Białoruski wolontariusz wydalony z Polski. Fundacja alarmuje o nieprawidłowościach
Białorusin, który w Polsce pomagał jako wolontariusz m.in. uchodźcom z Ukrainy, musiał opuścić nasz kraj. Jak twierdzą aktywiści z Fundacji Inna Przestrzeń, z którą współpracował, został wydalony z Polski. Wcześniej był ofiarą pobicia na tle narodowościowym i skradziono mu paszport.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Kiedy zaginął Białorusin Siarhiej?
- Dlaczego Siarhiej został zatrzymany przez policję?
- Jak fundacja dowiedziała się, że Siarhiej został wywieziony?
Pan Siarhej przebywał w Polsce od kilku lat. Współpracował z Fundacją Inna Przestrzeń w Warszawie, która - w ramach projektu "Kwitnący dom" - wspiera osoby potrzebujące, w tym uchodźców i uchodźczynie z Ukrainy. Na stałe oferuje pomoc żywnościową, wyprawki dla młodych mam czy pomoc rzeczową - ubrania i artykuły dla dzieci. Siarhej przychodził regularnie, pomagał m.in. w rozpakowywaniu paczek z żywnością.
- Pół roku temu, w niedzielę po wolontariacie, pojechał do domu, bo źle się czuł. I wtedy straciliśmy z nim kontakt. Nie przyszedł na umówiony dyżur we wtorek, a była to osoba obowiązkowa, która jak mówiła, że przyjdzie, to zawsze przychodziła i zawsze pomagała - wspomina Anna Kłos z Fundacji Inna Przestrzeń. - Zaczęliśmy się kontaktować z jego znajomymi. Dowiedzieliśmy się, że od momentu, gdy od nas wyszedł, nikt nie miał z nim kontaktu. Zniknął. Zaczęłam dzwonić po szpitalach i innych miejscach - opisuje dalej.
W końcu pani Anna pojechała na policję. Tam - jak mówi - dowiedziała się, że mężczyzna wcale nie zaginął, ale gdy wracał z wolontariatu - po wylegitymowaniu przez policję - został zatrzymany i przekazany Straży Granicznej, bo w tym momencie nie miał prawa do legalnego pobytu w Polsce. Nie miał też paszportu. Okazało się, że przekazano go do zamkniętego ośrodka dla cudzoziemców w Przemyślu.
Pobicie na tle narodowościowym i wywózka
Niedługo przed zatrzymaniem Siarhej miał zostać pobity na tle narodowościowym. Według naszej rozmówczyni zaatakowano go, bo rozmawiał na ulicy we wschodnim języku. Usłyszał też stek wyzwisk, skradziono mu wtedy paszport.
- Pobili go, okradli, zabrali mu wszystkie pieniądze, dokumenty i po prostu był w trakcie wyrabiania nowych. Wiedział, że kończy mu się karta pobytu, ale ponieważ nie miał paszportu, to nie mógł złożyć wniosku o nową kartę. Oczywiście to zajście było zgłoszone na policji, jest na to potwierdzenie. No i tej karty faktycznie wtedy, kiedy policja go wylegitymowała, nie miał. Co ciekawe, kilka dni wcześniej też go policja wylegitymowała i wtedy jeszcze nie było żadnego problemu, mimo że już teraz wiemy, że ta karta wtedy też już była po terminie - opowiada nam Anna Kłos.
Mężczyzna przebywał w Przemyślu do ubiegłego piątku. - Nie zapewniono mu możliwości kontaktu z bliskimi, tłumacza. Nie zapewniono mu też żadnej, nawet podstawowej opieki medycznej, mimo że policjanci wiedzieli, że jest chory i że ma kontuzje. Nie miał też dostępu do żadnej pomocy prawnej - podkreśla dalej nasza rozmówczyni. Jak dodaje, fundacja próbowała działać. Składała wnioski o widzenie, na które pani Anna - co zaznacza - nigdy nie dostała odpowiedzi. Na przełomie października i listopada złożyli też odwołanie na zatrzymanie do sądu.
O tym, że Białorusina nie ma już w ośrodku w Przemyślu i że jest wywożony na granicę, fundacja dowiedziała się od jego przyjaciela, którego zaalarmowali inni mieszkańcy ośrodka. - Osadzeni, którzy z nim przebywali, dostali pięć minut, żeby się z nim pożegnać i on po prostu, w tajemnicy, przekazał numer telefonu do swojego przyjaciela. Stąd wiedzieliśmy, że samochód ruszył - mówi pani Anna.
Straż Graniczna w Przemyślu, jak dodaje, odmawiała im odpowiedzi na temat mężczyzny. - Pojechałam do Terespola, bo byłam pewna, że tam go będą wieźć, ale go nie było. Potem dostaliśmy telefon od chłopaków z Przemyśla, że strażnik w ośrodku powiedział, że Siarhiej jest już po białoruskiej stronie - dopowiada.
Dlaczego Siarhiej został wywieziony?
- Z naszych informacji wynika, że on nie został formalnie deportowany, nie dostał żadnych dokumentów na to - rozkłada ręce nasza rozmówczyni. Podkreśla też, że w piątek do Straży Granicznej wysłano wniosek o udzielenie mężczyźnie azylu w Polsce, ale to też niewiele dało. - Dowieźli go do granicy, wysadzili i kazali sobie pójść. Mimo, że my nasz wniosek wysłaliśmy do każdej straży granicznej w Polsce, na każde przejście i do każdej placówki - wskazuje przedstawicielka fundacji.
Wniosek o azyl argumentowali tym, że w Polsce Siarhiej "działał na rzecz pomocy Polakom, Ukraińcom i wypowiadał się jawnie przeciwko wojnie w Ukrainie, potępiając to, co robi rząd białoruski". - Zresztą on w Polsce był ze względu na problemy, które miał na Białorusi. Był dawnym sportowcem białoruskim - dodaje.
Aktywiści obawiają się, że po powrocie na Białoruś Siarhieja może czekać spotkanie z KGB i kara za to, czym zajmował się w Polsce. - W ogóle sytuacja osób deportowanych na Białorusi jest bardzo trudna, dlatego że każdy deportowany jest zatrzymywany przez KGB, przepytywany. Dlatego boimy się o jego los. Nie rozumiem, jak można było podjąć takie decyzje bez kontaktu z jego pełnomocniczką - podsumowuje nasza rozmówczyni.
Co na to Straż Graniczna?
Straż Graniczna odmówiła nam informacji w tej sprawie - powołano się m.in. na ochronę danych osobowych.
"Straż Graniczna prowadzi swoje działania w oparciu o obowiązujące przepisy prawa (...). Zgodnie z art. 1 ust. 2 pkt 9 ustawy o Straży Granicznej, informacje z zakresu ochrony granicy państwowej, kontroli ruchu granicznego oraz działań podejmowanych w celu zapobiegania i przeciwdziałania nielegalnej migracji mogą być udostępniane wyłącznie sądom, prokuratorom, organom administracji publicznej oraz innym organom państwowym uprawnionym do ich otrzymania na podstawie odrębnych przepisów - i tylko w zakresie niezbędnym do realizacji ich ustawowych zadań" - napisał nam porucznik Piotr Zakielarz, rzecznik prasowy komendanta Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej.
Dodał też, że "Straż Graniczna nie może przekazywać informacji dotyczących ustaleń, czynności służbowych, statusu pobytowego ani ewentualnych postępowań prowadzonych wobec konkretnych cudzoziemców osobom lub podmiotom niebędącym stroną postępowania administracyjnego bądź pełnomocnikami strony. Ograniczenie to ma na celu zarówno ochronę danych osobowych, jak i zabezpieczenie prawidłowości prowadzonych działań".
Natomiast rzeczniczka Urzędu do Spraw Cudzoziemców, Katarzyna Siwak poinformowała TOK FM, że przed Szefem Urzędu do Spraw Cudzoziemców nie toczyło się żadne postępowanie dotyczące tego konkretnego cudzoziemca.
To nie pierwsza tego typu historia. Kilka tygodni temu Polska odesłała do Afganistanu trzech obywateli tego kraju, mimo że jest w nim niebezpiecznie i mimo, że było zabezpieczenie ze strony Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.
Opisywała to "Gazeta Wyborcza".
- Należy pamiętać, że wbrew zapewnieniom rządzących osoby deportowane nie były przestępcami. Instytut na rzecz Państwa Prawa poznał większość z decyzji powrotowych dotyczących deportowanych obywateli Afganistanu i Pakistanu. Żadna z tych osób nie została w Polsce skazana. Ba, wobec żadnej z nich nie orzeczono, że stanowi zagrożenie dla polskiego porządku publicznego - wskazywał na stronach "Wyborczej" dr Tomasz Sieniow, prawnik, który był obserwatorem w czasie tej deportacji.
>> Takich deportacji jest więcej - o czym szerzej pisaliśmy tutaj <<
Źródło: TOK FM