,
Obserwuj
Świat

Tajemnicze śmierci w domu pogrzebowym. Wszystkie tropy prowadzą do księdza

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
7 min. czytania
05.09.2026 15:05
Obserwuj nas na Google

"Podczas przesłuchania w sprawie zarzutów o molestowanie nieletniego zaczął mówić o zabójstwie tak, jakby wiedział o nim za dużo. Opisał układ ciał i położenie ofiar - szczegóły, których policja nie ujawniła opinii publicznej. Gdy zapytano, skąd to wie, próbował tłumaczyć, że powiedzieli mu to funkcjonariusze. Ci jednak stanowczo temu zaprzeczyli. Od tej chwili ksiądz przestał być dla śledczych tylko osobliwym kapłanem z parafii. Stał się jednym z głównych podejrzanych". Publikujemy fragment książki Artura Nowaka i Michała Lisa-Waleszczyńkskiego pt. "Potwory Kościoła. Prawdziwe historie przemocy".

Ksiądz (zdjęcie ilustracyjne)
Ksiądz (zdjęcie ilustracyjne)
fot. ROB CARR / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / GETTY IMAGES VIA AFP

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Artura Nowaka i Michała Lisa-Waleszczyńkskiego pt. "Potwory Kościoła. Prawdziwe historie przemocy", która ukazała się 26 sierpnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Chmury.

(...) Na początku XXI wieku dom pogrzebowy rodziny O’Connellów przy 11th Street był jednym z ważnych adresów w Hudson. I nic w tym dziwnego: w urządzonym z protestancką pedanterią świecie, gdy śmierć przychodzi nagle i wprowadza chaos tam, gdzie był porządek, zakład pogrzebowy zawsze działa jak rama. Trzeba jednak przyznać, że choć żałoba była dla tego miejsca chlebem powszednim, to, co wydarzyło się 5 lutego 2002 roku, uderzyło w nie jak meteor.

Tego dnia w domu pogrzebowym padły dwa precyzyjnie wymierzone strzały. Zginął trzydziestodziewięcioletni Daniel "Dan" O’Connell, dyrektor firmy, mąż i ojciec dwójki dzieci. (...)

Drugą ofiarą był dwudziestodwuletni James Ellison, praktykant dopiero uczący się zawodu. Ci dwaj ludzie, których praca polegała na towarzyszeniu cudzej żałobie, zostali zabici w miejscu, gdzie śmierć miała być zaledwie zawodowym kontekstem, nie osobistym wyrokiem. Według późniejszej rekonstrukcji śledczych napastnik miał wejść do domu pogrzebowego 5 lutego 2002 roku między 13.08 a 13.22. Dan O’Connell siedział wówczas przy swoim biurku. Niespełna pół godziny później, około 13.40, do budynku przyjechał Marty Shanklin, lekarz sądowy hrabstwa St. Croix. Miał podpisać akt zgonu - rutynowy dokument w miejscu, gdzie śmierć była codziennością zawodową. To właśnie on odkrył ciała O’Connella i Jamesa Ellisona.

Według późniejszych ustaleń strzał w kierunku O’Connella padł z bardzo bliskiej odległości; sprawca użył półautomatycznego pistoletu kalibru 9 mm. Nie było śladów szarpaniny, chaosu ani wywiązanej spontanicznie awantury. Wszystko wskazywało na działanie szybkie, celowe i chłodne. Dalsze oględziny miejsca zbrodni potwierdziły, że został zastrzelony tam, gdzie siedział, czyli za swoim biurkiem.

James Ellison zginął chwilę później, również od strzału oddanego z bardzo małej odległości. Źródła różnią się co do tego, czy próbował uciekać, czy został zaskoczony przy krześle.

Śledczy zaczęli metodycznie dokumentować to, co stwierdzili: rozrysowali układ pomieszczeń, zaznaczyli miejsca odnalezienia łusek, ślady po strzałach, pozycje ciał. Jednak najważniejsze dla śledztwa okazało się nie to, co znaleziono, lecz właśnie to, czego tam nie było. A nie było śladów walki i szamotaniny, jakiejkolwiek próby stawienia oporu (nie licząc uciekającego zapewne Ellisona). Nie było też rabunku ani plądrowania: nic nie wskazywało zatem, żeby ktoś przyszedł tu po pieniądze. Sprawca nie wyważył drzwi, a same pomieszczenia biurowe wyglądały na wciąż uporządkowane po porannym otwarciu. Ten porządek sugerował działanie zdecydowane i celowe: wejść, zrobić, wyjść. (...)

Trzy dni po odnalezieniu ciał, w Kościele św. Patryka odprawiono pogrzeb Dana O’Connella. Wśród księży stojących przy ołtarzu był także ojciec Ryan Erickson - młody kapłan, który w Hudson uchodził za religijnego tradycjonalistę i człowieka osobnego, budzącego skrajne reakcje. Mówiono o nim jako o ekscentryku nie dlatego, że był po prostu dziwakiem, lecz dlatego, że swoją pobożność zamieniał niemal w przedstawienie: odprawiał liturgię z przesadną emfazą, wplatał łacinę, przeciągał gesty, a podczas konsekracji potrafił trwać z hostią uniesioną wysoko nad głową, nieraz ze łzami w oczach. Jednych to poruszało, innych drażniło. Znany był z surowości, zamiłowania do religijnej dyscypliny i tonu moralisty przekonanego, że jego zadaniem jest upominać innych. Tego dnia jednak świadkowie zobaczyli człowieka całkiem odmienionego. Ubrany w proste białe szaty, zachowywał się z nietypową dla siebie powściągliwością. Zamiast grzmieć z ambony, mówił cicho, zgaszonym głosem, jakby wypranym z emocji. Jeden z parafian powie później, że tamtego dnia Ryan Erickson był "zupełnie nie sobą". (...)

Redakcja poleca

Już wcześniej, kilka miesięcy po zbrodni, w kręgu podejrzeń znalazł się ksiądz Ryan Erickson - pucołowaty blondyn w okularkach, typ uniwersyteckiego wiecznie uśmiechniętego kujona. Jak pisał Rubenstein, po zamachach z 11 września 2001 roku Dan O’Connell organizował zbiórkę pieniędzy dla ofiar podczas święta parafii. Być może przyłapał kogoś na kradzieży gotówki? Może tym kimś był ksiądz Ryan, który pomagał przygotować całe przedsięwzięcie? "Nie było żadnych dowodów na brak pieniędzy, były tylko plotki" - kwituje ten trop reporter. Oczywiście tego typu plotka, o której szeptano w parafii, nie była wystarczającym powodem, żeby Ericksonem zainteresowali się śledczy. Stało się to dopiero w listopadzie 2004 roku, gdy podczas przesłuchania w sprawie zarzutów o molestowanie nieletniego zaczął mówić o zabójstwie tak, jakby wiedział o nim za dużo. Opisał układ ciał i położenie ofiar - szczegóły, których policja nie ujawniła opinii publicznej. Gdy zapytano, skąd to wie, próbował tłumaczyć, że powiedzieli mu to funkcjonariusze. Ci jednak stanowczo temu zaprzeczyli. Od tej chwili ksiądz przestał być dla śledczych tylko osobliwym kapłanem z parafii. Stał się jednym z głównych podejrzanych. Potem doszły kolejne elementy: niepewne alibi, samochód podobny do tego widzianego przy domu pogrzebowym i świadectwa wskazujące, że Dan O’Connell mógł chcieć ujawnić jego seksualne nadużycia. (...)

Po dwóch latach od zabójstwa policja wróciła do sprawy z większą determinacją i energią. Wiele wskazywało bowiem na to, że powodujący konflikty ksiądz może mieć związek ze sprawą. Jednak nie dlatego, że nagle odnaleziono broń albo świadka samego zabójstwa. Do śledczych dotarła opowieść, która rzucała na sprawę nowe światło i mogła potencjalnie tłumaczyć motyw. Mężczyzna o nazwisku Thomas Smith zgłosił, że jako nastolatek, w latach 2000-2001, miał paść ofiarą molestowania ze strony księdza Ryana Ericksona. Wtedy zaczęto zadawać pytanie, które wcześniej nie miało jeszcze tak ostrego konturu: czy Dan O’Connell wiedział o zachowaniu księdza? Czy chciał go skonfrontować? A jeśli tak - czy właśnie dlatego musiał zginąć?

Śledczy zaczęli więc przyglądać się relacjom Ericksona, jego obecności w szkole i kościele, słowom, które wypowiadał publicznie. Z dokumentacji wynika, że w trakcie tej fali śledztwa Erickson był przesłuchiwany między innymi 11 listopada 2004 roku oraz 7 grudnia 2004 roku. To drugie przesłuchanie stało się punktem zwrotnym. Śledczy wyłapywali sprzeczności w jego zeznaniach, ale jeszcze ważniejsze było to, że Erickson mówił o zbrodni tak, jakby wiedział o niej więcej, niż powinien. Głównym powodem wezwania księdza na seksualne, jednak rozmowy na posterunku zahaczyły również o nierozwiązaną zagadkę morderstwa z 2002 roku, w którym to temacie przesłuchiwany zdawał się mieć nadspodziewanie dużą wiedzę. (...)

W relacjach z przesłuchania powraca motyw, że Erickson, nieproszony o to, opowiadał o szczegółach dotyczących położenia ciała Ellisona, kolejności strzałów i tego, że Ellison został trafiony w plecy. Gdy śledczy zwracali uwagę, że takie informacje nie były publicznie dostępne, a policja ich nie przekazywała, ksiądz odpowiadał wymijająco. Do czasu. W drugim przesłuchaniu padło wreszcie zdanie, które zostało później zapamiętane jako moment, kiedy Ryan Erickson pękł: "Nie wiem, dlaczego to wiem".

Jeśli chodzi o nadużycia seksualne, Erickson wszystkiemu zaprzeczał. Policja nie miała wtedy zamkniętej sprawy, ale miała na tyle poważne relacje, że zaczęła brać pod uwagę taki scenariusz: Dan O’Connell mógł wiedzieć o zachowaniach księdza, które groziły ujawnieniem i skandalem. W głównej sprawie wątek seksualny nie był dowodem zabójstwa, lecz możliwym motywem.

Redakcja poleca

16 września 2003 roku diecezja przeniosła Ryana Ericksona z Parafii św. Patryka w Hudson do Parafii Our Lady of Sorrows w Ladysmith. (...) W praktyce, zwłaszcza biorąc pod uwagę skandale z udziałem księży, kryje się za tym konieczność wyciszenia sytuacji. Jeżeli jednak w tym przypadku ktoś liczył na to, że sprawa księdza Ericksona rozmyje się w czasie, nie docenił znaczenia tego, co śledczy mieli już w rękach. A mieli znacznie więcej niż to, co słyszeli od duchownego podczas przesłuchań w 2004 roku. Uzyskali mianowicie ważne zeznania świadków, którzy krótko po tym, jak strzelano do dwóch mężczyzn w domu pogrzebowym, widzieli samochód przypominający auto księdza Ericksona wyjeżdżający z miejsca zbrodni. Kierowca miał być podobny do kapłana. Dalej: w komputerze duchownego śledczy mieli zabezpieczyć dowody uzyskane z e-maili i innych źródeł. Miało tam być między innymi coś na temat gwałtownej konfrontacji, do jakiej doszło między ojcem Ryanem a Danem O’Connellem na dzień przed morderstwem. Media pisały w 2004 roku, że O’Connell miał grozić księdzu, że ujawni informację o tym, że duchowny jest sprawcą seksualnego wykorzystywania dzieci na terenie parafii.

Ksiądz Ryan Erickson popełnił samobójstwo 19 grudnia 2004 roku w Hurley, przy Kościele St. Mary’s, gdzie znaleziono go powieszonego obok plebanii. Dlaczego odebrał sobie życie? Uczciwiej jest mówić tu o presji niż o pewności. A presja rosła. Przesłuchania stawały się coraz bardziej konkretne, a sprzeczności w wyjaśnieniach księdza coraz trudniejsze do utrzymania. (...)

Nie było już szansy na klasyczny proces sądowy z udziałem oskarżonego, dlatego po śmierci księdza Ericksona prokuratura sięgnęła po procedurę (znaną w Stanach Zjednoczonych) "John/Jane Doe lawsuit", tak zwany ślepy pozew, w którym strony są nieznane lub niezidentyfikowane i nie używa się nazwiska pozwanego, lecz zastępuje je wyżej wymienionymi danymi. Zwieńczeniem procedury "John Doe" nie jest wyrok, tylko ustalenie, czy istnieje probable cause, uzasadniona podstawa do przyjęcia, że dana osoba była odpowiedzialna za przestępstwo, ale nie "udowodniono ponad wszelką wątpliwość" jej winy, tylko "dowody są na tyle spójne, że normalnie uzasadniałyby postawienie zarzutów". W relacjach dotyczących tej sprawy właśnie taki wniosek miał paść: materiał był wystarczający, by iść dalej, gdyby sprawca żył.

W opisach procesu pojawiło się kluczowe dla sprawy zeznanie diakona Russella Lundgrena, który miał powiedzieć, że Erickson wyznał mu wprost swoją winę "Zrobiłem to, zastrzeliłem ich" - miał powiedzieć. Szczególne jest to, że informacja została ujawniona dopiero po śmierci księdza. Tak jakby w Hudson działał mechanizm opóźnionego przyznawania się do ukrytych prawd… W 2005 roku sąd uznał, że istnieje bardzo mocna, wręcz granicząca z pewnością podstawa, by twierdzić, że ojciec Ryan Erickson zastrzelił Daniela O’ConnellaNi Jamesa Ellisona. (...)

Posłuchaj: