,
Obserwuj
Świat

Amerykański nalot na fabrykę Hyundaia: pracownicy uciekali przez płot, światowy biznes w osłupieniu

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
15.09.2025 14:28

Na lotnisku w Incheon pod Seulem wylądował samolot z południowokoreańskimi pracownikami, aresztowanymi niedawno w Stanach Zjednoczonych. Ich zatrzymanie w fabryce Hyundaia w sercu amerykańskiego stanu Georgia wstrząsnęło relacjami tych krajów.

Pracownicy Hyundaia na lotnisku w Incheon
Pracownicy Hyundaia na lotnisku w Incheon
fot. ANTHONY WALLACE/AFP/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego Koreańczycy budują fabryki w USA?
  • Jak zatrzymanie pracowników wpłynie na ich uruchomienie?
  • Co wspólnego ma z tym Polska?

Po pracowników poleciał minister spraw zagranicznych Korei. Budowali oni kompleks przemysłowy w samym sercu amerykańskiego stanu Georgia. Kompleks jest wielki, częściowo już zbudowany, ma zagranicznego inwestora i zatrudnia ponad tysiąc osób. Należy do południowokoreańskich narodowych czempionów biznesowych. Czyli do Hyundaia oraz LG. Obie firmy to światowa czołówka inwestorów zagranicznych. Swoje zakłady na wyścigi budują za Oceanem, ale potentatem już wcześniej byli w Europie, w tym w Polsce. W Ameryce stawiają na motoryzację, a w kompleks przemysłowy w Georgii włożyli rekordowe 9 miliardów dolarów. Skąd ta gwałtowna miłość do Stanów? Chodzi o chaotyczną politykę handlową i skokowo rosnące cła na towary importowane do USA. Przez to bardziej opłaca się zbudować w Ameryce fabrykę od podstaw niż wozić gotowe auta z Korei Południowej płacąc za nie podatki tak wysokie, że trudno później towar sprzedać z zyskiem. I dlatego Koreańczycy postawili na amerykańskie inwestycję, przy okazji stawiając na siebie. Zakład pod Savannah budują sprowadzając specjalistów z kraju.

Informację o nalocie na Hyundaia podała amerykańska agencja Associated Press. Niepozorna wiadomość składająca się początkowo z jednego akapitu wstrząsnęła amerykańską opinią publiczną i amerykańskim biznesem, choć nie tylko amerykańskim. Fabryka jest wielka, jej nowa część bateryjna wciąż jest w budowie. Ma dostarczać akumulatory do produkowanych w Stanach Zjednoczonych aut elektrycznych Hyundaia. Była przedmiotem dumy władz stanowych. Oraz dowodem zaangażowania Korei Południowej w rozwój amerykańskiej gospodarki. W zamian za większą przychylność handlową dla koreańskich towarów eksportowanych do USA.

Koreańskie auta w natarciu

Bo samochody marek pochodzących z Korei Południowej są jednymi z najchętniej kupowanych przez Amerykanów. Są konkurencyjne cenowo i przy okazji nowoczesne. Ta popularność Koreańczyków stała się zresztą solą w oku rządu Donalda Trumpa. Bo gdy sprzedają się auta koreańskie to nie sprzedają się amerykańskie. Stąd cła na wszystko co do Ameryki wjeżdża z Korei na czterech kołach i zapewnienia Seulu o wielomiliardowych inwestycjach. Jedną z nich był kompleks pod Savannah w stanie Georgia. Do którego w czwartkowy poranek wpadły zastępy uzbrojonych po zęby agentów federalnych, którzy wezwali do natychmiastowego zatrzymania prac na budowie. Prace stanęły, pracownicy koreańskich firm rozbiegli się w popłochu, część skakała przez płoty.

Zatrzymano prawie pięćset osób, bez ważnych wiz, większość to obywatele Korei Południowej. Wszyscy zostali zakuci w kajdanki i wtrąceni do aresztu, by czekać tam na wydalenie. W tym czasie po drugiej stronie globu w trybie nagłym zebrał się rząd. A południowo koreański prezydent wynajął samoloty do przywiezienia rodaków do domu. Amerykańskie media wypełniły zaś obrazki koreańskich budowlańców w kamizelkach z logo jednej z największych firm motoryzacyjnych na świecie, skutych i wciśniętych do policyjnych więźniarek. Dlaczego te obrazki wprawiły światowy biznes w osłupienie?

Zatrudniajcie Amerykanów

Z dwóch powodów. Po pierwsze: celem akcji agentów federalnych była wielka, renomowana firma prowadząca w USA legalne interesy, namawiana przez amerykański rząd do inwestowania tam miliardów. Dla obu koreańskich koncernów - Hyundai i LG - zatrzymanie ponad jednej trzeciej pracowników na miejscu budowy to realna strata. Hyundai, któremu LG miał dostarczać samochodowe baterie z nowej fabryki - musi sobie znaleźć innych dostawców. I płacić więcej za sprowadzanie akumulatorów z zagranicy. LG przesunął termin oddania zakładu do użytku o pół roku. I to w wersji optymistycznej. Bo na budowie nie ma kto pracować. Specjalistów na ma na miejscu. Nie da się ich szybko sprowadzić z Korei, bo procedury wizowe trwają wiele miesięcy. Co zresztą miało być przyczyną ich omijania. I sprowadzania do Savannah koreańskich inżynierów na wizy turystyczne.

I po drugie: Ameryka nie ukrywa - chcecie wpierać swoje biznesy - zatrudniajcie Amerykanów. Nawet jeśli nie mają odpowiednich kwalifikacji. Bo - podobno - można ich wszystkiego nauczyć. Ten transfer wiedzy powinien być dla zagranicznych inżynierów najważniejszym zadaniem. Więc przyjeżdżać powinni na krótko. A potem szybko wyjeżdżać i już nie wracać. Bo nie będą potrzebni. Prócz namawiania Ameryka ma inne skuteczne narzędzie - policję migracyjną i politykę wizową. Których - jak widać - nie waha się użyć.

Polska już to przerabiała

Model z masowym importem pracowników z zagranicy nie jest nieznany w Polsce. W ten sposób budowano Polimery Police czy zakłady Orlenu pod Płockiem. Koreańczycy postawili swoje zakłady na Dolnym Śląsku, w Brzegu budują fabrykę podzespołów do aut KIA i Hyundai. Przy okazji koreańskie organizacje biznesowe skarżą się na przedłużające się polskie procedury wizowe. Czyli u nas - tak jak w Ameryce.