Co wydarzyło się w butiku Ultimo? "W więzieniu siedzi kolejny Tomasz Komenda"
"Sprawa morderstwa w butiku Ultimo wcale nie jest trudna, jeżeli chodzi o moją niewinność, tylko czy ja miałam znaleźć prawdziwego sprawcę i podać go policji na tacy, skoro nie mam pojęcia, kim był? Wiem, że nie byłam nim ja" - pisała z więziennej celi Beata Pasik do Grzegorza Głuszaka, autora książki "Nie przyznam się, nie ja zabiłam. Beata Pasik i zbrodnia w butiku Ultimo".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Nie przyznam się, nie ja zabiłam. Beata Pasik i zbrodnia w butiku Ultimo" autorstwa Grzegorza Głuszaka, która ukazała się 23 września 2025 roku nakładem Prószyński Media.
(...) Jej pierwszy list do mnie. Dziś to wiem, że pisząc go, wielokrotnie przedzierała kartki na pół, wrzucając je do kosza, by zacząć od nowa. Gryzła się ze swoimi myślami, zastanawiając się, jaki to ma sens, czy list w ogóle trafi do adresata i jeżeli nawet, to czy on go w ogóle przeczyta. Tej nocy nie zmrużyła oka. Za oknem było jeszcze ciemno, gdy złożyła kilka zapisanych arkuszy i włożyła do koperty. (...) Objętość, jak na list z zakładu karnego, nie była też duża, zaledwie kilka kartek.
Dzień dobry, Panie Grzegorzu,
swój list do Pana rozpocznę słowami, że dziękuję Panu, że zajął się Pan sprawą niewinnie skazanego Tomasza Komendy. Moja sprawa od 16 grudnia 1997 roku nie pozwala mi normalnie żyć, funkcjonować, a co najważniejsze, to ja nie mogę udowodnić swojej niewinności, gdzie z całego serca pragnę udowodnić, że prawdziwi sprawcy są na wolności. Panie Grzegorzu, w sklepie, w którym doszło do morderstwa, nigdy nie pracowałam, zaczynałam pracę w butiku Ultimo na Nowym Świecie nr 42, a nie 36, gdzie doszło do morderstwa. Potem przeszłam do sklepu tej samej firmy Ultimo na ulicę Świętokrzyską 20, gdzie pracowałam ostatnie pięć i pół roku. Początki były obiecujące, dobra kasa, lata dziewięćdziesiąte, nawet dobrze im szło. Gdzieś w jakimś momencie coś się zaczęło psuć. Właściciele, bo było ich dwóch, zaczęli się kłócić, a nawet między sobą się bili, oczywiście poszło o pieniądze. Przez jakiś czas pracowałam w spółce u jednego ze współwłaścicieli, pana Artura, a Magdalena u pana Marka, ale cały czas to była ta sama spółka. Potem się jakoś rozeszli i chyba mieli osobne interesy. Ja już w sklepie na Nowym Świecie nigdy nie byłam, bo pracowałam na ulicy Świętokrzyskiej, a kierowniczka sklepu Magdalena właśnie przy ulicy Nowy Świat 36. Zupełnie nie znałam tego lokalu, nawet nie wiedziałam, jaki tam jest rozkład pomieszczeń, a już zupełnie, że tam są jakieś dwa wejścia, bo ja wcześniej pracowałam w sklepie na Nowym Świecie, ale pod numerem 42, a nie 36, gdzie doszło do morderstwa. Zeznawałam w tej sprawie i za każdym razem odpowiadałam, że nigdy nie byłam w tym sklepie, a zwłaszcza w dniu morderstwa. To kierowniczka przyczyniła się do mojego aresztowania, bo zrobiła tak zwany zakup kontrolowany i rzekomo ja nie nabiłam pieniędzy na kasę, tylko je ukradłam. Nigdy nic takiego nie miało miejsca. Oczywiście przyznam to, że wszyscy w sklepie kradli, ale nie ja, a stałam się ofiarą, pytanie tylko, dlaczego tak wysoką karę za to zapłaciłam i płacę nadal? Magdalena do końca nie była pewna na sto procent, że to ja strzelałam do niej i zabiłam jej męża. Mówiła w sądzie, że na dziewięćdziesiąt dziewięć uważa, że to ja, a jak sąd ją spytał, co z tym jednym procentem, to na to nie potrafiła odpowiedzieć. Z jej zeznań wynika, że weszłam od tyłu sklepu, ona mi otworzyła i prosto w nią skierowałam broń i wypowiedziałam słowa, że nie zabierzesz mi tej broni, bo za dużo za nią zapłaciłam. Dałam ponoć dziesięć tysięcy i w dodatku na Różyckim [bazar w Warszawie - dop. aut.] kupiłam ten pistolet. Biegli od broni wypowiedzieli się, że to jest niemożliwe, żebym trzymała ją w ręku niezabezpieczoną, boby mi wypaliła, ale nikt nie szukał tej broni. Nikogo to nie interesowało.
- Gdzie była ochrona, która zabezpieczała ten sklep?
- Dlaczego nikt się tym nie interesował?
- Dlaczego nie zabezpieczono mojej kurtki?
- Dlaczego nikt nie zbadał wątku denata, który tuż przed śmiercią przegrał przetarg, w którym startował, na ochranianie parkingów sieci Makro?
- Dlaczego nikt nie zapytał świadków, po co był mu kij bejsbolowy w bagażniku?
- Dlaczego nikt nie zainteresował się fałszywymi pieniędzmi zabezpieczonymi u niego w biurze?
- Dlaczego Magda przyjechała w ogóle tego dnia do pracy, mając dziecko z bardzo wysoką temperaturą?
- Dlaczego nikt nie zainteresował się tym, że jej mąż Dawid dostał strzał z przyłożenia tak, aby naprawdę zginął?
- Dlaczego nikt nie zastanowił się, że ja nie miałam obrażeń typowych związanych z bójką, a on miał?
- Dlaczego nikogo nie zastanowiło, że na moich ubraniach, skórze nie było śladów prochu, który zawsze, dziś już wiem, zawsze zostaje po wystrzale z broni palnej?
Panie Grzegorzu, mam milion pytań i milion teorii, ale pytanie sprowadza się do jednego. Dlaczego ja?
16 grudnia 1997 roku, ten dzień pamiętam jak dziś. O osiemnastej byłam umówiona w kancelarii w związku z moim zwolnieniem z pracy. Kancelaria mieści się przy ulicy Grochowskiej. Widziałam się z mecenasem, co potwierdził w zeznaniach. Później pojechałam na Bródno na kolację do rodziny Piotra, mojego przyjaciela, przecież świadek, człowiek z parkingu, na którym zaparkowaliśmy samochód, potwierdził to. Później z ulicy Malborskiej pojechaliśmy do kwiaciarni, zamówiłam tam ozdoby na choinkę. Potwierdzają to świadkowie. Potem byliśmy u rodziców Piotrka, oni też to potwierdzają, bo razem z nimi spędziliśmy wieczór. Co mogłam jeszcze udowadniać? Jak miałam się bronić? Jak miałam być na miejscu zbrodni, skoro byłam zupełnie gdzie indziej, co potwierdza wielu świadków?
Sprawa morderstwa w butiku Ultimo wcale nie jest trudna, jeżeli chodzi o moją niewinność, tylko czy ja miałam znaleźć prawdziwego sprawcę i podać go policji na tacy, skoro nie mam pojęcia, kim był? Wiem, że nie byłam nim ja.
Panie Grzegorzu, nie wiem, czy mi Pan uwierzy, ale starałam się opisać Panu początek mojej życiowej porażki z wymiarem sprawiedliwości, gdzie przez tyle lat nie mogę udowodnić, że jestem osobą niewinną. Że to nie ja zabiłam człowieka. Wiem, że nikomu już się nie chce grzebać przy tej sprawie, dla wielu ważne jest, że sprawca siedzi bez względu, czy jest winny, czy nie. Przykre jest to, że nasze prawo skazuje ludzi na poszlakach i to bardzo wątłych. Słowo przeciw słowu i to bez żadnych dowodów.
Panie Grzegorzu, moja mama, dopóki żyła, robiła wszystko, by udowodnić moją niewinność, może to głupio zabrzmi, ale chwytała się wszystkich możliwych sposobów, była nawet u jasnowidza, pana Jackowskiego. Zrobiła dla mnie wszystko, co tylko mogła, szkoda, że jej dziś tu nie ma, znaczy na tym świecie, ale to właśnie dla niej dziś muszę mieć tę siłę, żeby pokazać, jak bardzo wymiar sprawiedliwości pomylił się, może ten list do Pana piszę trochę dla niej.
Chciałabym Panu wszystko opowiedzieć, wszystko opisać, więc może piszę trochę chaotycznie. Chciałabym panu pomóc w odnalezieniu prawdziwych sprawców.
Gdy piszę do Pana, ściska mnie w środku, że jestem taka bezradna we własnej sprawie. Będę powoli kończyła. Mam nadzieję, że ten bardzo krótki opis sprawy sprawi, że zainteresuje się Pan moją historią. Jeżeli tylko zechce mi Pan pomóc, odpowiem na wszystkie Pana pytania. Dziękuję jeszcze raz za sprawę Tomka Komendy. Wiem, że jest Pan dobrym człowiekiem i zechce mi Pan pomóc. Serdecznie Pana pozdrawiam. Beata.
Cztery strony arkusza A4 na papierze w kratkę. Pisała już tyle razy do różnych dziennikarzy i nigdy nie otrzymała odpowiedzi.
Z jedną dziennikarką, zresztą kiedyś moją koleżanką, a dziś poczytną pisarką, spotkała się osobiście w zakładzie karnym w Grudziądzu. Ta zapewniała ją, że pomoże. Jakież rozczarowanie wzbudziła w Beacie książka Morderczynie, w której postawiono ją w jednym rzędzie razem z innymi najbardziej brutalnymi sprawczyniami morderstw. Czasami w chwilach beznadziei zastanawiała się, czy może jest jednak jedną z nich, ale szybko przychodziło otrzeźwienie. Słynne powiedzenie znanego zbrodniarza brzmi, że kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Ale nie dla niej. Pewnie więcej niż tysiąc razy usłyszała, że jest morderczynią, lecz o sobie nigdy tak nie pomyślała. Nawet nie kalkulowała, by się przyznać, co zapewne znacznie ułatwiłoby jej wcześniejsze opuszczenie zakładu karnego. Była w stanie spędzić tam jeszcze kilka lat, które jej zostało, choć mogłaby już wyjść na warunkowe przedterminowe zwolnienie. Wystarczyły dwa słowa, "przyznaję się", wyrażenie skruchy, by brama więzienna stanęła przed nią otworem. Zamiast tego postanowiła dalej walczyć w nierównej walce. Może dlatego napisała do mnie list.
Choć nie ma stuprocentowych danych, to niektóre badania wskazują, że w polskich więzieniach nie swoje wyroki odsiaduje od jednego do trzech procent osadzonych. Czy to dużo? Biorąc pod uwagę, że w naszych zakładach karnych średnio przebywa około osiemdziesięciu tysięcy osadzonych, to od jednego do trzech procent stanowi od ośmiuset do dwóch tysięcy czterystu osób. To może i nie jest porażająca liczba, ale dla tych ludzi to zatrważająca i dramatyczna sytuacja. W takiej bez wątpienia tkwiła cały czas Beata Pasik.
To był pierwszy, ale nie ostatni list od niej. Trochę się wahałem, czy w ogóle zająć się sprawą, byłem przekonany, że to nie będzie prosty temat, pamiętałem, ile mnie i moją rodzinę kosztowała sprawa Tomasza Komendy, ale po telefonie do zaprzyjaźnionej sędzi wiedziałem, że powinienem przynajmniej sprawdzić, czy to, o czym pisze kobieta, która twierdzi, że jest niewinna, ma cokolwiek wspólnego z prawdą. A jeżeli Beata Pasik mieści się w tym przedziale od jednego do trzech procent faktycznie niesłusznie skazanych? Tylko jak wytłumaczyć żonie, że znów brnę w jakąś sprawę, która do prostych, a już na pewno szybkich, nie należy. Ale pytanie o to, co sądzi, musiałem zadać.
- Jeżeli wiesz, że robisz dobrze i masz o tym pełne przekonanie, to my to wytrzymamy, ale pamiętaj, że masz też swoje życie i swoją rodzinę, nie możesz żyć wiecznie życiem innych ludzi, jak robisz to od wielu już lat. Wiem, wiem… ale nie angażuj się za bardzo. Co, jeżeli poniesiesz porażkę, ile będzie cię to kosztowało?
Byłem już po krótkiej rozmowie telefonicznej z Jackiem Pasikiem, bratem Beaty. Nawiązałem kontakt z Sylwią Kamińską, jej pełnomocniczką, która na sprawę trafiła zupełnie przypadkowo, ale postanowiła pomóc kobiecie. Zapoznałem się z aktami sprawy, które wysłała mi pani mecenas. Po przeczytaniu ich wiedziałem, że czas porozmawiać z Jarkiem, moim kolegą i szefem w jednej osobie. Powiedział tylko, że jeżeli mam takie przeczucie i dowody wskazują na to, że w więzieniu siedzi kolejny Tomasz Komenda, to mam zielone światło. Nie było na co czekać.
Z Jackiem umówiliśmy się kilka dni później w Warszawie, w kancelarii Sylwii Kamińskiej. Po rozmowie z nimi nie miałem już żadnych wątpliwości, że muszę się zająć tym tematem, choć byłem pewien, że nie będzie to sprawa z tych prostych, a "zagrzebię" się w niej na miesiące, o ile nie na lata. (...)
Posłuchaj: