Raki luizjańskie są piękne, ale niebezpieczne. Pojawiły się w Polsce. Na pomoc ruszył Łowca Obcych
Dr Mikołaj Kaczmarski jest herpetologiem, zajmuje się płazami i gadami. Wybrał się wraz ze swoimi współpracownikami na teren użytków ekologicznych Dębina 1 i Dębina 2 nocą z latarką, aby brodząc w wodzie, znaleźć żaby i traszki. - Aktywność tych płazów zazwyczaj pokrywa się z aktywnością raków. Niestety, podczas tamtej wizyty płazów nie było, a znaleźliśmy najpierw jednego, potem drugiego, potem kolejnego raka luizjańskiego - mówił.
Gość TOK FM postanowił wrócić po kilku tygodniach i sprawdzić, czy sprawdziły się najgorsze obawy zoologów, że w siedlisku, w którym do tej pory bytowały chronione gatunki płazów, zagnieździł się gatunek bardzo inwazyjny. - Nasze najgorsze przypuszczenia, że to jest ten gatunek raka luizjańskiego, sprawdziły się. Nasze badania pokazały, że rak jest obecny i nie są to pojedyncze osobniki, ale cała duża populacja - relacjonował herpetolog, który szybko powiadomił Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Poznaniu. Służby szybko przystąpiły do pracy, wkrótce zaczną się odłowy, bo jak wyjaśniał dr Mikołaj Kaczmarski, zgodnie z prawem unijnym rak luizjański - jako gatunek inwazyjny - powinien być szybko wyeliminowany ze środowiska.
Półwysep Iberyjski ma poważny problem
Rak Procambarus clarkii to gatunek pochodzący z Ameryki Północnej, mieszka w Meksyku i w południowo-środkowej części Stanów Zjednoczonych, m.in. w Luizjanie, i stąd właśnie jego nazwa. Okazuje się, że rak pojawił się też ostatnio w Krakowie - w stawie Dąbskim.
- W latach 70. ten gatunek pojawił się w Hiszpanii i Portugalii - tłumaczył zoolog z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. - Była to próba zasiedlenia środowiska. Jednak bardzo szybko ten eksperyment wymknął się spod kontroli i w tej chwili cały Półwysep Iberyjski jest bardzo silnie dotknięty plagą tego gatunku - zauważył naukowiec.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Dr Mikołaj Kaczmarski dodał, że w innych krajach europejskich ta inwazja nastąpiła znacznie później. "Przede wszystkim jest związana z rynkiem akwarystycznym. Z tym, że to zwierzę jest bardzo atrakcyjnie ubarwione i bardzo chętnie hodowane przez akwarystów, a do tego bardzo płodne". Samica znosi jednorazowo ok. 200 jaj i robi to kilka razy w roku.
Skąd inwazja raków luizjańskich w Polsce? - Zapewne zostały porzucone przez kogoś, kto nie wiedział, co z nimi zrobić i postanowił 'zwrócić im wolność'. Takie działanie jest bezsensowne i bardzo szkodliwe, a my wszyscy odczujemy to w naszych portfelach, płacąc za eliminację tych zwierząt ze środowiska - podkreślił herpetolog.
Tak jak wspominaliśmy, zgodnie z prawem unijnym gatunki inwazyjne trzeba szybko odławiać, ponieważ szkody, jakie wyrządzają w środowisku, są bardzo wysokie. - Wiemy z doświadczeń z innych krajów: Hiszpanii, Niemiec czy Włoch, że najpierw zginą płazy, później zostanie zniszczona roślinność, w międzyczasie raki będą rozkopywać brzegi zbiorników. Prawdopodobieństwo, że ekosystemem na skutek ich działalności się załamie, jest bardzo wysokie. Na końcu raki zaczną obskubywać ryby, nastąpi przyducha i zaczną wypływać na wierzch - ostrzega naukowiec.
Powszechny proceder
Dr Mikołaj Kaczmarski w "Magazynie Radia TOK FM" zwrócił uwagę, że ludzie chętnie podejmują się hodowli żółwi ozdobnych czy szopów praczy, a gdy już się z nimi znudzą, wypuszczają je na wolność, nie bacząc na konsekwencje. - To jest bardzo powszechny proceder i okazuje się, że gatunki, które raz już wejdą w ekosystem, nie wiedzą, co to są granice i bardzo szybko rozprzestrzeniają się po całej Unii Europejskiej - tłumaczył.
Wyjaśniał, że szop pracz, rak luizjański czy gatunki żółwi ozdobnych mają bardzo wysokie umiejętności adaptacyjne. - Potrafią bardzo szybko dostosować się do nowych okoliczności, tworzyć tutaj zupełnie nowe populacje. Na razie jako społeczeństwo nie zdajemy sobie sprawy, jakie to ma poważne konsekwencje. I jak stanowczo trzeba działać w takich sytuacjach - dodał gość Przemysława Iwańczyka.
Trzeba zbudować system od zera
Zoolog podkreślił, że w Polsce trzeba zbudować system przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się inwazyjnych gatunków od zera. - Brakuje azyli dla takich zwierząt, w których ludzie, którym się znudzi opieka nad nimi, mogliby je zostawić. (?) Brakuje służb, które monitorowałyby to, co się dzieje w środowisku, bo sami naukowcy to trochę za mało, bo my mamy też inne cele i za co innego nas uczelnia rozlicza, niekoniecznie za monitorowanie siedlisk i ochronę przyrody - zauważył Kaczmarski.
Raki luizjańskie rozgościły się w poznańskich jeziorach. 'Zagrożenie dla rodzimych gatunków'
Naukowiec podkreślił, że potrzebna jest też edukacja, aby każdy wiedział, jakie zwierzęta są naturalnymi mieszkańcami naszego otoczenia, a na widok których powinniśmy zareagować. Jeśli więc zauważymy w mieście dużego, czerwonego raka lub żółwia z czerwonymi pręgami na szyi, warto zrobić zdjęcie, zgłosić tę obserwację do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska ze zdjęciem nietypowego okazu i zainteresować służby, czy na pewno ten gatunek powinien w tym miejscu występować. W mediach społecznościowych powstało też wiele grup, które interesują się tą tematyką.