"Sam sobie wymierzył sprawiedliwość". Co doprowadziło do linczu we Włodowie?
Jest późne piątkowe popołudnie 1 lipca 2005 roku we Włodowie (woj. warmińsko-mazurskie). Tomasz Winek i Rafał W. uzbrojeni w łom i pióro od resoru wsiadają do poloneza i zaczynają pogoń za Józefem Ciechanowiczem - we wsi znanym jako "Ciechanek". Po drodze do Tomasza i Rafała dołącza P.K. z młotkiem w ręku. Za Ciechanowiczem rusza też drugi samochód, by przeciąć mu drogę. Za obydwoma autami biegną inni mieszkańcy wsi.
Tomasz i Rafał po paru chwilach zauważają Ciechanowicza, próbującego ukryć się w krzakach. Zatrzymują samochód, a Ciechanowicz znów ucieka - biegnie ogrodzonym drutem kolczastym polem w kierunku gęstych zarośli i zabudowań. Tomasz i Rafał z narzędziami w rękach wysiadają z wozu i biegną za nim. P.K nie daje rady biec ze względu na sztuczny staw biodrowy, zostaje więc i obserwuje.
Rafał W. dogania Ciechanowicza jako pierwszy i uderza go łomem w lewą nogę. Ciechanowicz jednak nie pada na ziemię, zamiast tego wymachuje nożem. Wtedy dołącza Tomasz i rzuca w Ciechanowicza resorem, ale nie trafia. W pobliskim polu pracują bracia Tomasza - Krzysztof i Mirosław Winkowie. Zawołani przez Tomasza przybiegają, trzymając w rękach metalowe szpadle.
Ciechanowicz wymyka się i biegnie w stronę wąwozu, znajdującego się za polem. Teraz za mężczyzną biegnie już cała czwórka. Ciechanowicz wbiega w brzózki, tam dopadają go Mirosław i Krzysztof. Mirosław uderza Ciechanowicza szpadlem w nogi, tym razem udaje się powalić go na ziemię. Ciechanowiczowi próbuje wstać i podjąć próbę ucieczki, ale zaraz znów zostaje przewrócony.
Mirosław i Krzysztof Winkowie okładają Ciechanowicza szpadlami po całym ciele (także w okolicach głowy), kopią. Ciechanowicz zasłania się rękami. Podbiegają Rafał W. i Tomasz Winek - Rafał krzyczy, żeby nie bili Ciechanowicza po głowie, bo go zabiją. Po chwili Tomasz uderza Ciechanowicza właśnie w okolicach barku i głowy - najpierw za pomocą zabranego Mirosławowi szpadla, później noża.
"Ciechanek" "pije, odkąd pamięta"
Józef Ciechanowicz przychodzi na świat 10 maja 1945 roku w Kondraciszkach (dziś teren Białorusi) jako jedno z szóstki dzieci w rodzinie robotniczej. Po rozwodzie rodziców wychowują go babcia i dziadek, ale z ojcem i matką utrzymuje regularny kontakt. Później "Ciechanek" powie, że jego ojciec był aresztowany przez NKWD i poznał go dopiero gdy był dorosły. Powie też, że w jego rodzinie zdarzały się przypadki chorób psychicznych.
W szkole małemu Józefowi idzie bardzo dobrze, co trwa - jak twierdzi - "do czasu powrotu matki do domu". Z późniejszych ustaleń wynika jednak co innego - Ciechanowicz powtarzał II klasę, a IV powtarzał aż czterokrotnie.
W V klasie, z powodu "trudnej sytuacji rodzinnej" Ciechanowicz trafia do zakładu wychowawczego, gdzie zostaje aż do 17 roku życia. Tam kończy szkołę podstawową i rozpoczyna naukę w zawodówce o kierunku budowlanym. Wtedy - według jego słów - zaczyna się samookaleczać. Wraz z pełnoletnością przychodzi pierwsze ukaranie przez sąd. Po opuszczeniu zakładu wychowawczego przerywa edukację i niedługo później trafia za kratki.
Ciechanowicz jest agresywny nie tylko w stosunku do siebie, ale i do innych - chętnie się bije, co skutkuje wieloma urazami głowy z utratą przytomności. "Od dziecka siał postrach" - opowiadał "Gazecie Wyborczej" Bolesław Wrzosek, który chodził z "Ciechankiem" do podstawówki. "Pamiętam, że koledze stalówką przebił dziurkę w nosie, a koleżance próbował wydłubać oko".
Przemocy towarzyszy alkohol. Podczas jednego z licznych badań psychiatryczno-sądowych stwierdza, że "alkohol pije, od kiedy pamięta". Z powodu swojej kondycji psychicznej zostaje zwolniony z wojska. Pracuje zawodowo od 20 roku życia. Nigdy się nie ożeni, nigdy nie będzie miał dzieci.
Całe dorosłe życie "Ciechanka" to ciąg pobytów w więzieniu, przerywanych krótkimi pobytami na wolności. W latach 1963-2004 był skazywany kilkanaście razy i odsiedział 34 lata w rozmaitych zakładach karnych rozsianych po całej Polsce - za znęcanie się fizyczne i psychiczne nad członkami własnej rodziny (siostra wiedziała, że brat będzie bił, gdy zaczynał śpiewać), włamania i kradzieże, znieważanie funkcjonariuszy, a przede wszystkim pobicia, często przypadkowych osób, które miały nieszczęście znaleźć się w jego pobliżu. Najpierw za pomocą pięści, a później noża i siekiery.
Ze sprawozdań pracowników więziennych wyłania się obraz Ciechanowicza jako więźnia, delikatnie mówiąc, problematycznego - agresywnego wobec współosadzonych i strażników, czasem grypsującego, regularnie piszącego skargi i wszczynającego głodówki. Po jednej z nich jest tak osłabiony, że po przeniesieniu do więziennego ambulatorium trafia na wózek inwalidzki. Stamtąd zachowała się relacja lekarza, który badał mężczyznę:
"Po zbliżeniu się do osadzonego w celu badania tętna, osadzony w sposób szybki dwoma wyprostowanymi palcami ręki prawej próbował uderzyć mnie w oczy, mówiąc 'ja ci oczy powybijam'. Jakimś cudem odruchowo się cofnąłem tak, że do uderzenia nie doszło. (…) Osadzony (...) przyznał się do czynu, twierdzi, że 'jest mu żal z powodu tego co zrobił'".
Torba na plecach oznacza długi nóż
Po tym jak we wrześniu 2004 r. 59-letni Józef Ciechanowicz kończy odsiadkę w Zakładzie Karnym w Kamińsku, jedzie do Brzydowa, gdzie mieszka jego konkubina B.G, z którą żyje od 1998 roku. Powrót "Ciechanka" budzi postrach w pobliskim Włodowie. Mieszkańcy niejednokrotnie przekonali się o skłonnościach mężczyzny do agresji. Już widząc Ciechanowicza z daleka, potrafią odgadnąć, w jakie ostre narzędzie jest uzbrojony - jeżeli jest w garniturze, oznacza to, że ma krótki nóż, torba na plecach oznacza długi nóż.
Mieszkańcy radzą sobie z Ciechanowiczem jak mogą - omijają szerokim łukiem, nie patrzą w oczy, czasem udaje im się pogonić go ze wsi. Raz nawet dochodzi do sytuacji, w której jeden z mężczyzn wraz z synem biją Ciechanowicza do nieprzytomności. Przekonani, że "Ciechanek" nie żyje, wracają po szpadel, by ukryć zwłoki. Gdy wracają, "trupa" już nie ma.
Ciechanowicz bywa we Włodowie, gdy konkubina B.G. nie ma pieniędzy z renty, które mężczyzna może przepić. Z pretensjami zgłasza się wtedy do córki B.G. - Jadwigi Rybak, która to z kolei jest spokrewniona z braćmi Winkami. "Każdy dzień był zagrożeniem"(...). "Często nachodził mnie w domu, groził (..). Ponieważ wiedział, że mieszkam w takim, a nie innym miejscu, że mieszkam na końcu świata, znał obyczaje moich sąsiadów, wiedział kiedy jestem sama, a kiedy nie i wtedy zjawiał się do naszego mieszkania. Miałam ciągle zamknięte drzwi i okna, nie byłam w stanie pracować ani żyć normalnie" - powie Jadwiga. Powiadomienie policji nie przynosi skutku, a jedynie kolejne groźby Ciechanowicza.
W maju 2005 roku B.G. po pobiciu przez konkubenta ląduje w szpitalu, a policja w Dobrym Mieście wszczyna w tej sprawie dochodzenie. Po wyjściu ze szpitala B.G. przenosi się do córki we Włodowie. "Ciechanek" regularnie pojawia się i prosi, by konkubina wróciła do Brzydowa. Przy okazji próbuje zbuntować przeciw matce syna Jadwigi. Ta zezna: "Opowiadał, że zupełnie fajnie jest w więzieniu, że jest wyżywienie i opierunek za darmo, nie trzeba się niczego obawiać, a matki, która do niczego się nie nadaje, nie trzeba słuchać. Używał przy tym dużo wulgaryzmów". Grozi też chłopcu, że "odetnie jego matce głowę" i na dowód pokazuje nóż.
29 czerwca 2005 roku Ciechanowicz przechodzi od słów do czynów. Podchodzi do siedzącej na ganku B.G. i grozi jej, że ją zabije. Jadwiga prosi go opuszczenie posesji. On na to, że nie powinna się wtrącać. Ciechanowicz i Jadwiga krzyczą na siebie. Ciechanowicz wyjmuje nagle butelkę z winem i uderza kobietę w głowę - butelka jest pełna, dlatego szkło się nie rozprysnęło. Syn Jadwigi odstrasza agresora za pomocą psa, a gdy na miejsce przybywa policja, Ciechanowicza już nie ma. Policjanci radzą Jadwidze, by założyła sprawę "o pobicie".
"Są ważniejsze sprawy"
Przychodzi pierwszy dzień lipca. Około godz. 17. Jadwiga Rybak odwiedza Marlenę Winek, by pożyczyć od niej aparat fotograficzny. Wchodząc na podwórze, mija siedzącego pod płotem pijanego Józefa Ciechanowicza. Ciechanowicz wstaje, wchodzi na podwórko. Z domu wychodzą bracia Winkowie. Dochodzi do kłótni, a Ciechanowicz się wycofuje. Po chwili jednak wraca i znów wdaje się w Tomaszem Winkiem w kłótnię. Ciechanowicz obrywa kolanem w krocze i zostaje wyrzucony z posesji. Agresor zjawia się po raz trzeci - tym razem trzyma w ręku tasak do buraków z ostrzem o długości 25-30 cm.
Ciechanowicz kieruje się w stronę Tomasza Winka, który stoi na schodach do domu. Wymachuje tasakiem, a Tomasz ucieka w głąb podwórka, łapie za leżący w stercie drewna gruby kij. "Ciechanowicz dalej z tasakiem szedł w stronę męża, mąż natomiast z kijem szedł na niego. Wołałam do męża żeby przestał, bo się bałam o niego. Tomek odpowiedział, że to nie może tak być, żeby obcy gość machał w jego stronę tasakiem, na własnym podwórku, dosyć bania się Ciechanowicza i trzeba coś z tym zrobić. Ciechanek tymi słowami się wystraszył, zaczął się cofać, machając tym tasakiem. Mąż podszedł, próbując wytrącić tasak, machnął kijem" - zezna Marlena Winek.
Walka z z podwórka przeniosła się na drogę. Tomasz za pomocą kija próbuje wytrącić przeciwnikowi tasak z ręki, ale zamiast tego potyka się i upada na ziemię. Ciechanowicz wykorzystuje moment i kieruje ostrze w kierunku głowy Winka. Ten jednak zasłania się ręką i to tam zostaje zraniony.
P.K., który dotychczas obserwował całą scenę, przybiega Tomaszowi na pomoc uzbrojony w sztachetę. Uderza Ciechanowicza w rękę, a tasak wypada mu z ręki. Podnosi go i ucieka.
Żona P.K. dzwoni na posterunek Policji w Dobrym Mieście i prosi o interwencję. Jak się dowiaduje, radiowóz nie przyjedzie, bo został wysłany do innej miejscowości. Gdy funkcjonariusz dowiaduje się od kobiety, że Ciechanowicz uciekł z miejsca zdarzenia, poucza ją, że powinna zadzwonić, gdy wróci. dalszych kroków w związku ze zgłoszeniem. I na tym poprzestaje.
Marlena i Tomasz Winkowie nie dają za wygraną i osobiście zjawiają się w komisariacie. Gdy wsiadają do samochodu, na ich podwórku jest już większość mieszkańców Włodowa.
Z zeznań Marleny Winek znamy przebieg wizyty na komisariacie: "Powiedzieliśmy dyżurnemu o zdarzeniu, ten odpowiedział, że mamy czekać w kolejce, gdyż on nie ma kogo wysłać. Rozpłakałam się, policjant powiedział, że mam nie krzyczeć, że policjantów jest tylko dwóch na tyle ludzi, on też jest zmęczony. Dodał, że są ważniejsze sprawy, bo może gdzieś mąż bije żonę, a my tu przyjeżdżamy z taką małą ranką, a on widział gorsze rzeczy. Pouczył, że mamy iść na pogotowie, wziąć kartę o udzielonej pomocy i wrócić".
Małżeństwo jedzie więc na pogotowie, gdzie zszyto ranę na ręku Tomasza, a następnie wraca na komisariat, gdzie urzęduje ten sam dyżurny. Marlena Winek znów relacjonuje: "Przyszedł do nas inny policjant po cywilnemu, z którym poszliśmy do pokoju. Po zdaniu relacji policjant ten pouczył nas, że mamy założyć Ciechanowiczowi sprawę cywilną, po wpłaceniu do sądu pieniędzy, które sąd po uznaniu Ciechanka winnym nam je zwróci. Mąż i ja nie podpisywaliśmy żadnego protokołu, policjant zwrócił nam kartę z pogotowia, na pewno jej nie kserował. Pouczył nas na koniec, że jeżeli sytuacja się powtórzy to mamy ponownie zadzwonić na Policję i o ile to będzie możliwe, to przyjedzie. Dodał, że na razie jest to niemożliwe, gdyż jest dużo interwencji".
Podczas jednej z tych dwóch wizyt z ust funkcjonariusza pada też, potem często przywoływane, zdanie: "Są gorsze sprawy, a tu cała wieś nie da rady jednemu mężczyźnie".
Zawiedzeni Winkowie wracają do Włodowa, rozmawiają z mieszkańcami, a później powracają do remontu w mieszkaniu. Około godzinę później ktoś dostrzega z oddali sylwetkę Ciechanowicza. "Ja wam k***y wszystkim pokaże, jak nie dam rady starszym, to poczęstuję kosą dzieci" - krzyczy. W tym samym czasie na podwórku bawi się 4-letni syn Marleny i Tomasza.
Kobiety ze wsi nawołują, by bronić się przed Ciechanowiczem. Mężczyźni chwytają za kije i zaczynają zbliżać się w kierunku Ciechanowicza. Ten wycofuje się, nie zaprzestając gróźb. Mężczyźni jednak się nie cofają. I wtedy rozpoczyna się pościg, który doprowadził do zdarzeń znanych jako "lincz we Włodowie". Co istotne, do dziś nie wiadomo, czy w pościgu i w samej zbrodni (której przebieg znamy z akt, a także publikacji dr. hab. Piotra Chlebowicza - "Samosąd we Włodowie. Studium przypadku"), uczestniczyli tylko Winkowie i Rafał W. czy też i inni mieszkańcy Włodowa.
"Teraz się nie boimy"
Od momentu zabójstwa Ciechanowicza do przyjazdu policji mija około dwóch godzin. W tym czasie mieszkańcy przychodzą obejrzeć miejsce kaźni - by zaspokoić ciekawość lub poczucie zemsty. Wśród nich są Wiesław K. i Stanisław M., którzy potem otrzymają zarzuty znieważenia zwłok.
Około godz. 21 lekarz pogotowia ratunkowego potwierdza zgon. Wyniki przeprowadzonej sekcji zwłok wykażą u Ciechanowicza liczne rany tłuczone i rąbane głowy i złamania czaszki - wszystkie zadane z dużą siłą. Badanie chromatografem wykazuje 1,4 promila alkoholu we krwi. Jak wskazuje dr hab. Piotr Chlebowicz - profesor w Katedrze Kryminologii i Polityki Kryminalnej Wydziału Prawa i Administracji UWM w Olsztynie, ilość wypitego przez Ciechanowicza alkoholu sprawiła, że mężczyzna przeszacował swoje siły w walce z braćmi Winkami.
Do Włodowa, do którego wcześniej nie mógł przyjechał nawet jeden radiowóz, teraz zjeżdża się tłumek policjantów przy wsparciu posiłków z Olsztyna. Jeszcze tej nocy do aresztu trafiają mieszkańcy wsi podejrzani o udział w morderstwie. Policjanci starają się prowadzić czynności po cichu - boją się, że ich obecność stanie się źródłem zamieszek. Mieszkańcy solidarnie stają w obronie zatrzymanych i zaczynają zbiórkę środków na ich obronę. 67 mieszkańców składa na policji oświadczenia, z których jasno wynika, że to Ciechanowicz był agresorem, a mieszkańcy - ofiarami. "Teraz się nie boimy. Śpimy spokojnie, poruszamy się swobodnie i nawet w biały dzień nie musimy zamykać drzwi na klucz w obawie, co ze strony Józefa C, może nas spotkać. Nie straszy już nikogo, że podpali jego dom lub utnie komuś głowę toporem. Sam sobie wymierzył sprawiedliwość" - można przeczytać w jednym z nich.
Śledczy wyłaniają podejrzanych - Krzysztofa, Mirosława i Tomasza Winków o zabójstwo oraz Stanisława M. i Wiesława K. o zbezczeszczenie zwłok. Po czterech miesiącach od zabójstwa, w listopadzie 2005 roku minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro podejmuje decyzję o zwolnieniu mężczyzn z aresztu.
Rozpoczyna się proces - prokuratura chce dla Krzysztofa, Mirosława i Tomasza Winków kar po 10 lat więzienia, dla Rafała W. - rok, a dla Stanisława M. i Wiesława K. - po pół roku pozbawienia wolności. Jak podkreśla prok. Dagmara Kuspiel, to, czego dopuścili się oskarżeni, było "polowaniem z nagonką", a Ciechanowicza gonili po to, "by zabić". Zwyciężyła jednak argumentacja adwokatów oskarżonych, których zdaniem mieszkańcy Włodowa "wzięli sprawy w swoje ręce, bo zmusiła ich do tego postawa policji". W październiku 2007 r. Sąd Okręgowy w Olsztynie skazuje braci Winków na karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Stanisław M. i Wiesław K. otrzymują wyroki po sześć miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na trzy lata. Wyrok ten rzecz jasna nie satysfakcjonuje prokuratury, która składa apelację.
W marcu 2008 roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku uchyla wyrok pierwszej instancji i kieruje sprawę do powtórnego rozpatrzenia. Sąd drugiej instancji stwierdza, że Sąd w Olsztynie dopuścił się błędów w ustaleniach dotyczących m.in. miejsca znalezienia zwłok, stanu zmarłego po pobiciu oraz celu działania Stanisława M. i Wiesława K. skazanych za zbezczeszczenie ciała. " Sąd nie może grzeszyć naiwnością, a ten w Olsztynie przyjął, że ciało zostało znalezione w innym miejscu, niż faktycznie doszło do zabójstwa, i uznał tę wersję. Oni twierdzili, że Józef C. był agresywny i groźny. Tymczasem zanim jeden z braci został ugodzony przez niego nożem, sam kopnął ofiarę w krocze" - mówi wówczas cytowany przez "Gazetę Wyborczą" sędzia Tomasz Wirzman.
W trakcie procesu wychodzą na jaw także liczne błędy w działaniach policji. Tuż po zdarzeniu funkcjonariusze nie zabezpieczyli obszaru, otaczającego miejsce zbrodni, a także trasy pościgu, co doprowadziło do zadeptania śladów. Nie zabezpieczono też śladów na narzędziach zbrodni, przez co w materiale dowodowym nie znalazły się: ślady krwi i próbki DNA. By oświetlić ślady krwi, policjanci początkowo używają telefonów komórkowych.
W lipcu 2008 roku rozpoczyna się ponowny proces przed Sądem Okręgowym w Olsztynie, który w styczniu 2009 roku kończy się dla braci Winków wyrokami czterech lat więzienia. Wyroki Rafała W. i Stanisława M. oraz Wiesława K. pozostają takie same - rok oraz sześć miesięcy w zawieszeniu. Sąd Apelacyjny utrzymuje wyrok w mocy.
Ułaskawienie
"Prezydent miał na względzie szczególność tej sytuacji, ludzi, którzy znaleźli się pod wielką presją, odczuwali wielkie niebezpieczeństwo, które zagraża ich rodzinie" - oznajmia 18 grudnia 2009 roku prezydencki minister Andrzej Duda, przekazując decyzję Lech Kaczyńskiego o ułaskawieniu braci Winków. Prezydent wyznacza uwolnionej trójce 10 lat próby.
We wrześniu 2010 roku Sąd Najwyższy w Warszawie ostatecznie kończy postępowanie w sprawie linczu we Włodowie, która do tej pory już dwa razy stała się inspiracją dla filmowców. Do zabójstwa Ciechanowicza nawiązuje jeden z odcinków serialu "Pitbull" Patryka Vegi oraz film "Lincz" z 2010 roku. Jak tłumaczył w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" reżyser Krzysztof Łukasiewicz, nakręcił "Lincz" w obronie mieszkańców Włodowa. "Celem filmu było opowiedzieć o ludziach, którzy najpierw doświadczyli bezczynności policji, a potem pozostawieni samym sobie trafili w tryby machiny śledczej, która bezwzględnie się po nich przetoczyła" - powiedział.
Po wydarzeniach we Włodowie cała Polska zadaje sobie pytanie o to, czy zabójstwo Ciechanowicza można usprawiedliwić, ale też o to, dlaczego obojętna wobec skarg mieszkańców wsi pozostała policja. Funkcjonariusze komisariatu w Dobrym Mieście, ale i cała instytucja staje w ogniu krytyki. Ci pierwsi bronią się, mówiąc o brakach kadrowych. Jeden z policjantów wieczór 1 lipca 2005 roku opisał następująco:
"Do pracy przybyłem około 19.30, widziałem, że mój poprzednik biega po Komisariacie, nie daje rady opanować całej sytuacji. (...) Wszedł mój poprzednik pan S. i oświadczył mi, że jest dużo pracy, są zaległe interwencje. W tym samym momencie przybył patrol z zatrzymanym. Jak przyszedłem, widziałem po twarzy pracownika, że on już ledwo żył. Psychicznie i fizycznie był wykończony".
Tłumaczenie te nie uchroniły przedstawicieli policji od kary. Starszy sierżant Bogusław S., który ignorował alarmujące telefony od mieszkańców Włodowa, został zwolniony w 2005 roku. Andrzej J. z pionu kryminalnego dostał jedynie upomnienie o niepełnej przydatności do służby na zajmowanym stanowisku.
Od linczu we Włodowie minęło już 18 lat, a od ułaskawienia braci Winków przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego w tym roku mija 14 lat. Wszyscy mieszkańcy wsi mogą już spać spokojnie.
Posłuchaj:
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>