora czy rodzinę pacjenta. - Wiem, że niektórzy lekarze działają w ramach zasady "pół godziny dla rodziny", czyli z obawy przed rodziną pacjenta - chcąc pokazać, że jednak podjęli działania, wiedząc, że one są nadmiarowe i nic nie dadzą - podejmują je. To jest absolutna katastrofa, działanie skrajnie patologiczne - mówi Andruszkiewicz. I przypomina, że tego typu działania są znane sprzed wielu lat w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii.
- Przed laty w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii nazywano takie działania "Show code" czy "Hollywood Code". Chodziło o to, żeby pokazać rodzinie pacjenta, że zespół medyczny przyszedł i wykonał resuscytację. To był taki hollywoodzki spektakl, który odbywał się za zamkniętymi drzwiami. I w tych krajach już dawno uznano, że jest to skrajnie naganne i nie wolno tego robić. Wtedy pojawiło się pojęcie DNR - czyli, z angielskiego, nie wykonuj resustytacji. Cała rzecz w tym, aby zespół medyczny z wyprzedzeniem, w miarę możliwości z udziałem chorego, zastanowił się nad zasadnością resuscytacji w sytuacji, gdyby doszło do zatrzymania krążenia. I np. lekarze wcześniej podejmują decyzję, że ta resuscytacja - jako terapia daremna - nie będzie prowadzona - mówi profesor.
Gość TOK FM tłumaczy, że celem resuscytacji nie jest tylko przywrócenie krążenia, ale też to, by pacjent mógł wrócić potem do w miarę normalnego życia. By nie skazywać go na "wegetację" i podłączenie do aparatury medycznej przez dalszą część życia. - Zastanówmy się czasami, tak prywatnie, czy my sami chcielibyśmy tak żyć, być podłączonym do aparatury do końca naszych dni? Warto przeprowadzić ze sobą taką rozmowę - tłumaczy anestezjolog.
Resuscytacja nie zawsze musi się udać
Profesor nie kryje, że część rodzin, ale również lekarzy wychodzi z założenia, że resuscytacja musi się udać. - Kiedyś w jednym z amerykańskich czasopism przeanalizowano wyniki "wirtualnej" resuscytacji, czyli tego, co się dzieje w medycznych serialach. I wyniki były fenomenalne, bo ze szpitala do domu - po skutecznej resuscytacji - wychodziło 70 procent tych serialowych pacjentów. Życie tak nie wygląda, ale tego typu seriale budują pewną świadomość społeczną, ale też świadomość wśród części moich kolegów, koleżanek - lekarzy, którzy na co dzień nie stykają się z intensywną terapią. Podejmując resustytację są przekonani, że działają w imię najlepszego interesu pacjenta. Potem już nie wiedzą, co się z nim dalej dzieje u nas, na intensywnej terapii - tłumaczy nasz rozmówca.
Przyznaje, że m.in. u siebie - w szpitalu na Banacha Warszawie - często musi przekonywać kolegów z innych oddziałów, że pacjent, który jest przekazywany na oddział anestezjologii, nie ma szans na przeżycie. - To jest nasza codzienna praktyka. Bo oglądając telewizję, czytając gazety, odnosi się wrażenie, że medycyna to pasmo niemal samych sukcesów. No nie, tak niestety nie jest. My na co dzień mierzymy się z dylematami na temat terapii daremnej - na co dzień rozmawiamy z kolegami z innych oddziałów i przekonujemy, że należy od tej terapii daremnej odstąpić - mówi profesor.
- Bywa, że część kolegów ma nieco inną optykę. Wydaje im się, że pacjenci w naszym oddziale na pewno wyjdą na dobrą drogę. Oczywiście, bez dwóch zdań - wielu pacjentów wychodzi, bo korzystają z nowoczesnych technologii, które powodują, że mają szansę na życie i na powrót do normalności. Ale jest mnóstwo chorych, którzy z tego absolutnie nie skorzystają - i my w wielu przypadkach wiemy to po przeprowadzonej diagnostyce, po wynikach badań - tłumaczy.
Profesor uczy też studentów kierunku lekarskiego na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Jak mówi w TOK FM, zajęcia dotyczą m.in. tego, jak rozmawiać z rodzinami ciężko chorych pacjentów o stanie chorego, ale też o terapii daremnej i konieczności odstąpienia od niej. - Wiem, że mają być u nas też prowadzone zajęcia z udziałem wcześniej przygotowanych do tego aktorów - by studenci mogli też nabrać pewnej wprawy w przeprowadzaniu takich rozmów. Bo to są ekstremalnie trudne rozmowy - rzadko z pacjentami, częściej z ich rodzinami. I niezwykle ważna w tych rozmowach jest szczerość: co się dzieje z pacjentem, jaki jest jego stan i jakie działania będziemy podejmować lub nie będziemy podejmować dalej - podsumowuje profesor.