,
Obserwuj
Polska

Mordercy Mordechaja Chycki kłócili się jedynie o jego spodnie. "Wartością nie było żydowskie życie"

5 min. czytania
21.05.2023 15:48
W trakcie wojny mordowanie Żydów - jak mówił w TOK FM Konstanty Gebert - nie budziło oporów. - Wartością nie było żydowskie życie. Mordechaj Chycka nawet jak żył, to już nie żył. W związku z tym jego morderstwo było czynnością techniczną, mało istotną z punktu widzenia morderców. Natomiast problem pojawia się dopiero kiedy trzeba zdecydować o spodniach Chycki - relacjonował ekspert ds. stosunków międzynarodowych, współpracownik "Kultury Liberalnej".
|
|
fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

W swojej książce "Spodnie i tałes" Konstanty Gebert opisał upiorną historię mordu na Polaku pochodzenia żydowskiego, dokonanego przez Polaków pochodzenia nieżydowskiego. Sprawcy tej zbrodni chcieli przywłaszczyć sobie spodnie zamordowanego. Nie mogli jednak dojść do zgody ws. "sprawiedliwego" podziału.

- Do mordu doszło pod okupacją niemiecką, we wsi Barszczówka na Sandomierszczyźnie. Tamtejszy gospodarz Józef Kurgan chętnie udzielał schronienia Żydom, którzy uciekli z transportów czy z gett, po to, żeby ich mordować i ograbiać. Bo uciekający Żydzi z reguły mieli przy sobie jakieś kosztowności - opowiadał w TOK FM Gebert.

W rozmowie z Cezarym Łasiczką opisywał, że Kurgan mordowanie zlecał miejscowej komórce Batalionów Chłopskich. - I tak też się stało w przypadku, o którym piszę w swojej książce. Ale okazało się pechowo, że zamordowany krawiec Mordechaj Chycka nic przy sobie nie miał. Może był biednym krawcem, może już został ograbiony, może już wypłacił jakimś poprzednim opiekunom, tego nie wiemy. Zostały spodnie, które ściągnięto z trupa, po czym odbyła się burzliwa dyskusja. Bo spodnie spodniami, ale morderców było czterech. No, to komu się należą te spodnie? - mówił gość audycji "OFF Czarek"

"Wartością nie było żydowskie życie"

Konstanty Gebert podkreślił, że w tej tragicznej historii widać, jak na dłoni, że w czasie II wojny światowej "wartością nie było żydowskie życie", nad nim nikt się nie zastanawiał. - Dlatego, że Mordechaj Chycka nawet jak żył, to już nie żył. Żydzi nie nie mieli prawa żyć. W związku z tym jego morderstwo było czynnością techniczną, mało istotną z punktu widzenia morderców. Bo jemu życie i tak nie przysługiwało, a co za tym idzie, nie przysługiwało mu też żadne prawo własności. Natomiast problem pojawia się dopiero kiedy trzeba zdecydować o spodniach Chycki - zaznaczył.

Jak mówił, wiemy o tym wszystkim z procesu, który się odbył po wojnie. Podczas niego jeden z żołnierzy Batalionów Chłopskich zeznał, że jako osoba, która jedynie stał na czatach, został automatycznie wykluczony z grupy tych, którym spodnie zabitego Chycki mogą należeć. - Jak ktoś nie mordował, to nie miał prawa do własności zamordowanego. To jest coś, co się powtarza w różnych innych kontekstach - wskazał rozmówca Cezarego Łasiczki.

I dodał, że podobna zasada obowiązywała przy pilnowaniu domów wymordowanych Żydów przed mieszkańcami innych wsi. - Była taka gigantyczna awantura w Radziłowie, w miejscowości obok Jedwabnego, gdzie doszło do pogromu. Chłopi z okolicznych wiosek zaczęli przyjeżdżać furmankami, żeby grabić mienie pożydowskie. I radziłowiacy ich pogonili, mówiąc zasadniczo: "Jak chcecie mieć pożydowskie, to sami sobie zamordujcie jakichś Żydów, a nie okradajcie nas, którzy żeśmy mordowali, a więc nam się to pożydowskie należy" - opisywał Gebert.

Według jakich zasad podzielić mienie wśród tych, którzy mordowali? Jak zaznaczył gość TOK FM, ścieżka sądowa była właściwie niemożliwa, więc w przypadku spodni, to tych czterech morderców musiało między sobą ustalić, jakie zasady obowiązują.

- Ten, który pierwszy strzelił do Chycki mówił: "Dzięki mnie jest to mienie do podziału". Na co drugi odpowie: "Strzeliłeś, ale nie dostrzeliłeś. Ja dopiero musiałem strzelić i go zabić". Mamy więc tutaj spór pomiędzy sprawczością a skutecznością - mówił autor książki "Spodnie i tałes", podkreślając, że na tym się nie skończyło. Bo odezwał się trzeci z grupy, która dokonała mordu: "Ale jak ty dostrzeliłeś, to ja wtedy też strzeliłem".

- Więc trzeba by ustalić, która kula zabiła, a więc który z tych dwóch morderców ma większe prawa do spodni po krawcu. I wtedy odzywa się dowódca, który mówi: "Ja nie mam spodni, mnie się należą". Dowódca mógłby powiedzieć: "Ja tu jestem dowódcą, ja to biorę". Ale on tego nie mówi, a odwołuje do zasady sprawiedliwości społecznej, że spodnie należą się temu, który nie ma spodni. No i to dowódca odszedł ze spodniami Chycki - wyjaśnił Konstanty Gebert.

'Ratowano mniej żydów, niż myślimy, a wydawano więcej, niż sądzimy'. Prof. Rychard odpowiada na groźby Czarnka

"Ona powinna była raczej zaufać płomieniom niż ludziom"

Gość TOK FM podkreślił, że wielu Żydów, podobnie jak nieszczęsny krawiec, zdanych było jedynie na bezinteresowną pomoc przyzwoitych ludzi. Na przykład w jednej z przytoczonych w książce historii pojawił się Niemiec, który pomagał. Rzecz wydarzyła się w Żółkwi, niedaleko Lwowa. - Jak przyszli Niemcy - ci z III Rzeszy, to on zaoferował żydowskim sąsiadom, że schowa ich w bunkrze, jaki wykopał pod swoją chałupą - relacjonował rozmówca Cezarego Łasiczki.

Wydawać by się mogło, że zaufanie Niemcowi w czasie II wojny światowej, było najgorszą możliwą decyzją. - A on przechował 16 osób. Tyle tylko, że w miasteczku wybuchł pożar. Gdy zbliżał się do domu tego Niemca, trzeba było wyjść z bunkra właściwego i pobiec do bunkra zapasowego. I dopiero, jak wszyscy się schronili w tym punkcie zapasowym, okazało się, że brak jednej dziewczyny - 15-letniej dziewczyny - opisywał.

Okazało się, że ona się strasznie bała pożaru. - Więc, jak wyszli z tego ogarniętego płomieniami domu, to ona, zamiast schować się w tym drugim bunkrze, to przebiegła na ulicę. Tam oczywiście rozpoznano ją jako Żydówkę, zaprowadzono do Niemców, a ci ją zastrzelili - relacjonował Gebert. Dodał, że osoby, które doprowadzili 15-letnią Żydówkę do niemieckiego posterunku, dostali w nagrodę 5 litrów wódki.

- Mogło wydawać, że jak masz do wyboru zaufać ludziom albo zaufać płomieniom, to jednak bezpieczniej jest zaufać ludziom. A ona powinna była raczej zaufać płomieniom i temu jednemu człowiekowi, któremu należało zaufać - stwierdził Gebert.

I podkreślił, że o przeżycia wojny przez Żyda często decydował szczęśliwy traf. - Bo teoretycznie, jeżeli gospodarz zaprasza, że przechowa Żyda w stodole, to oczywiście należy tam pójść. Ale jakby krawiec Chycka wiedział o gospodarzu Kurganie to, co my wiemy dzisiaj, to wiedziałby, że należy uciekać. A jeżeli Niemiec mówi: "Ja was schowam pod swoim domem", to oczywiście nie należy korzystać z tej oferty, bo oczywiście zdradzi. A on akurat uratował - mówił gość TOK FM, podkreślając, że "to nic oczywiście nie mówi ani o Niemcach, ani o Polakach". - Natomiast bardzo dużo mówi o ludziach i o tym, jak nieoczywiste mogą być słuszne wybory - podsumował autor książki "Spodnie i tałes".

'Pieśni na temat tysięcy Polaków ratujących żydów to bajki'. Historyk surowo o narracji władzy