Podkarpackie Betlejem. Miejsce, które świeci
Między polami - z dala od głównych dróg i poza oczywistymi punktami na mapach - jest miejsce, które od ponad osiemdziesięciu lat nosi nazwę Betlejem. Nie nadali jej urzędnicy ani geodeci. Przylgnęła sama - od jednego światła, które po zmroku wskazywało drogę wracającym z pól. Dziś podkarpackie Betlejem żyje nie tylko wspomnieniem tamtego blasku, ale także kolędą niesioną przez pola, spotkaniami i tradycją, która wciąż potrafi gromadzić ludzi wokół rzeczy najprostszych.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak narodziła się tradycja kolędowania w Betlejem?
- Jak dawniej wyglądały tam święta?
- Co robiono przy wigilijnym stole?
Betlejem to niewielki przysiółek Rudołowic, położony w pobliżu kapliczki św. Agaty, przy rozdrożu polnych dróg. Jego nazwa nie ma jednego źródła. Splatają się w niej lokalne przekazy, pamięć mieszkańców i opowieści przekazywane z domu do domu. Jedna z nich prowadzi do roku 1939. Wtedy w tym miejscu zamieszkała rodzina Sieńków, którą szybko zaczęto porównywać do Świętej Rodziny. Gospodarz nosił długą brodę i był znacznie starszy od żony. Ona z kolei zapisała się w pamięci jako kobieta pracowita, cierpliwa i łagodna. Rodzina żyła skromnie, ale uczciwie i spokojnie. To właśnie wtedy - jak głosi przekaz - miejsce zaczęto nazywać Betlejem.
Inna opowieść sięga roku 1938. Wtedy na skraju pól osiedlili się Rozalia i Jan Kucabowie, którzy przyszli tu z Jodłówki. Kupili niewielki kawałek ziemi od właściciela majątku i postawili drewniany dom oraz szopę krytą strzechą. Gdy mieszkańcy okolicznych wsi wyruszali o świcie do pracy w dworze, a wracali późnym wieczorem, w mroku widzieli tylko jedno, słabe światło migoczące pośród pól. Drewniana chata oświetlona świeczką przypominała biblijne Betlejem. - Każdy mówił: "Świeci się w Betlejem". I tak już zostało - opowiada Maria Gilarska, której babcia sprowadziła się tu w 1939 roku.
Dziś Betlejem nadal świeci - inaczej niż dawniej, ale wciąż wyraźnie. Stoi tu siedem murowanych domów, a dawne ścieżki zastąpiła asfaltowa droga wybudowana w latach sześćdziesiątych. Z czasem doprowadzono prąd, gaz i wodę. W 1975 roku nazwa Betlejem trafiła na administracyjną mapę powiatu jarosławskiego, a dziś potwierdza ją znak drogowy przy wjeździe do przysiółka.
Święta, których już nie ma
Święta w Betlejem - w domu babci pani Marii - wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Zaczynały się jeszcze zanim zapadł zmrok. - Było nas ośmioro dzieci, razem z mamą i tatą dziesięć osób - wspomina pani Maria. W Wigilię cała rodzina ruszała pieszo do babcinej chaty. Droga prowadziła przez pola, często w śniegu i mrozie. Bywało ciężko, ale nikt nie narzekał. Samo wyjście z domu miało w sobie coś uroczystego. Było częścią świąt, tak samo ważną, jak to, co czekało na miejscu.
Chociaż na wigilijnym stole stało niewiele, nikt nie czuł niedostatku. W domu babci brakowało nawet podstawowych rzeczy. - Łyżek nie było, więc braliśmy je z domu i z tymi łyżkami szliśmy do babci - wspomina moja rozmówczyni. Dla dzieci nie miało to jednak żadnego znaczenia. Radość nie zależała od liczby potraw, lecz od samego bycia razem.
Choinkę ubierało się z tego, co było pod ręką. Na gałązkach wisiały orzechy, papierowe łańcuchy i drobne ozdoby wycinane własnoręcznie. - Tyle wystarczało, żeby się cieszyć - podkreśla pani Maria. Zauważa, że dziś drzewka pojawiają się znacznie wcześniej, a świąteczny nastrój szybko znika. W jej domu choinkę zawsze ubierało się dopiero w Wigilię i ten zwyczaj przetrwał do dziś.
W babcinym domu nie było kanap ani miękkich foteli. Przestrzeń izby wyznaczały inne, dziś niemal zapomniane znaki świąt. - Była słoma - snop ustawiony w kącie i słoma rozścielona na podłodze zmieniały zwykłe wnętrze w miejsce wyjątkowe. - Dla nas, dzieci, to była najlepsza zabawa - dodaje z uśmiechem. Ten zwyczaj wracał co roku. - U moich rodziców też zawsze była słoma na Wigilię - dodaje moja rozmówczyni.
Prezentów pod choinką nie było. Jak zauważa pani Maria, dziś dzieci mają wszystko. - Za dużo wszystkiego. Książka? Mają. Zabawka? Mają. Telefon dać, to będą cały dzień siedzieć i się w niego wpatrywać - mówi. Pani Maria nie idealizuje tamtych lat. Było biednie, bywało trudno. A jednak w jej opowieści wraca coś, czego dziś często brakuje. - To były naprawdę piękne czasy. Nie dlatego, że było łatwiej. Dlatego, że było się razem - podkreśla.
Dwa talerze i jeden stół
W domu pani Marii Wigilia wciąż wygląda tak, jak przed laty. W tym roku świąteczny stół znów się powiększy. - Córka przyjedzie z Gliwic. Będzie nas piętnaścioro - mówi z uśmiechem.
Tradycja ma tu swój ustalony porządek, którego pani Maria pilnuje od lat. - Ja to podtrzymuję tak, jak mój tato robił - podkreśla. Gdy zaczyna się Wigilia, najpierw czytana jest Ewangelia. Czyta któryś z wnuków, zwykle najmłodszy. Potem przychodzi czas na modlitwę. - Najpierw za żyjących, a potem za zmarłych, tych, co już odeszli z naszego domu. Dopiero po modlitwie następuje dzielenie się opłatkiem - opowiada pani Maria. - Najstarszy dzieli. Idzie po kolei, od osoby do osoby, łamiąc się opłatkiem z każdym, a potem już oni między sobą się dzielą - wyjaśnia.
Także sposób podawania potraw pozostaje tu niezmienny. - My jemy z dwóch talerzy - mówi pani Maria i podkreśla, że to dawny domowy zwyczaj, który w ich domu trwa do dziś. Podczas wieczerzy wigilijnej domownicy nie mają przed sobą osobnych talerzy z potrawami. Na stole stoją dwa wspólne naczynia - talerze lub wazy - z jednym daniem: barszczem z uszkami albo zupą grzybową. Każdy ma przy sobie własny talerz, łyżkę i widelec, ale sięga po jedzenie do wspólnego naczynia. Gdy przychodzi czas na kolejne danie, wazy są zabierane, a na stół trafiają następne potrawy: kapusta z grochem, a później pierogi. Wszystko odbywa się po kolei, bez pośpiechu, według porządku, który od lat wyznacza rytm wigilijnego stołu.
Na stole, obowiązkowo, leży siano. - Tak było zawsze - podkreśla pani Maria. Dodaje, że ten zwyczaj wciąż jest dla niej ważny. Przyznaje jednak, że nie wie, jak będzie dalej. - Czy ta tradycja zostanie, czy zniknie - trudno powiedzieć - mówi. Jak zauważa, w każdym regionie Wigilia wygląda nieco inaczej, a o jej kształcie decydują ludzie i ich chęć pielęgnowania dawnych zwyczajów.
Wilk za oknem, makówki na stole
Wigilijny stół w domu pani Marii jest obfity i mocno zakorzeniony w tradycji. - U mnie muszą być ryby, barszcz, zupa grochowa i grzybowa - wylicza. Obok nich pojawia się kapusta z grochem oraz pierogi z kapustą i z grzybami i te, które w domu nazywa się ukraińskimi. Szczególne miejsce zajmuje potrawa z makiem. - Kiedyś robiło się paluszki z makiem - wspomina pani Maria. Dziś przygotowuje je po swojemu. - Mam kuchnię kaflową i piekę takie małe drożdżowe paluszki, na dwa centymetry. Gotowe kawałki trafiają do garnka i są zalewane masą makową z cukrem i bakaliami. - My to nazywamy makówki - wyjaśnia. Na stole nie może zabraknąć kompotu z suszonych owoców. - Mam swoje, nasuszone - podkreśla. A na sam koniec pojawia się coś, co w tym domu jest niemal świętością. Pączki to zwyczaj jeszcze po ojcu. - On mówił, że to nie pączki, tylko pampuchy. I że muszą być podane na sam koniec - wspomina pani Maria. Wieczerza nie kończy świętowania. – Jak już zjemy, to czekamy do północy i idziemy na pasterkę.
Kolejne dni upływają pod znakiem wizyt i spotkań z bliskimi. - Mam 73 lata i pamiętam, jak chodziło się po wieczerzach. Do babci, do mamy, do rodziny we wsi - wspomina pani Maria. W jeden dzień potrafiły być trzy, a nawet cztery wieczerze. - Łyżki nosiliśmy ze sobą, a na stole nie stał jeden dodatkowy talerz, a kilka - dodaje z uśmiechem. Wspomina też potrawy, których dziś już nie przygotowuje. - Mama gotowała fasolę jasiek z suszkami. Dodawała cukru, odlewała wodę i podawała "na sucho". To było naprawdę pyszne - zapewnia pani Maria.
W jej opowieści Wigilia nie jest tylko kolacją. To ciągłość gestów, smaków i zwyczajów, które dziś brzmią niemal jak opowieść z innego świata. Pani Maria wraca do jednego z nich z wyraźnym sentymentem. - Gdy byłam mała, a na stole pojawiała się zupa grochowa, ojciec zawsze robił to samo. Wołał wilka. Brał chochlę, nabierał zupę i podchodził do okna. Udawał, że wylewa ją na zewnątrz. Tak niby rzucał wilkowi przez okno. W rzeczywistości zjadał ją sam i mówił: "Wilku, wilku, na ci grochu, nie bywaj ci tego roku" - opowiada pani Maria. Dla najmłodszych było to przeżycie pełne emocji. - My takie malutkie, głupiutkie, tośmy leciały i krzyczały: "Mamo, tato, nie wołajcie tego wilka" - wspomina pani Maria z uśmiechem. Ojciec uspokajał dzieci, tłumacząc sens obrzędu: "Ja go odganiam, żeby tu nie przyszedł". Ten prosty gest, półżartobliwy, półmagiczny, był częścią dawnego świata. - To taki stary, dawny zwyczaj - podkreśla pani Maria. - Ja do dziś go podtrzymuję - dodaje.
Gdy przy stole milkną kolędy
Przy wigilijnym stole w podkarpackim Betlejem rozmowy zmieniały się z biegiem lat. Pani Maria dobrze pamięta czasy, gdy słowa niemal ginęły w śpiewie. - Dawniej to się przy stole cały czas kolędowało - wspomina. Każdy miał swoją kantyczkę, czasem kartkę z zapisanymi słowami w zeszycie. Śpiewało się bez przerwy, od domu do domu, od stołu do stołu. - Człowiek wracał z kościoła zachrypnięty, tak się kolędowało.
Rozmowy, jeśli się pojawiały, dotyczyły spraw najprostszych i najbliższych. - A jaka ta zupa była, a co do pierogów dała - wylicza pani Maria. Były to krótkie uwagi, wymieniane między kolejnymi kolędami, bez pośpiechu i bez sporów. - O polityce nie było nigdy, nigdy - podkreśla z naciskiem.
Jak zauważa, dziś przy wigilijnym stole bywa inaczej. - Teraz to jeden mówi o Platformie, drugi o PiS-ie, trzeci o Konfederacji. I po Wigilii - dodaje krótko.
Światełko, które wciąż prowadzi
Od ponad dwóch dekad, tuż przed Bożym Narodzeniem, do tego niewielkiego zakątka Rudołowic dociera barwny korowód kolędników z Jarosławia. Tradycja narodziła się w środowisku Weteranów Turystyki Górskiej i przyjęła formę corocznej kolędniczej wędrówki "z Betlejem do Betlejem", organizowanej w sobotę poprzedzającą święta. Kolędnicy niezmiennie niosą ze sobą Betlejemskie Światełko Pokoju.
Pani Maria doskonale pamięta pierwsze takie przejście. - Szli pieszo przez pola. Śnieg sięgał po kolana. Takie to były kiedyś zimy - wspomina. Do Betlejem dotarli wówczas harcerze i ratownicy GOPR z Jarosławia. - Szli na przełaj, przez zaspy - dodaje, przywołując obraz drogi, która bardziej przypominała pielgrzymkę niż zwykły marsz.
Pierwszym miejscem kolędowania była otwarta stajnia. Po niej kolędników pod swój dach przyjęła sąsiadka Regina. W ciepłym mieszkaniu zbierali się kolejni uczestnicy, a dom szybko wypełniał się śpiewem. Z roku na rok chętnych było coraz więcej i także to miejsce przestało wystarczać.
Sprawdź, czy wiesz, co ważnego wydarzyło się w ostatnich dniach. Tylko najbardziej zorientowani udzielą więcej niż 8 dobrych odpowiedzi...
Wtedy zapadła decyzja, która na stałe wpisała się w krajobraz Betlejem. - Postanowiliśmy, że zrobimy szopkę. I od tamtej pory co roku ją stawiamy - opowiada pani Maria. Szopka stała się naturalnym centrum spotkań i znakiem, że świąteczny czas w Betlejem naprawdę się zaczyna.
Dziś do Betlejem przyjeżdżają mieszkańcy Przemyśla, Dębicy i wielu innych okolicznych miejscowości. Jedni chcą się pomodlić, inni pośpiewać kolędy, jeszcze inni po prostu zobaczyć to miejsce w świątecznej odsłonie. Szopka pojawia się tydzień przed Bożym Narodzeniem i pozostaje aż do lutego. - Każdy, kto chce, może przyjść i zobaczyć - zaprasza pani Maria.
Dla mieszkańców Betlejem to coś więcej niż doroczne wydarzenie. - To dla naszej wioski zaszczyt - podkreśla. W świecie, w którym coraz trudniej o wspólnotę, kolędnicy idący przez pola z Betlejemskim Światełkiem Pokoju przypominają, że światło - nawet to najmniejsze - wciąż potrafi prowadzić ludzi ku sobie.
źródło: TOK FM