,
Obserwuj
Świat

Europa na poważnie ruszy na podboju kosmosu? "Trzeba obudzić śpiącą królewnę"

6 min. czytania
02.09.2023 13:32
Chcę doprowadzić do tego, by pieniądze za loty nie wypływały do Stanów Zjednoczonych. To się skończy, jeśli będziemy mieli własne zdolności wynoszenia astronautów na orbitę. Właśnie temu ma służyć decyzja, pod którą kładę fundamenty. W przyszłości poradzimy sobie własnymi siłami - mówił w TOK FM Josef Aschbacher, zef Europejskiej Agencji Kosmicznej.
|
|
fot. Krzysztof Ćwik

Piotr Jaśkowiak: Decyzja o posłaniu Polaka na Międzynarodową Stację Kosmiczną budzi mieszane uczucia. Z jednej strony: minęło niemal pół wieku, odkąd ktoś z naszego kraju poleciał na orbitę. Z drugiej: kolejny polski astronauta nie wejdzie w skład regularnej załogi ISS, tzw. ekspedycji; to będzie pobyt krótkoterminowy. Jak pan to widzi?

To z całą pewnością olbrzymia szansa dla Polski, która wynika z tego, co obecnie stało się wykonalne. Pojawiły się komercyjne przedsiębiorstwa oferujące loty w kosmos, takie jak firma Axiom Space, która umożliwia astronautom, nazywanym przez nas 'projektowymi', dziesięcio-, dwunasto- czy czternastodniowe loty na Międzynarodową Stację Kosmiczną. To wielka szansa. Oczywiście, wciąż są także długotrwałe loty, w których biorą udział astronauci z głównej ekipy. Nawiasem mówiąc, kilka dni temu na orbitę poleciał kolejny z nich, Andreas Mogensen.

Krótkotrwałe loty są bardzo podobne do lotów długoterminowych. Weźmy choćby trening. Zarówno uczestnicy krótkich, jak i długich lotów mają się szkolić w Europejskim Centrum Astronautów i innych ośrodkach na świecie, m.in. w amerykańskim Houston. Ich przeżycia podczas lotu będą dokładnie takie same. Ta sama rakieta, ta sama kapsuła przetransportuje ich na ISS, gdzie będą przeprowadzać doświadczenia przygotowane wspólnie z Europejską Agencją Kosmiczną, a w tym przypadku także z Polską. Eksperymenty potrwają krócej, rzecz jasna, bo po kilkunastu dniach astronauta wróci na Ziemię. Włożymy dużo pracy w to, by w tym czasie wykonywał doniosłe badania. Każdy 'astronauta projektowy' będzie bardzo zajęty, zapewniam. Projekty czekają w kolejce.

No i w końcu – podróż powrotna, lądowanie na powierzchni Ziemi – ryzykowna sprawa. Potem czynności, które następują po misji: analiza wpływu, jaki lot wywarł na ciało astronauty pod względem biologicznym i medycznym.

Jest wiele analogicznych aspektów, ale ma pan rację: astronauta z Polski spędzi na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej mniej czasu. W przyszłości wchodzi jednak w grę ewolucja i lot długoterminowy. To nie jest jeszcze przesądzone, ale z całą pewnością możliwe.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Andreas Mogensen też ma na koncie krótki pobyt na ISS sprzed kilku lat, a teraz poleciał na dłużej.

Mogensen wziął udział w dziesięciodniowej misji w 2015 roku. Tym razem spędzi na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej więcej czasu. Dobry przykład tego, jak może dojść do takiej ewolucji.

Jeśli Sławosz Uznański poleci na orbitę, nie znajdzie się automatycznie w głównej ekipie astronautów Europejskiej Agencji Kosmicznej. Nadal będzie astronautą rezerwowym.

To prawda, natomiast w przyszłości nastąpią zmiany. W listopadzie ubiegłego roku wybraliśmy pięcioro zawodowych astronautów, którzy zaczęli już trening. Po aktualizacji składu dołączą do nich inni. Nie chcę uprzedzać faktów, ale może się zdarzyć, że wskażemy kolejnych astronautów – albo z listy rezerwowej, albo zupełnie nowych. Ta kwestia jest otwarta i zależy również od politycznych decyzji co do europejskiego zaangażowania w kosmosie, także w loty załogowe.

Zanim zapadła decyzja o posłaniu Polaka w kosmos, na podobny krok zdecydowała się Szwecja. Czy to oznacza zmianę europejskiego sposobu myślenia o lotach załogowych? Już nie tylko pełnowymiarowe ekspedycje na Międzynarodową Stację Kosmiczną, ale też krótsze loty zamawiane od firm prywatnych?

Trzeba pamiętać, że astronauci latają w kosmos od przeszło 50 lat. Najpierw początki, później lądowanie na Księżycu, era promów kosmicznych, stacja Mir… Wiele tych lotów, zwłaszcza w przypadku wahadłowców, trwała krótko. Dłuższe misje zawdzięczamy dopiero Międzynarodowej Stacji Kosmicznej [która gości załogę nieprzerwanie od 2000 roku – przyp. red.], a nawet na pokładzie ISS zdarzają się krótkie pobyty.

Długość lotu nadal będzie zróżnicowana, choć z pewnością chcielibyśmy zmierzać stronę częstszych misji długoterminowych, by badać, w jaki sposób ludzkie ciało reaguje na nieważkość i przebywanie w przestrzeni kosmicznej; by sprawdzać, jak ludzie radzą sobie w takich warunkach. Naszym marzeniem jest przecież posłanie astronautów na Księżyc i dalej, na Marsa. Na to potrzeba czasu, ale ten cel majaczy na horyzoncie.

W przyszłości załogowe loty kosmiczne mogą więc się stać dłuższe. Misja, o której rozmawiamy, jest dobrym przykładem; będzie krótka, ale kiedyś może przyczynić się do czegoś większego, o ile nadarzy się okazja, a kraje członkowskie Europejskiej Agencji Kosmicznej zdecydują, że ESA powinna zbudować obecność w kosmosie własnymi siłami – za pomocą własnej rakiety i własnej kapsuły. Wówczas będę potrzebował astronautów, którzy nimi polecą.

Właśnie tę koncepcję forsuje pan wraz ze swoimi astronautami. Jak zareagowały rządy na propozycję zbudowania europejskiego statku załogowego? Jesienią zeszłego roku, podczas ostatniego posiedzenia Rady Ministerialnej ESA nie zapadły wiążące decyzje, a w zwiększonym budżecie agencji nie ma pieniędzy na budowę swojej kapsuły.

Podczas ostatniego posiedzenia Rady Ministerialnej padł rekord. Składki osiągnęły niespotykany wcześniej poziom 17 miliardów euro, znaczący wzrost w porównaniu z poprzednim budżetem. Nie proponowałem jednak programu lotów załogowych z własną kapsułą i rakietą. Nie było propozycji, więc nie było i decyzji. Tym niemniej, mamy inne rozwiązania wspierające loty załogowe: Międzynarodową Stację Kosmiczną, umowę z NASA itd. Działamy więc w istniejących warunkach, nie wysyłamy na orbitę europejskich astronautów europejską rakietą.

Po posiedzeniu Rady Ministerialnej zacząłem poddawać to pod dyskusję krajom członkowskim. Ukazał się raport pt. 'Revolution Space' [w jego przygotowaniu brał udział Polak, dr Tomasz Rożek – przyp. red.], która ma posłużyć za pobudkę dla naszego kontynentu. Czasem mówię, że trzeba obudzić 'śpiącą królewnę'. Mamy w Europie znakomite zasoby, wielkie zdolności, świetnych inżynierów i naukowców, ale wciąż nie do końca udało się ich przebudzić, by zbudowali nam własną rakietę.

Tak, możemy to zrobić. Potrzeba decyzji na najwyższym szczeblu. Politycy powinni wspólnie zadeklarować, że chodzi o symbol, o sprawę na tyle ważną dla Europy – kontynentu, gdzie inwestuje się w przyszłość – że musimy podobnie jak Stany Zjednoczone i Chiny być liderem w tej dziedzinie.

Trzeba podjąć tę decyzję, a ja kładę pod nią fundamenty na mocy wskazówek od polityków, którzy zgromadzą się na szczycie kosmicznym w listopadzie, a potem w maju przyszłego roku w Brukseli, a potem na kolejnym posiedzeniu Radzie Ministerialnej, gdzie pojawiają się propozycje dotyczące składek na konkretne programy ESA. Wtedy się okaże.

A zatem od teraz do listopada 2025 mamy czas na ukształtowanie opinii decydentów tak, by pieniądze się znalazły.

Na razie dla astronautów z Europy i USA głównym środkiem transportu na orbitę pozostają amerykańskiego statki Crew Dragon. Zdecydowana większość pieniędzy, jakie Polska wpłacała dotąd do budżetu ESA, wracała do naszego kraju w postaci choćby kontraktów dla firm. Teraz, gdy zdecydowaliśmy się na drastyczne zwiększenie składki, część tych funduszy powędruje za ocean, do firmy Axiom Space, która pośle w kosmos polskiego astronautę. Nie wiem, jak w tej sytuacji mielibyśmy nadal korzystać z naszej składki w podobnym stopniu.

Chcę doprowadzić do tego, by pieniądze za loty nie wypływały do Stanów Zjednoczonych. To się skończy, jeśli będziemy mieli własne zdolności wynoszenia astronautów na orbitę. Właśnie temu ma służyć decyzja, pod którą kładę fundamenty. W przyszłości poradzimy sobie własnymi siłami.

Warto jednak wspomnieć, że Axiom sporą część swojej infrastruktury kupuje w Europie. Firma podjęła się budowy komercyjnej stacji kosmicznej, a jej habitat, czyli tę część, gdzie będą mieszkali astronauci, zleciła konsorcjum Thales Alenia Space, które mieści się we Włoszech, w Turynie. Co oznacza, że oni też kupują za oceanem, w Europie. Zdecydowali się na to, jeszcze zanim podpisali umowy ze Szwecją i z Polską, co pokazuje, że europejska branża kosmiczna ma się dobrze, a firmy z USA korzystają z jej usług.

Chciałbym rozwinąć ten potencjał tak, by branża miała do zaoferowania jeszcze więcej: nie tylko klientom z kontynentu, w tym Europejskiej Agencji Kosmicznej, ale też z Ameryki, Japonii i innych krajów. Pieniądze zainwestowane w ESA bardzo się w tym przydają, bo dzięki nim europejskie firmy stają się bardziej konkurencyjne, są w stanie zaoferować infrastrukturę w dobrej cenie. Znajdują się na nią nabywcy. Mam nadzieję, że zwiększona składka Polski do budżetu ESA przyczyni się do tego, by w przyszłości znacząca część tej infrastruktury pochodziła z waszego kraju.

Ogłaszając w zeszłym roku wyniki naboru na astronautów, mówił pan, że ostatnim etapem rekrutacji i ostatnią przeszkodą, przez którą musieli przebrnąć kandydaci, była rozmowa kwalifikacyjna z dyrektorem generalnym ESA. Pamięta pan rozmowę z doktorem Uznańskim?

Pamiętam dokładnie. Zrobił dobre wrażenie, zresztą dlatego został wybrany. Jeśli kandydatów jest 22,5 tysiąca, to ci, którzy znaleźli się w gronie 35 osób zakwalifikowanych do ostatniego etapu, są niezwykle kompetentni i bardzo inteligentni. Wybrałem spośród nich siedemnastu.

Sławosz zrobił dobre wrażenie, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. W końcu rozmowy kwalifikacyjne były poufne. Zapewniam jednak, że jest w europejskiej czołówce.