Pilot ujawnia, co Polacy potrafią robić w samolocie. Pijaństwo to najmniejszy problem
Zasłynął pan wyproszeniem z pokładu 32 pasażerów na raz. To rekord w branży?
Rekord nie rekord, wysiąść musieli. To była grupa pracowników korporacji. Czterech z nich było tak pijanych, że wiadomo było, że nie polecą. Szefowa personelu pokładowego ich zatrzymała, a ci z awanturą do niej. To ja od razu zakładam mundur i pytam grzecznie: "Panowie, o co chodzi?". "Bo tu pani mówi, że jesteśmy pijani. Przecież nie jesteśmy" - usłyszałem w odpowiedzi. "Ale widzę, że pan jest pijany. Mam 47 lat, też spożywam alkohol i wiem, jak wygląda człowiek pijany i pan jest pijany" - zareagowałem.
I co było dalej?
"Proszę panów, to my już wiemy, że panowie nie lecą, więc teraz pytanie, jak to robimy. Na miękko - panowie wychodzą, wyciągamy panów bagaże, panowie wsiadają do autobusu i wyjeżdżają? Czy na twardo - przyjdzie policja i nie będzie już tak miło?" - zapytałem jeszcze dla formalności.
"Ale co pan sobie…." - próbowali. "Proszę panów, decyzja jest podjęta. Teraz tylko pytanie, jak to robimy" - nie dopuściłem ich do słowa. Zmiękli. Wyszli. Chwilę potem podeszli do mnie ich koledzy, byli z tej samej grupy. "Ale proszę pana, panie kapitanie…" - zaczęli. "Decyzja została podjęta. Jeżeli panowie chcą wyjść, to proszę. Jeżeli nie, to proszę usiąść na swoim miejscu" - mówiłem.
Rozumiem 10 osób wyproszonych z pokładu, ale 32?!
Za "adwokatami" tej pierwszej czwórki przyszli "adwokaci adwokatów". I tak kolejni koledzy ujmowali się za sobą wzajemnie, a ja powtarzałem tylko: "Albo pan opuszcza samolot, albo pan siada". Koniec końców cała grupa opuściła pokład. Do dziś się śmieję, że to musiała być faktycznie dobra impreza integracyjna - jakby nie patrzeć zbudowali zespół.
A często w ogóle wyprasza pan pasażerów?
Bywa, że przez trzy miesiące nikogo, a potem w tydzień znajdą się dwie-trzy takie osoby. Dla nas to zawsze problem, bo trzeba na przykład sprawdzić, czy nie został bagaż w schowku albo wycofać bagaż rejestrowany. Z tym jest dużo papierkowej roboty - takie są procedury bezpieczeństwa, których bezwzględnie musimy przestrzegać.
Czyli zasada jest jedna - pozbądźmy się ludzi, którzy mogą sprawiać problemy, żeby potem nie było sytuacji, że nagle musimy lądować?
Tak, przy czym wszystko zależy też od tego, co się dzieje i jak reaguje dana osoba. Często robię tak: nacisnę i patrzę. Podam przykład: "zawiany" Włoch idzie do samolotu, szefowa mówi: "Proszę poczekać, bo muszę porozmawiać z kapitanem". "Słuchaj, no jest pijany, ale to taka poczciwina. Widać, że pojechał na imprezę z korporacją, napił się, nie wytrzeźwiał" - opowiada mi. Wychodzę z kokpitu. "Dzień dobry, jestem kapitanem, dlaczego pan pił?" - pytam gościa wprost. Ten opowiada, a ja widzę, że nie będzie sprawiał problemów. "Dobra, wie pan, co? Proszę chwilę poczekać, bo muszę się naradzić z szefową" - komunikuję mu, po czym znikam. Znów wychodzę i zwracam się do mężczyzny: "Proszę pana, ja bym pana nie wziął. Ale na życzenie szefowej, która mówi, że pan jest w porządku, jednak pan leci. Proszę o tym pamiętać". Od tej pory szefowa jest kobietą jego życia, bo przez cały lot słychać tylko "całuję rączki".
'Strażnicy się zlecieli, afera na cały Watykan'. Do czego zdolny jest Polak na wakacjach?
Zawsze to sytuacje po alkoholu?
A skąd! Miałem też taki przypadek: Dortmund, boarding, przychodzi szefowa pokładu i mówi: "Mamy panią, która wygląda, jakby miała żółtaczkę. Nie ma zaświadczenia od lekarza [pozwalającego na lot - red.]. Mnie to stresuje, ja bym nie chciała, żeby leciała".
Wychodzę, patrzę, kobieta 40 lat, widać, że ciężko chora. Mówię do niej: "Wie pani, mamy podejrzenie, że jest pani chora, jakby miała pani jakieś zaświadczenie od lekarza to…". "Nie mam" - wchodzi mi w słowo. "To zróbmy tak: my panią przesuniemy na kolejny lot - za cztery godziny znów będzie samolot do Katowic. Proszę tylko, żeby pani przyniosła zaświadczenie, bo będzie znowu problem". Osobiście pewnie bym ją wpuścił, ale ostatnie zdanie należało do szefowej. A ta tydzień temu miała zgon na pokładzie, więc…
… rozumie pan jej decyzję.
Samolot wracał z Rzymu do Warszawy, kiedy niespodziewanie musiał wylądować w Poznaniu. Leciało nim starsze małżeństwo, które wcześniej zostało okradzione. A że pan był cukrzykiem i nie umiał się dogadać we Włoszech, to na pokładzie zapadł w śpiączkę insulinową. Niestety go nie odratowali, mimo sztucznego oddychania i masażu serca. Ze zwłokami na pokładzie czekali potem trzy-cztery godziny na prokuratora.
Do czego jeszcze dochodzi na pokładach samolotów?
Jest wszystko. Od załatwiania się poza toaletą - na przykład w alejce między rzędami - do seksu między pasażerami. Mieliśmy taki przypadek: pani poznała pana na bramce, w samolocie wypili po winku, ona miała fantazję, pan nie powiedział "nie". Zrobili to pod kocem, a potem na każdego z nich przy bramce czekał partner.
Są też oczywiście głupie teksty, podszczypywania, kłótnie, bójki między pasażerami.
Na ile poważne te ostatnie?
Na szczęście mało. Pewnego razu mężczyzna zaczął się rzucać do drugiego tuż po tym, jak oderwaliśmy się od płyty lotniska. Szefowa dzwoni zła i mówi: "W rzędzie 24 jakaś bójka się zaczyna". Nie wiem, co się dzieje, bo na razie kołujemy, nie mogę wstać. Po chwili mówię przez system nagłośnienia w samolocie: "Proszę o zachowanie spokoju, bo zaraz trzeba będzie wezwać policję i wylot się przesunie o półtorej godziny do dwóch". Jak ludzie to usłyszeli, wszyscy na nich skoczyli. Wyzwali ich, uspokajali, zastraszali. Goście wysiedzieli cały lot spokojnie, pobili się dopiero na terminalu.
O, albo inny przykład. Teneryfa. Pięciogodzinny lot. Rząd numer 17 rozrabia. Personel pokładowy zabrał litrową wódkę, a ci dalej piją, czyli nadal mają przemycony alkohol. Zaczęli też być niemili. Chwytam za mikrofon i mówię: "Państwu w rzędzie numer 17 przypominam, żebyście się zachowali jako tako, bo jeżeli nie, to zaraz zawrócę do Kadyksu, wylądujemy, zabierze państwa policja i nikt nigdzie nie poleci, bo skończy się nam czas pracy". Trzy minuty to trwało. Z rzędu przed, za i jeszcze z boku wyszło paru panów i powiedziało, że jak się nie uspokoją, to dostaną, bo oni chcą lecieć na Teneryfę, nie do Kadyksu. I co? Spokój i cisza były do końca rejsu.
A sytuacje ekstremalnie niebezpieczne też się zdarzają?
Porwanie, broń, bomba - to są jednak sceny mało prawdopodobne, bo mamy teraz bardzo wyśrubowane kwestie bezpieczeństwa. Najgorsze, co mi się przytrafiło - raz - to usterka techniczna. Teraz śpię już spokojnie, bo według statystyk w dużym lotnictwie nic złego nie powinno mnie spotkać.
Nie mamy pańskiego miejsca i co nam pan zrobi? 'Prawo to jedno, a praktyka drugie'
A największa trauma?
Lądujemy w Eilacie, jeszcze Izrael. Lotnisko wojskowe, tylko wieża i terminal wystają, a reszta pod ziemią, na wypadek ataku. Wszyscy wyszli, personel zaczyna sprzątać. Patrzę, a na środku samolotu stoi dziecko, około 7-letni chłopczyk. Biorę go do kokpitu, pokazuje stery i od razu do agenta mówię: "Pójdź na terminal i powiedz, że zostało dziecko". Potem się okazało, że babcia z dziadkiem napili się winka, a o wnuku zapomnieli. Do dziś mi się to w głowie nie mieści!
A sytuacje najśmieszniejsze?
Wchodzi dziesięciu Angoli - mieli z 50-lat - wszędzie ćwieki, wytatuowani, a ubrali się w białe krynoliny baletnic. Innym razem to ośmiu Włochów przebranych za boże krówki. Wymiatali. Nie byli pijani, nie sprawiali problemów, a to że byli inaczej ubrani? Co z tego! Jakby nie lubiła pani dredów, to wszystkich w dredach też by pani nie brała na pokład?! Kontrolnie spojrzałem jeszcze na szefową personelu pokładowego, ona na mnie i mówi: "Poradzimy sobie".
Kiedyś miałem też pasażera - to były Katowice - po narkotykach. Nieskoordynowane ruchy, bez kontaktu. Szefowa wprost: "Nie, tego nie bierzemy". Zadzwoniliśmy po policję, przysłali grupę szybkiego reagowania, co to tylko ćwiczą i czekają, żeby wejść do akcji. Jak ich zobaczył, to na cały regulator mu się wyrwało: "Ninja na mnie nasłali". Buchnęliśmy śmiechem. Widziałem, że nawet w kominiarkach rysy się zmieniły.
Jakie były jeszcze inne zaskakujące reakcje pasażerów?
To przede wszystkim pytanie: "A dlaczego tak wolno lecimy?". Wtedy zawsze odpowiadam: "800 kilometrów na godzinę, nigdy tyle nie leciałem". Albo na przykład: "Gdzie jesteśmy?!". Mamy szefową, która zawsze mówi: "Barcelona".
Albo na przykład: Czy możemy po drodze wylądować, bo mi tam będzie bliżej?". Czy też: "A jak zrobię kupę, to ona wyleci z samolotu?" - przy czym niekoniecznie pytają o to dzieci.
A jaki jest w ogóle typowy pasażer?
Zaczepny, zestresowany, niestroniący od alkoholu. Poza tym często mu się wydaje, że personel pokładowy jest po to, by spełniać jego marzenia. Od razu też zaznaczę, że zachowanie Polaków w samolocie nie różni się od zachowania innych nacji.
Kiedyś wakacyjny hit, teraz pełny kit. 'Wszystko przez Polaków'
A gdyby zebrać to w siedem grzechów głównych pasażera?
Nie słucha instrukcji personelu, nawet tych podstawowych, jak np. "proszę usiąść" czy "zapiąć pasy". Jest przekonany o swojej wyjątkowości i uważa, że jest najważniejszy na pokładzie. Zakłada, że jak zapłacił za lot 200 złotych, to musi być obsługiwany jak w klasie biznes w Emirates. "To stewardesa powinna sama schować mi bagaż? Proszę, ja go nie będę dźwigał itd.".
To trzy, a kolejne?
Brak mu empatii - nie zwraca w ogóle uwagi na potrzeby innych. Jest roszczeniowy i awanturujący się. Ile to razy słyszałem: "Ja już z wami nigdy nie będę latać itd.", "Co wy sobie myślicie", "To skandal".
Bywa też pewnie niezadowolony, że kiedy samolot przyleci za wcześnie, to mówi: "Ale jak to, zapłaciliśmy za dwie godziny lotu, a jesteśmy 30 minut wcześniej. To kto nam teraz odda pieniądze?!".
[śmiech] Tak! Często też wyłącza myślenie, bo na przykład potrafi zapytać, gdzie jest rząd 19. Kiedy padnie odpowiedź między 18 a 20, to nadal nie wie, gdzie iść.
Czym to tłumaczyć?
Błędnym założeniem: jeśli kupuje bilet, nawet najtańszy, to uważa, że kupił cały samolot, więc ma prawo wymagać. Swoje robi też zamknięcie w blaszanej puszce na małej przestrzeni 10 tys. km nad ziemią, co też nie bez znaczenia, bo dodatkowo potęguje to stres. Badania pokazują, że co trzeci pasażer denerwuje się przed startem, a drugie tyle stresuje sam lot.
Z badań zespołu prof. Katherine DeCelles z uniwersytetu w Toronto wynika, że znaczenie ma także przejście przez klasę biznes. Zobaczenie różnic w komforcie lotu ma się przekładać na dwa razy większy wzrost frustracji. Mieszanie się klas najgorzej ma działać na pasażerów pierwszej klasy - byli 12 razy bardziej skorzy do awantur.
W low costach na szczęście nie ma klasy biznes, ale to bardziej uspokajająco nie wpływa jednak na pasażerów. Tak na dobrą sprawę podróż lotnicza sama w sobie jest mało przyjemna - nie do końca wiadomo, co się dzieje. Co chwilę kontrola bezpieczeństwa - jak nie pasażera, to bagażu. Cały czas się na coś czeka, dużo ludzi dookoła… Inna rzecz, że sam system też może być niezrozumiały. Dlaczego mam wypakowywać komputer? Albo mieć pojemnik poniżej 10 ml? Po co chować bagaż pod siedzenie? Przecież powinno być miejsce u góry. Już samo to może budzić agresję.
Jak zatem szybko i łatwo pasażera zdyscyplinować?
Najczęściej wystarczy zwykła informacja. Ostatnio miałem sytuację, że niespodziewanie wpadł mi lot. Wziąłem mikrofon i mówię: "Proszę państwa, jestem kapitanem, mamy trzy godziny opóźnienia, bo oczywiście Francuzi strajkują. Lecę tu tylko dlatego, że mnie poproszono, a miałem dzień wolny i byłem na plaży. Także proszę brać to pod uwagę i oszczędzić głupich uwag mojemu personelowi". Do ludzi to trafia.
Albo Londyn, staliśmy półtorej godziny. "Szanowni Państwo, jesteśmy o czasie, ale nie ma stanowiska, musimy czekać. Nie wiem ile, przepraszam". Też nie było rozróby. W ostateczności zawsze można skorzystać z czarnej listy - wpis na nią oznacza, że przez pięć lat nie można na dane imię i nazwisko zabukować biletu. A wystarczy np. nie zastosować się do poleceń personelu. Wszystko w myśl zasady: jeżeli na początku pasażer nie słucha, to potem będzie już tylko gorzej.
Dominik Punda - pilot z 30-letnim doświadczeniem, instruktor lotnictwa
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>