"Mieli jeden wybór: spalić się żywcem albo skoczyć". Poruszające wspomnienia światka zamachów na WTC
- Usłyszałem olbrzymi wybuch, podniosłem oczy do góry i nad moją głową ukazała się olbrzymia kula ognia - tak Marcin Tuliński wspominał w TOK FM zamachy na WTC. Był świadkiem wydarzeń, bo pracował tuż obok World Trade Center.
W zamachach, do których doszło dokładnie 25 lat temu w USA, zginęło 2996 osób. 11 września 2001 roku terroryści z organizacji Al-Kaida uprowadzili cztery samoloty. Dwa wbiły się w wieże World Trade Center w Nowym Jorku, trzeci uderzył w gmach Pentagonu. Ostatni rozbił się w Pensylwanii dzięki interwencji pasażerów, którzy próbowali przejąć kontrolę nad maszyną.
Marcin Tuliński to jeden ze świadków tamtych tragicznych wydarzeń. Mieszkał wówczas w Nowym Jorku, pracował w banku inwestycyjnym Merrill Lynch, który miał siedzibę w World Financial Center po drugiej stronie ulicy od WTC.
Gdy doszło do zamachu Tuliński jechał metrem do pracy. Kiedy dojechał do stacji końcowej i wysiadł z wagonu, to usłyszał, jak ludzie mówili, żeby nie wychodzić w podziemia, bo jest tam bomba.
- Tłum biegł w moją stronę i nie pozwolił mi zrobić niczego innego, jak tylko odwrócić się i biec razem z nim - wspominał w TOK FM.
Rozmówca Adama Ozgi mówił, że o tym, co się dzieje, dowiedział się dopiero po uderzeniu drugiego samolotu. Chciał dodzwonić się do rodziny i wszedł do restauracji. - Tam zobaczyłem w telewizorach dwa samoloty uderzające w WTC, trzeci w Pentagon i czwarty zaginiony. Jak (wcześniej) usłyszałem głosy przechodniów, że samolot uderzył w wieżę, to nie byłem w stanie tego pojąć (...). Myślałem, że to wybuch gazu, cokolwiek innego. Nie było to dla mnie realne, żeby to był samolot - przyznał.
- Usłyszałem olbrzymi wybuch, podniosłem oczy do góry i nad moją głową ukazała się olbrzymia kula ognia i odłamki, które spadały w naszą stronę - powiedział gość "TOK 360".
- Pierwszy odruch to jest ucieczka. Po chwili, kiedy się trochę uspokoiłem, chciałem (...) sprawdzić, czy wszyscy moi koledzy wyszli z budynku, czy jest ok. I idąc w stronę biura, widziałem dwie płonące wieże, widziałem skoczków (ludzi uwięzionych w budynkach WTC, którym uderzenie samolotów i pożar odcięły drogi ucieczki). Przy pierwszym żołądek podszedł mi pod samo gardło. To jest makabryczny widok. Mieli jeden wybór: spalić się żywcem albo skoczyć do swojej śmierci. Widziałem parę; kobietę i mężczyznę, którzy trzymali się za ręce i skoczyli razem - wspominał Marcin Tuliński.
Mężczyzna cały czas był nieopodal WTC, gdy wieże zaczęły się walić. Gdy zaczął uciekać, to - jak mówił - "nagle zrobiło się ciemno, jak w nocy". W tym momencie pierwsza z wież zaczęła się walić.
- Nade mną usłyszałem samolot. bałem się, że to jest ten czwarty (uprowadzony), który był zaginiony. Ale to były na szczęście F-16, które patrolowały strefę (...). Było ciężko oddychać, przez chwilę nie było nic widać. Myśmy w panice wbiegliśmy do jednego z budynków, żeby się schronić (...). Manhattan jest zawsze strasznie głośny, wtedy był cichy (...). Wszystko było pokryte pyłem, to było jak kosmiczny obraz - powiedział gość Adama Ozgi.
Całej rozmowy z Marcinem Tulińskim można wysłuchać w aplikacji TOK FM.
Źródło: TOK FM