"Ściany zaczęły się składać jak klocki domina". 18 lat od katastrofy hali MTK w Katowicach
Wybudowana w 2000 roku hala wystawiennicza nr 1 przy ul. Bytkowskiej 1 w Chorzowie to duma Międzynarodowych Targów Katowickich - pod lekką konstrukcją ze stali i blachy o wymiarach 100 na 150 mkw i 11 metrów wysokości, ogromna przestrzeń zapełnia się ludźmi podczas organizowanych każdego roku kilkudziesięciu imprez targowych, na które przyjeżdża kilka tysięcy firm z całego świata.
28 stycznia 2006 roku hala wystawiennicza nr 1 już drugi dzień gości uczestników 56. Ogólnopolskiej Wystawy Gołębi Pocztowych. Zjeżdżają się hodowcy tych ptaków z całego kraju, ale także z Niemiec, Czech, Słowacji i Belgii. Jedni tylko podziwiają, inni wymieniają się doświadczeniem i ubijają interesy (szczególnie szlachetne okazy gołebi 'chodzą' nawet po kilka tysięcy złotych).
Jedna z kobiet narzeka na wodę, która przez całą sobotę kapie na nią z dachu. Mówi też, że słyszy trzaski, ale nikt nie bierze jej słów na serio. Jeżeli ktoś patrzy w górę, to tylko po to, by popatrzeć na ptaki. Stukają kufle z piwem, tańczącym przygrywa kapela śląska. "Może dlatego nikt nie słyszał, że coś się dzieje" - zastanawia się Jacek Wałowski z Jaworzna w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" w Katowicach.
"Lód i pióra"
Przed godziną 17. kończy się aukcja gołębi, a tłumy zaczynają rzednąć. Część ludzi, zwłaszcza tych spoza Śląska, rozjeżdża się do domów. O godz. 17.15 uczestników 56. Ogólnopolskiej Wystawy Gołębi Pocztowych dobiega szum. "Zdążyłam tylko zauważyć, że coś na mnie spada, a potem zrobiło się ciemno i lodowato zimno" - wspomina pani Jolanta.
Dach hali wystawienniczej nr 1 zaczyna się walić. "Nagle zobaczyłem dziurę w dachu. Potem ściany zaczęły się składać jak klocki domina" - relacjonuje dla "GW" Bogdan Wojtkowiak - hodowca, który przyjechał na targi z setką ptaków. Na dole, na stercie blach, leżą zwały śniegu, a pod blachą ludzie. "Leżałam na ziemi przywalona śniegiem i stalowymi drągami. Tuż obok moja siostra, szwagier i ich syn. Nie mogli się ruszyć. Przygniótł ich potężny filar. Próbowałam go podnieść, ale nie było szans. Ruszyłam szukać pomocy. Na próżno. Z każdej strony dobiegały przeraźliwe krzyki. Ratownicy nie wiedzieli, kogo ratować najpierw" - opowiada Krystyna Winiarska z Wrocławia.
Do dyspozytorni telefonów alarmowych przychodzą pierwsze wołania o pomoc. "Wali się dach! Dach się zawalił na wystawie w Katowicach!" - wrzeszczy do słuchawki mężczyzna, który nie potrafi podać adresu hali. Inny przez telefon informuje o zdarzeniu i od razu diagnozuje przyczynę katastrofy. "Pod śniegiem runął" - mówi.
Przy ul. Bytkowskiej oprócz strażaków pojawiają się ratownicy górniczy, PCK, GOPR-owcy, służby porządkowe, zespoły ratownictwa medycznego, grupy z psami poszukiwawczymi, a także duchowni, by udzielić umierającym ostatniego namaszczenia. W szczytowym momencie ze skutkami katastrofy walczy 1300 osób.
Na korytarzach Szpitala Zakonu Bonifratrów pw. Aniołów Stróżów w Katowicach wraz z rannymi przybywa członków personelu, którzy przerwali urlop. Lekarz Mieczysław Piechota wymienia obrażenia: "Rozbite głowy, połamane ręce i nogi, trudności z oddychaniem prawdopodobnie z powodu uszkodzenia żeber". Ponadto wszyscy zostają zaszczepieni przeciw tężcowi, ponieważ elementy konstrukcyjne są niesterylne.
Najcięższe przypadki pacjentów nadal leżą pod blachą i śniegiem - są lekko ubrani, bo okrycia wierzchnie zostały w szatni. A na zewnętrz 15 stopni mrozu. W najgorszej sytuacji są ci, którzy w chwili katastrofy przebywali w środkowej części hali - to środkowy segment runął jako pierwszy, pociągając za sobą inne elementy.
Ratownicy, przeszukując każdy z sześciu wyznaczonych sektorów rumowiska, dzielą czas pomiędzy wydobywanie rannych a powstrzymywanie ocalałych, którzy wyrywają się, by wrócić do hali w poszukiwaniu swoich bliskich, ale i gołębi - w wielu przypadkach - dorobku życia.
"Obraz jest surrealistyczny. Pełno padłych kaczek, gołębi, królików, a między tym ciała ludzi. Lód i pióra. Okropne! (...) Tuż po godz. 19 wyciągnęliśmy chłopczyka ze zmiażdżonymi nogami. Był już bardzo wyziębiony. Wielu rannych, którzy czekają w hali na pomoc może tego mrozu nie wytrzymać"
- alarmuje lekarz pogotowia.
Hala przypomina teraz zawalony domek z kart, którego kolejne elementy mogą runąć w każdej chwili. Ratownicy rezygnują więc z używania ciężkiego sprzętu na rzecz pił do metalu i poduszek pneumatycznych. Ukryci pod gruzami dają znaki życia, uderzając o elementy konstrukcji i dzwoniąc do bliskich oraz dyspozytorów linii alarmowych.
28 stycznia 2006 roku to także dzień studniówki uczniów Zespołu Szkół nr 2 w Katowicach. Podczas, gdy ratownicy walczą z czasem, młodzież gromadzi się w pobliskiej restauracji Club 99. Dramat, który toczy się tuż obok nie nastraja ich jednak do zabawy. Młodzi ludzie, zamiast tańczyć, siedzą przy stołach, nasłuchując relacji z MTK. Rozważają pójście na rumowisko, ale rezygnują, bo nie chcą utrudniać pracy ratownikom. Pomagają służbom jednak w inny sposób - przygotowują dla ratowników jedną z sal, gdzie częstują ich ciepłymi napojami i jedzeniem. "W minutę wydorośleliśmy" - stwierdza jeden z uczniów w rozmowie z "Wyborczą".
Na pomoc rzucają się też okoliczni mieszkańcy, którzy przywożą ciepłe ubrania i koce. Korporacje taksówkarskie bezpłatnie wożą rodziny poszkodowanych z dworców do szpitali. Swoje usługi za darmo oferują też prawnicy i psychologowie. W lokalnych stacjach krwiodawstwa roi się od chętnych.
Gotowość do niesienia pomocy polskim ratownikom zgłaszają też ich koledzy po fachu z Niemiec. Polacy jednak odmawiają, co później będzie źródłem kontrowersji. Odmowa ma swoje uzasadnienie - prace były wówczas na etapie, który nie wymagał dodatkowych sił.
Im więcej czasu mija od godziny 17.15, czyli momentu katastrofy, tym rzadziej słychać odgłosy wydobywające się spod ruin, a częściej niż karetki, w pobliżu MTK widuje się karawany. Ostatnią żywą osobę z rumowiska ratownicy wyciągają po godz. 22.00, co na własne oczy widzi przybyły na miejsce premier Kazimierz Marcinkiewicz. Potem wydobywa się już tylko ciała.
Tragiczny bilans katastrofy budowlanej na Śląsku to 65 ofiar śmiertelnych (w tym dziesięcioro cudzoziemców) i ponad 170 zostało rannych, a także kilkaset gołębi. W chwili zawalenia się dachu wewnątrz hali znajdowało się ok. 700 osób.
"Taka warstwa lodu musiała zrobić swoje"
Doszło do tragedii największej w okresie III Rzeczypospolitej. Ostatnia, większa od obecnej tragedia to była katastrofa samolotu w Lesie Kabackim pod Warszawą w roku 1987" - oświadcza prezydent RP Lech Kaczyński, po czym ogłasza trzydniową żałobę narodową.
Wstępną opinię na temat tego, co spowodowało zawalenie dachu MTK, komisja powołana przez Inspektora Nadzoru Budowlanego wyrabia sobie już podczas pierwszych oględzin, które mają miejsce następnego dnia po katastrofie. Wyniki trzech niezależnych od siebie ekspertyz nie pozostawiają wątpliwości - przyczyna katastrofy hali MTK to nadmierne obciążenie dachu lodem i śniegiem.
Taką bryłę lodu o grubości około 7 cm na konferencji prezentuje minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. "Nie jestem ekspertem, ale kierując się zdrowym rozsądkiem i opiniami osób, które mają wiedzę na temat wytrzymałości tego rodzaju obiektów, można stwierdzić, że taka warstwa lodu przy tej słabej konstrukcji musiała zrobić swoje" - oznajmia. Potem wstępne szacunki wykazują, że w dniu zdarzenia na obiekcie zalegała około 50 cm warstwa zlodowaciałego śniegu.
W całej Polsce w ruch idą łopaty i szpadle - w ramach przygotowań na wizytę inspektorów odśnieżane są szkoły, kościoły, sklepy i inne obiekty użyteczności publicznej. Wówczas okazuje się, że przyczyna katastrofy leży znacznie głębiej. W trakcie postępowania prowadzonego przez Prokuraturę Okręgową w Katowicach wychodzi na jaw, że do pierwszych nieprawidłowości doszło już w fazie projektowania hali. Jak wymienia w swojej pracy naukowej prof. zw. dr hab. inż. Zbigniew MENDERA z Politechniki Śląskej w Gliwicach, wynikały one z m.in. błędów obliczeniowych, zastosowania płaskiego dachu ze skłonnymi do zatykania się odpływami, ale przede wszystkim z chęci zaoszczędzenia - zamiast droższej stali konstrukcyjnej postawiono na tańszą, co spowodowało zmniejszenie nośności elementów o jedną-trzecią.
Tezę, że katastrofa z 28 stycznia była jedynie kwestią czasu, potwierdzają doniesienia mediów, według których sygnały o złym stanie obiektu zaczęły docierały do władz MTK już kilka lat wcześniej. W 2002 roku część dachu ugięła się pod ciężarem dużych opadów, dochodziło też do sytuacji, w których z sufitu spadały śruby i lała się woda. Pomimo tego nie zdecydowano się na inspekcję i konserwację budynku.
Prokuratorzy postanawiają przyjrzeć się firmie Eko-Tech II, odpowiadającej za projekt hali. Okazuje się, że autor projektu wykonawczego - Jacek Jasiński, nie posiada odpowiedniego wykształcenia, a ze względu na brak odpowiednich uprawnień, projekt został podpisany przez innego konstruktora - Szczepana K.
Jasiński, na którego spada odpowiedzialność za śmierć 65 osób i tragedię ich bliskich, dzień po katastrofie próbuje popełnić samobójstwo. Jak opisuje Gazeta.pl, o tym, że zawalił się dach hali, dowiedział się w samochodowego radia. Zamiast kontynuować drogę powrotną do domu, zameldował się w hotelu Mercure w Opolu, gdzie podciął sobie żyły. Wcześniej wykonał pożegnalny telefon do żony, która powiadomiła personel hotelu. Życie Jasińskiego uratowali ochroniarze. Z notatki pozostawionej przez mężczyznę policja wywnioskowała, że nie mógł znieść wyrzutów sumienia. Jasiński ostatecznie ponosi karę, którą był wyrok dziewięciu lat pozbawienia wolności.
Krótsze, bo trwające od półtora roku do dwóch lat wyroki finalnie otrzymują: rzeczoznawca budowlany Grzegorz S., członek zarządu MTK Ryszard Z., prezes zarządu Bruce R., była inspektor nadzoru budowlanego w Chorzowie Maria K. oraz dyrektor techniczny MTK Adam H. Wszyscy wymienieni - jak wskazuje sąd - mimo, że byli świadomi złego stanu budynku, nadal pozwalali na jego eksploatację.
Pozostałych oskarżonych - dwóch przedstawicieli kierownictwa firmy, która wykonała halę oraz kierownika budowy sąd uniewinnia, a sprawę Szczepana K. wyłącza do odrębnego rozpoznania z powodu choroby oskarżonego.
Osiedla na terenie MTK nie będzie
W 2019 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie, uznaje, że
odpowiedzialny za zawalenie dachu hali jest Skarb Państwa, do którego należy MTK. Efektem tej decyzji są odszkodowania, jakie Skarb Państwa musiał wypłacić bliskim ofiar. Małżonkowie, rodzice oraz dzieci ofiar katastrofy, którzy złożyli przeciwko Skarbowi Państwa pozew grupowy,
po długich staraniach w 2019 roku otrzymują po 200 tys. zł zadośćuczynienia i odszkodowania, natomiast rodzeństwo ofiar - po 50 tys. zł.
Do kolejnych ugód dochodzi rok później. Po zadośćuczynienie zgłosili się bliscy ofiar nie tylko z Polski, ale i - jak podkreśla PAP - Czech, Słowacji, Węgier i Belgii.
Ostatnie ciała zmarłych w wyniku zawalenia hali służby wydobywają dopiero podczas rozbiórki rumowiska, na początku lutego. Dziś w tym miejscu stoi pomnik, na którym wyryto nazwiska 65 ofiar. W trakcie uroczystości jego odsłonięcia w niebo wzbijają się tysiące gołębi.
Spółka Międzynarodowe Targi Katowickie w 2012 roku zgłasza wniosek o upadłość. O zagospodarowanie terenu po MTK starania rozpoczyna firma Atal, która planuje na miejscu tragedii widzi nowe osiedle mieszkaniowe. Na planach jednak się skończyło. Choć na wybudowanie osiedla pozwalają chorzowscy radni, ich uchwałę unieważnia wojewoda.
Katastrofa z 28 stycznia 2006 roku dziś jest uważana za największą katastrofę budowlaną we współczesnych dziejach Polski. Jej następstwem jest m.in. ustawa o państwowym ratownictwie medycznym oraz nowelizacja przepisów prawa budowlanego, ze szczególnym naciskiem na zwiększenie bezpieczeństwa użytkowania budynków wielkogabarytowych. Kontrole przeprowadza się częściej, kary za zaniedbania są dotkliwsze.
Zgodnie z danymi głównego urzędu Nadzoru Budowlanego w roku 2006 stwierdzono aż 130 katastrof spowodowanych opadami śniegu. Rok później takich zdarzeń odnotowano osiem.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>