Rosyjski jeniec mówi, dlaczego poszedł na wojnę. "Może i ja miałem mózg wyprany"
Igor Wasiljewicz, rosyjski jeniec wojenny, sam zgłosił się na front. "Starszy syn miał szesnaście lat, rozumie pan. I ja już wtedy rozumiałem, że to nie jest jakaś tam lokalna tryumfalna wojenka, tylko że idzie mobilizacja… I nie chciałem, żeby miało wyjść tak, że będę sobie siedział w kuchni w bamboszach, a tu syn wchodzi z wezwaniem do wojska. I co ja mu powiem?" - tłumaczył swoją decyzję w rozmowie z Michałem Gołkowskim, autorem reportażu "Russkij mir".
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Russkij mir" autorstwa Michała Gołkowskiego wydanej 26 listopada 2025 roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów Sp. z o.o.
(...) Piszę książkę o psychologii współczesnego rosyjskiego żołnierza. Polityka mnie w tej chwili absolutnie nie obchodzi. Ja tu przyjeżdżam zainteresowany człowiekiem, wyłącznie człowiekiem. Nie interesuje mnie nazwisko, imię i otczestwo, stopień ani funkcja, nie pytam o numer jednostki ani oddziału. Interesuje mnie człowiek w warunkach konfliktu zbrojnego. Ja pewnie będę mówił o wojnie, pan o specjalnej operacji…
Uhm…
Każdy ma, że tak powiem…
Wie pan co, mnie się wydaje, że słowo "wojna" wyrywa się z ust już nawet i samych rosyjskich polityków. Z pieśni słów się wyrzucić nie da. To jest wojna.
Tak jak mówiłem, ja chcę pisać o człowieku. Częściowo o rysie psychologicznym, częściowo o tym, na ile to się zgrywa, albo raczej nie zgrywa, z oficjalną linią propagandy, nazywając rzeczy po imieniu.
Propaganda z obu stron jest. Jak tu trafiłem, to często przed telewizorem siadałem i to chyba było błędem, bo cały czas się słyszało o tym, że ten ruski żołnierz, ruski człowiek jest zombifikowany przez Kreml czy przez kogo tam, że nie mamy pojęcia, co się na świecie dzieje… Ja nawet dopuszczałem do siebie taką myśl, ale jak pooglądałem te wiadomości takie ukraińskie, to do mnie dotarło, że to się w sumie dużo nie różni. Więc propaganda z obu stron działa, ale może to i słusznie? Dowolne państwo powinno przecież tłumaczyć swoje racje, pokazywać swój punkt widzenia, więc no… Jeden to nazwie zombifikacją, inny manipulacją społeczeństwem, ale nazywaj to, jak tylko chcesz, rezultat ten sam: jest pewna oficjalna linia, w kierunku której wszystkich ciągną.
Pozwoli pan, że zadam panu takie klasyczne pytanie, które słyszy bodajże każdy, kto trafia w niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie: kim ty w ogóle jesteś, tak życiowo?
Ojej. Jak dla emerytowanego milicjanta, to jest takie pytanie mocno zahaczające o półświatek przestępczy… Ale tak ogólnie, to jestem ojcem, mężem, ale też byłym milicjantem. Zdarzało się pracować i w drogówce, ale przez większość czasu byłem oficerem śledczym wydziału kryminalnego. Zrobiłem po drodze studia podyplomowe, pedagogiczne, i teraz wykładowcą jestem. Uczę dzieciaki w technikum podstaw bezpieczeństwa i wiedzy o społeczeństwie, taki nietrudny przedmiot, w sumie - co i jak robić, żeby przetrwać w świecie, a przy okazji innym nie zaszkodzić.
Ależ mi się grupa badawcza trafiła! Już od rana miałem pełne spektrum ludzi, ale widzę, że będzie pan wisienką na moim torcie… I jak pan tutaj trafił, Igorze Wasiljewiczu?
Kontrakt podpisałem…
Sam, z własnej woli?
No tak, a jak by mnie zmusili? Przecież nie będę się migać…
Nie no, powiedzmy sobie to otwarcie: każdego da się zmusić do wszystkiego.
Zgoda. Faktycznie, może było tutaj kilka czynników… Przede wszystkim jestem wykładowcą, jak mówiłem, więc uczę te dzieciaki z technikum patriotyzmu, opowiadam im o miłości do Ojczyzny i takich tam.
No i jak mi wstaje łepek na lekcji i mówi, że jego wujek walczy w specjalnej operacji, a tego tata walczy, a tego brat starszy, a ja im tylko opowiadam, jak trzeba żyć dobrze… No to jak to wygląda? Od razu mają takie wrażenie, że się stary dziad ustawił dobrze, gada tylko, ale nic robić nie musi. To po pierwsze tak, ale wcale nie chodziło o to, żeby komukolwiek cokolwiek udowadniać. Chyba najważniejsze w tym, jakkolwiek głupio by to zabrzmiało dla współczesnych mas, ja tutaj teraz nie zmyślam nic, tylko mówię faktycznie, jak było, to chyba najwięcej to był nacisk ze strony Cerkwi chyba. Ja co prawda wierzę, owszem, w niedzielę do cerkwi chodzę, ale to jest moje prywatne, osobiste. Dzieci moich nie zmuszam, żeby klepały pacierze czy się przed posiłkiem żegnały, ja im cerkiew po prostu pokazałem, drogę pokazałem, a reszta to ich wybór. Tym bardziej że prawosławie to taka religia narodzona w stajence, więc nie wymaga czołgania się na kolanach…
Mocne słowa o religii, która wzniosła chociażby sobór Wasyla Błogosławionego.
"Narodzona" w stajence, a nie mieszkająca tam, zwracam uwagę. No więc te dwie rzeczy i do tego jeszcze obrona tej ludności rosyjskojęzycznej… Może i ja miałem mózg wyprany, nie wiem, to możliwe. Jeszcze nie doszedłem do ostatecznych wniosków. Żeby to wszystko poukładać i ocenić, czy dobrze zrobiłem, czy źle, to muszę wrócić do siebie, do domu. Siąść sobie spokojnie w kącie, powietrze z płuc wypuścić w końcu, a potem to jakoś spróbować wszystko ułożyć. Teraz to jest tak, że tu człowiek widzi płomienie, a tutaj las, za duży kontrast. Żeby ten obrazek się pokazał, że siedzą ludzie przy ognisku i pieką mięso na rożnie, a tam księżyc świeci, to trzeba na to czasu, trzeba dystansu do tego, na co się patrzy. Ja teraz widzę tylko tyle, że wtedy widziałem kawałek, teraz jakiś kawałek widzę stąd, a całość tego… Nie wiem, może i nigdy całości nie zobaczę.
Ja na pana tak patrzę, bo widzę, że pan w zasadzie podsuwa mi gotowe wnioski do książki…
Niedawno czytałem tutaj… Mają tutaj stosunkowo nie najgorszą bibliotekę, wie pan? I czytałem Rok dziewięćdziesiąty trzeci Wiktora Hugo, o tych komunach białych, niebieskich, tych wszystkich siłach rewolucyjnych, które doprowadziły do rewolucji francuskiej. I tam jedno z ugrupowań się nazywało "żołnierze-filozofowie", ciekawa taka nazwa, bo z jednej strony człowiek jest tym, z drugiej tamtym… Tutejsze jedzenie, rozumie pan, jest może nie to, że słabe, ale cokolwiek ascetyczne, więc człowiek bardziej skłania się ku rozmyślaniom.
No dobrze, więc kim się pan czuje z punktu widzenia tożsamości?
Ruski człowiek.
Ruski?
Nic mniej, nic więcej. Prosty, zwykły ruski człowiek. Nie jakiś tam "wielki ruski", nic takiego. Taki sobie ruski człowiek, siedzi sobie jak ten niedźwiedź w gawrze… Nic od nikogo nie chce, tyle tylko, że czasem może sprawiać kłopoty, bo niezgrabny potrafi być, więc jak się obróci, to kogoś przypadkiem może zahaczyć.
A jaka jest różnica: Ruski - Rosjanin?
Ach, o to pan pyta… Rosjanin to faktycznie. Ja przecież trzydzieści lat w Soczi mieszkałem, a tam jest sto osiemdziesiąt narodowości: Gruzini, Abchazi, cały Kaukaz… I tak, Rosjanin a Ruski, więc on ma swoją religię, swoje tradycje, swój jakiś kod ubioru, ale jest Rosjaninem, więc żyje w ramach tego państwa, w ramach ideologii i możliwe, że… Chociaż nie, nie tak. To jest ktoś, kto żyje w ramach tego państwa i ma prawo się wypowiadać: albo się zgadza, albo nie zgadza. To jest Rosjanin. No a Ruski to… To człowiek ruski duchem, który się urodził, ma ojca Ruskiego, matkę Ruską. Chociaż ze mną to też nieproste jest w sumie. Dziadek mój był niebieskookim Niemcem nadwołżańskim, żony dziadek miał na imię Łazarz, więc skąd on był, to jasne - moi Niemcy, jej Żydzi, a babcia na nazwisko miała Poliakowa, więc to chyba jakaś Białoruś by była, albo i Polska. A ja mówię, że Ruski jestem, kiedy tu Niemcy, tam Żydzi, może i jakaś Polska, a ja Ruski. No Ruski, tak… takie uogólnienie.
Mówił mi pan, dlaczego poszedł walczyć, to już wiem. Ale oddzielmy przyczynę od skutku zamierzonego: po co? W imię czego?
Starszy syn miał szesnaście lat, rozumie pan. I ja już wtedy rozumiałem, że to nie jest jakaś tam lokalna tryumfalna wojenka, tylko że idzie mobilizacja… I nie chciałem, żeby miało wyjść tak, że będę sobie siedział w kuchni w bamboszach, a tu syn wchodzi z wezwaniem do wojska. I co ja mu powiem? Trzymaj się, synku, będzie dobrze? No nie. Lepiej, żebym sam najpierw poszedł. Z żoną się przemówiłem, tam nie było żadnych awantur, nic… Ja mam czworo dzieci. Jak szedłem walczyć w specjalnej operacji, to najmłodszy syn pół roczku kończył, starszy szesnaście lat miał. Ja tu się nie staram stroić w piórka ani nic takiego. Po prostu się wystraszyłem, że to może dotknąć moich dzieci. I jeszcze było takie… Ja nie zmyślam teraz, szczerą prawdę mówię. Zbierałem już swoje papiery ze szkoły, sprzątałem gabinet. No i ja zbieram te papiery, a tu wchodzi mój dyrektor i mówi: Igorze Wasiljewiczu, po co się tam pchacie? Macie przecież zwolnienie ze służby z ramienia szkoły, jako wykładowca… A ja swoimi myślami zajęty byłem, już o wyjeździe myślałem i tak mu rzuciłem, nawet bez zastanowienia: bronić siebie i innych. Skąd mi się to wzięło, skąd mi się to wyrwało? Nie mam pojęcia. Ale tak myślę, że to jest właśnie to, żeby bronić siebie i innych. I niech mi pan uwierzy, że ja tu nie próbuję nic koloryzować… Ja tu nie szedłem, żeby zajmować czyjeś ziemie, nie dla pieniędzy, nie dla… Ale skoro już tak szczerze rozmawiamy, niech będzie, bo i tak już popłynąłem, trudno. Kiedy do komendy uzupełnień przyszedłem, jak już kontrakt podpisałem, to tam inni też siedzieli, mówią: co, dla pieniędzy? Ja mówię: nie, nigdy w życiu, dom w Soczi dopiero co sprzedałem, po milionie rubli każdemu dzieciakowi na konto przelałem. Oni do mnie: a, to pewnie karany byłeś, chcesz sobie papiery wyczyścić. Nie, mówię, niekarany jestem, były milicjant. Oni na mnie patrzą: ty pie******ęty jakiś jesteś? Rozumie pan? Właśni ludzie się mnie pytają: pie******ęty? Trafiłem tutaj, do więzienia, tutejsi do mnie: pie******ęty jesteś? I na to wychodzi, że dla wszystkich wokół pie******ęty jakiś jestem… Chyba tak. Nie wiem, może się sam w tym pogubiłem, pojęcia nie mam. Ale jak pan chciał szczerze, to ja z panem szczerze mówię. Najwyraźniej pie******ęty jestem. Poszedłem bronić siebie i innych. I nie potrzebowałem do tego ani Odessy, ani Kijowa, ani dzieci obdartych ze skóry, powieszonych na drzewach. Ja po prostu przyszedłem, żeby bronić tych ludzi, co chcą z Rosją… Albo i oddzielnie co chcą, co inną chcą być republiką, tym całym Ługańskiem chociażby, proszę bardzo. Ługańska przyszedłem bronić, przyszedłem bronić tej cerkwi, tego krzyża. Koniec. Więcej mi nie było nic potrzeba. Pie******ęty jak nic. (...)
Posłuchaj: