,
Obserwuj
Świat

Głód w oblężonym Leningradzie. "Uznali, że klej stolarski nadaje się do jedzenia"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
06.01.2026 20:52

"Niektórzy z braku jedzenia i nadmiaru martwych ciał dookoła posuwali się do kanibalizmu. Już w listopadzie na targowisku na Placu Siennym pojawiły się w sprzedaży kotlety z mielonego mięsa. Niektórzy sądzili, że było to mięso ludzkie, wycięte z trupów; sprzedawcy zaprzeczali, tłumacząc, że pochodziło z koni, psów i kotów, Inni jedli ludzi z pełną świadomością" - pisze Simon Parkin w książce pt. "Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu".

Wrzesień 1941 rok. Leningrad. Płonące budynki przemysłowe nad Newą
Wrzesień 1941 rok. Leningrad. Płonące budynki przemysłowe nad Newą
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu" autorstwa Simona Parkina w tłumaczeniu Magdaleny Papuzińskiej-Mill, która ukaże się 28 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Znak Literanova.

Latem 1941 roku niemieckie wojska otoczyły Leningrad i na prawie trzy lata całkowicie odcięły miasto od dostaw żywności. Z głodu zmarło wtedy co najmniej 750 tysięcy osób – niemal co trzeci mieszkaniec miasta. Można było temu zapobiec.

Gdy w ogromnym pośpiechu ewakuowano znajdujące się w Ermitażu największe dzieła sztuki, nikt nie myślał o ochronie drogocennych nasion, przechowywanych w Instytucie Roślin po drugiej stronie ulicy. Zasoby, które zgromadzono w pierwszym w historii banku nasion, mogły uratować nie tylko Leningrad, ale wystarczyłyby do wyeliminowania głodu na całym świecie.

O tym, jak bezcenny był to skarb, wiedzieli nie tylko pracujący tam naukowcy, ale też Niemcy, którzy za wszelką cenę chcieli przejąć kolekcję. W mieście, w którym na ulicach ludzie umierali z głodu, botanicy chronili przed kradzieżą i szczurami tony żywności. Stawką były nie tylko lata ich pracy, ale i los przyszłych pokoleń.

***

(...) Głód stał się dominującym uczuciem, obsesją, która wypierała wszystkie inne myśli i rozterki. Gospodarstwa domowe dostawały coraz mniej chleba. W sumie niecałe dwa i pół kilograma jedzenia na miesiąc - co odpowiada objętości dwóch niedużych batoników dziennie. Ludzie zostali zmuszeni do zużywania zapasów ryżu i makaronu zachomikowanych w spiżarniach. Ci, którzy przeżyli głód wcześniej, podczas rewolucji październikowej i potem kolejny w latach trzydziestych, potrafi li dzielić swoje racje na mniejsze porcje. W przerwach między maleńkimi posiłkami wkładało się do ust chleb i trzymało jak najdłużej przed połknięciem, co pomagało przekonać głębokie partie mózgu, że nie grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo.

W grudniu porcje chleba zawierały niewiele więcej niż pięć procent mąki. Resztę stanowiły wypełniacze o znikomej kaloryczności. Grupa leningradzkich naukowców próbowała użyć procesu hydrolizy do przerabiania celulozy uzyskanej z drewna i bawełny na substancje zdatne do jedzenia. Otrzymane produkty dodane do chleba zwiększały jego masę i objętość, ale nie miały żadnej wartości i wywoływały ból brzucha.

Troski typowe dla czasów pokoju i dostatku - utracone miłości, niewykorzystane okazje, niewypowiedziane słowa - odeszły w niepamięć, bo ustąpiły miejsca żalom z powodu niegdysiejszej rozrzutności. Głodujących dręczyły wspomnienia każdego niedojedzonego posiłku, każdej wyrzuconej skórki czy przeoczonej obierki od ziemniaka.

"Myślę, że prawdziwym życiem jest głód, a cała reszta to miraże", pisał rosyjski językoznawca Dmitrij Lichaczow w pamiętnikach z oblężenia. "W czasach głodu ludzie się odkrywają, obierają, uwalniają od wszelkich błyskotek". Lichaczow rozpamiętywał swoje dawne zaniedbania: "[czułem] tyle wyrzutów sumienia i rozpaczy, jakbym zamordował własne dziecko". Leżąc w łóżku, myślał tylko o jednym, "aż głowa zaczynała (…) pękać". Oczyma umysłu widział konserwy rybne na sklepowych półkach. "Dlaczego ich nie kupiłem! Dlaczego kupiłem w kwietniu tylko jedenaście butelek tranu i krępowałem się pójść do apteki po raz piąty, żeby wziąć jeszcze trzy? Dlaczego nie kupiłem jeszcze kilku tabliczek glukozy z witaminą C!", pisał.

"Zakazany ogród Stalina. Jak naukowcy (nie) uratowali mieszkańców Leningradu", Simon Parkin
fot.

Znak Literanova

Chude miejskie racje żywieniowe były niewystarczające, by utrzymać przy życiu ludzkie organizmy. A że wszystkie domowe spiżarnie zaczynały już świecić pustkami, mieszkańcy zwrócili się ku substytutom rzadko wcześniej branym pod uwagę. Pomysłowi kuchmistrze odkryli, że sprasowane w bloki zazwyczaj podawane bydłu łuski siemienia lnianego, bawełny, konopi lub słonecznika można utrzeć, usmażyć i przerobić na coś w rodzaju placków. Niektórzy uznali, że klej stolarski, zrobiony z kości i kopyt zwierząt rzeźnych, po ugotowaniu z liśćmi laurowymi i wymieszaniu z octem lub musztardą niemal nadaje się do jedzenia. Sąsiedzi włamywali się do pustych mieszkań osób ewakuowanych, przeszukiwali szafy i szuflady, by wygrzebać choćby najdrobniejsze i spleśniałe resztki. Brano pod uwagę wszystko, co może zawierać jakiekolwiek kalorie: lekarstwa na kaszel, proszek do mycia zębów, krem na odmrożenia, olej maszynowy. Nie gardzono żadnym z tych substytutów, choć niektóre powodowały bolesne skutki uboczne.

Pewna nastolatka zapisała w dzienniku: "Zamieniam się w zwierzę. Nie ma gorszego uczucia niż to, gdy wszystkie myśli skupiają się na jedzeniu". Wraz ze spadkiem temperatury otoczenia, gdy człowiek zaczyna się trząść z zimna, a ciało wytwarza brązową tkankę tłuszczową, która służy do ogrzewania organizmu, rośnie zapotrzebowanie na kalorie niezbędne do podtrzymania sił życiowych. Racje żywieniowe, i tak już drastycznie ograniczone, musiały teraz wystarczyć na zaspokojenie większych potrzeb energetycznych niezbędnych do przeżycia.

Głodowanie to ogień, który zżera od środka. Gdy dostawa kalorii jest drastycznie mniejsza niż potrzeby energetyczne podstawowych systemów organizmu, ciało zaczyna spalać samo siebie. Węglowodany, tłuszcze i w końcu białka, które są budulcem tkanek - wszystko idzie do pieca. Metabolizm zwalnia. Organizm przestaje regulować własną temperaturę. Wkrótce traci on zdolność dostarczania najważniejszym organom i tkankom niezbędnych składników odżywczych. Serce i płuca się kurczą, więc ciało nie jest w stanie zmusić się do wysiłku. Umysł pozwala angażować się tylko w działania, które mogą pomóc przeżyć. Jedna z ocalonych zauważyła: "Pod względem psychicznym łatwiej mi było wtargać wiadro wody po schodach, niż sięgnąć po temperówkę do ołówka".

Mózg, póki jest w stanie, dostarcza zasoby odżywcze sobie samemu, ale w końcu on też zaczyna się kurczyć, co prowadzi do utraty zdolności jasnego myślenia, a niekiedy też do zmiany osobowości. "[Głód] dawał człowiekowi ochronną obojętność, pod jej osłoną łatwiej było umrzeć", pisała literaturoznawczyni Lidia Ginzburg, która mimo wszystko znajdowała siły, by notować swoje spostrzeżenia. Zanikanie mięśni wywołuje przytłaczające uczucie słabości i wyczerpania. Umysł błądzi. Pojawia się irytacja. Halucynacje. Konwulsje. Serce zaczyna bić nieregularnie, a potem całkiem przestaje.

Redakcja poleca

Wojna zostawiała ślady nie tylko w postaci przydrożnych lejów po bombach, ale też mniejsze i intymniejsze, jak siniaki, plamy i znamiona na skórze. Niedożywienie pozbawiało mieszkańców miasta płci i ich cielesnej formy; zamieniało kobiety i mężczyzn w androgyniczne widma z kończynami sterczącymi jak gołe kości. Nikt nie poznawał w lustrze własnej twarzy. "Siedząc, stojąc czy leżąc, wciąż nie mogę zapomnieć, jaki jestem skrajnie wychudzony. Szczególnie bolesne jest zanikanie pośladków, jedynego naprawdę wyróżniającego się aspektu mojej osoby, z którego byłem bardzo dumny", pisał jeden z naukowców z Ermitażu, który mimo wszystko starał się zachować poczucie humoru.

Degradacja fizyczna poprzedzała zapaść psychiczną. Umysł był twierdzą, której należało bronić, by całkiem się nie rozpaść. Ginzburg opisała przygnębiające uczucie, gdy człowiek budzi się rankiem, by powitać nowy dzień, i od razu sobie uświadamia, że jest "podłączony do serii nieustannie odnawiających się nieszczęść".

Rodzajów reakcji na głód było tyle, ile typów głodujących ludzi. Matki dzieliły swoje dzienne racje na mniejsze części i karmiły nimi dzieci przez cały dzień, by stworzyć iluzję obfitości. W pewnym sierocińcu dzieci kręciły kulki z chleba i chowały je do pudełek po zapałkach. "Dzieci traktowały chleb, jakby to było jakieś wyszukane jedzenie, i delektowały się każdym kąskiem, jedzenie go trwało godzinami", zanotowała jedna z opiekunek. Był to mizerny sposób podtrzymania iluzji rytuału spożywania trzech posiłków dziennie, co w obliczu braku prawdziwego jedzenia dawało może choć odrobinę psychicznego wsparcia.

Szybko się okazało, że najwrażliwszymi elementami całej populacji są osoby starsze i niemowlęta. Głodujące matki traciły pokarm. "Mleko mi wyschło", pisała w dzienniku młoda matka. Każdego wieczora wypijała dzbanek wody, ale nic to nie pomagało. "Lena szlocha i tarmosi moją pierś jak małe zwierzątko (biedulka!). Teraz cały olej i cukier, jaki dostajemy na kartki, oddajemy jej".

Niektórzy ludzie wiedzieli, że umierają, i dzielili się swoim chlebem z innymi. Matki przekazywały własne racje głodującym dzieciom, nawet przygarniętym sierotom. Ten, kto się dzielił, wiele poświęcał. Inni żyli bardziej samolubnie: kradli jedzenie i polowali na bezdomne zwierzęta. Dziewczynka, której matka nie była w stanie podnieść się z łóżka, sama poszła po dzienną rację. Dostała chleb i już wracała do domu, gdy jakiś chłopiec wyrwał jej jedzenie z ręki i wpakował je sobie do ust. Złapali go świadkowie i bili, próbując odebrać mu chleb. Jakaś młoda kobieta, widząc puste oczy chłopaka i krew płynącą mu z ust, błagała tłum, by dał mu spokój. "Nie dotykajcie go! Zostawcie!", krzyczała.

Redakcja poleca

Pierwotna potrzeba przetrwania wystawiała na próbę moralność. W listopadzie nastoletni chłopiec napisał w dzienniku o matce przyjaciela: "nazwała mnie kompletnym idiotą, bo nie kradnę żywności naszym sąsiadom". Ona wręcz przeciwnie - "nie myślałaby nawet dwa razy". Tym niemniej liczni z tych, którzy przetrwali, zaczynali wierzyć, że przeżyli tylko dlatego, że byli mało skorzy do dzielenia się i poświęceń.

W skrajnych przypadkach zdesperowani ludzie posuwali się do zabójstwa. W pewnym hostelu szesnastoletni mechanik został zabity przez kolegę z pracy, gdy pochwalił się, że wymienił się talonami na jedzenie na kilka dni. Osiemnastolatek, który stracił pracę, a razem z nią swoje kartki żywnościowe, zabił siekierą dwóch młodszych braci. Gdy próbował pozbawić życia matkę, został aresztowany.

Niektórzy z braku jedzenia i nadmiaru martwych ciał dookoła posuwali się do kanibalizmu. Już w listopadzie na targowisku na Placu Siennym pojawiły się w sprzedaży kotlety z mielonego mięsa. Niektórzy sądzili, że było to mięso ludzkie, wycięte z trupów; sprzedawcy zaprzeczali, tłumacząc, że pochodziło z koni, psów i kotów, Inni jedli ludzi z pełną świadomością. Pewien mężczyzna, spacerując nocą po cichych ulicach, natknął się na głowy mężczyzny, kobiety i dziewczynki, która wciąż miała jasne włosy zaplecione w warkocze. Ich ciała, jak się domyślił, zostały zabrane do przerobienia. Na ulicach "często widziało się ciała z wyciętymi pośladkami", zapisał inny naoczny świadek.

Gdy uczniom mieszkającym w szkolnym internacie nie zapewniono na grudzień kartek żywnościowych, przez trzy tygodnie żywili się oni mięsem schwytanych zwierząt. W wigilię Bożego Narodzenia kilku z nich zaczęło zjadać ciało kolegi, który umarł z głodu. Trzy dni później zniknął inny uczeń - jego ciało potraktowano w taki sam sposób. Jedenastu uczniów zostało później aresztowanych i oskarżonych o kanibalizm. Wszyscy przyznali się do winy. Dwudziestoczteroletnią pielęgniarkę aresztowano za wynoszenie amputowanych kończyn z sali operacyjnej, jak napisano w akcie oskarżenia. W połowie zimy Jelena Koczyna zabrała córeczkę do lekarza w klinice. Ułożyła dziecko na stole i czekała na doktora. Wtedy podeszła do nich pielęgniarka i szepnęła: "Niech pani nie spuszcza oka z dziecka. Mieliśmy tu już przypadku porwań". (...)

Posłuchaj: