"Strażnicy się zlecieli, afera na cały Watykan". Do czego zdolny jest Polak na wakacjach?
Wojciech Goławski, pilot wycieczek: A mało to ich miałem? Co jeden to lepszy. Ale tej historii nic nie przebije. Rzecz dzieje się w Chorwacji, na półwyspie Istria. Grupa zakwaterowana w hotelu w Poreci postanawia wykupić wycieczkę do Rovinj. Statek, na pokładzie lunch z prawdziwego zdarzenia. W planie zwiedzanie Rovinj - miasteczka bajecznie pięknego - i czas wolny. "O godzinie 16 wszyscy mają się stawić na nabrzeżu" - powtarzam do znudzenia już na miejscu. O umówionej godzinie brakuje jednak dwóch pań: lekarki i jej asystentki. Co tu robić? Grupy nie mogę zostawić, nie pozwala mi na to właściciel biura, a na miejscu też zostać nie mogę. Na szczęście zgłasza się mąż lekarki.
Polka spędziła wakacje z Rosjanami. Nie mogła uwierzyć, co jej powiedzieli
A ja odpowiem: "W porządku". Jeszcze dla pewności zadam pytanie: "A ma pan przy sobie pieniądze i telefon?". "Tak, wszystko mam" - zapewni mnie mężczyzna, po czym się rozdzielimy.
Jakie było więc moje zdziwienie, kiedy po kolacji pod hotel podjechał autobus, w środku były dwie zaginione kobiety, ale mężczyzny z nimi nie było. Szybko wyszło na jaw, że jedna z pań zobaczyła na wystawie okulary, które chciała kupić. Miały kosztować pięć kun, zostawiła sobie więc 10 kun na dwie pary, a resztę pieniędzy oddała przyjaciółce, która wracała na statek. Problem w tym, że okulary kosztowały nie pięć, ale... 500.
...poszły więc obie zrezygnowane na dworzec autobusowy. Tam kolejne zaskoczenie - autobus z Rovinij do Poreci kosztuje co prawda 10 kun, ale za jedną osobę. Asystentka kategorycznie odmówiła tzw. jazdy na gapę. I co wymyśliły? Doktor udawała, że robi asystentce zdjęcia przy fontannie, a asystentka udawała, że brodzi ręką po wodzie. W rzeczywistości wybierała z fontanny pieniądze. W ten sposób uzbierały kilka euro, które nie bez problemów wymieniły w kantorze i koniec końców przyjechały autobusem. Na pytanie, gdzie jest pan Tadeusz - mąż lekarki - ta zrobiła wielkie oczy. Potem w mało wybrednych słowach zaczęła opowiadać o jego ułomności umysłowej.
Nie było się też jak do niego dodzwonić, bo choć miał komórkę, to bez włączonego roamingu. Na dodatek zostawił ją w hotelu. Co było robić? Pojechaliśmy szukać pana Tadeusza w Rovinj. Oczywiście na koszt pani doktor - po dużych oporach, bo stwierdziła, że skoro tam został, to sam się powinien uratować. Nie znaleźliśmy go. Zrobiło się ciemno. Dałem informację na policję i wróciliśmy do hotelu. Atmosfera w samochodzie była grobowa. O godzinie 11 w nocy dostałem telefon, że pan Tadeusz dotarł do hotelu. Na piechotę.
Tak! Z jednym euro w kieszeni, bo przecież żona miała całą kasę. O godzinie 17, kiedy już się wysmażył na chorwackim słońcu, a żony z koleżanką nadal nie namierzył, uznał, że odpłynęły i ruszył do hotelu. Niestety trafił na kanał, którego ściany mają kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt metrów. Wspiął się do pierwszego mostu i ruszył dalej drogą - przerażony, bo samochody chorwackie jeżdżą jak szalone, a i pobocze niespecjalnie tam jest. Przed każdym zakrętem zwalniał, a gdy zmierzchało, machał białym klapkiem zdjętym z nogi. Dawał znać: uwaga, człowiek na drodze.
'W pewnym momencie następuje etap żurku'. Opowieść o Polakach na wakacjach
Nie, wstydził się zatrzymać samochód i zapytać o podwózkę, bo nie znał chorwackiego. Nigdzie się też nie zatrzymywał. Wstydził się w ogóle podejść i poprosić choćby o szklankę wody, chociaż widział Chorwatów popijających wino przy grillu. Państwo okrutnie się potem pokłócili - trzy dni, które im zostały do końca pobytu, spędzali osobno.
Druga ciekawa rzecz - obejrzałem potem te białe klapki, podeszwę miały nienaruszoną. "Panie Tadeuszu, pan kupił tak wspaniałe klapki, że można 35 kilometrów przejść i ich nie zniszczyć" - zażartowałem, a potem już poważnie zapytałem: "A kim pan właściwie jest z zawodu?". "Emerytowanym pułkownikiem piechoty" - odpowiedział. Nie miałem więcej pytań.
Gdybym sam tego nie doświadczył, nie uwierzyłbym w kumulację różnego rodzaju dziwnych pomysłów. Przecież facet został sam w obcym kraju. Bez pieniędzy. Bez telefonu. Nie znał języka. Nie mówiąc już o tym, że zwykle pieniądze się do fontanny wrzuca, żeby wrócić, a nie wybiera, żeby wyjechać.
'Turystyka trzech 's'' ma się dobrze. Rekordowe upały i wielkie pożary turystów nie przestraszyły
Dziwne pomysły turystów to standard. 30-latek rozwalił nogę podczas skoków do wody w Rimini. Krew się leje, jedziemy do szpitala. Lekarze pochylają się nad pacjentem, a ten nagle ten krzyczy: "Panie Wojtku, panie Wojtku!". "Co się stało?" - wpadam zziajany. "Może ja bym sobie to sam zszył? W końcu tapicerem jestem" - odpowiada. Jeszcze tego samego dnia na sztywnej nodze tańczył w hotelowym ogródku. Kozak jeden!
Kiedyś cała grupa stawiła mi się z długimi nożami kuchennymi w Muzeach Watykańskich. Rzucili torby na taśmy przed wejściem, a te zaczęły piszczeć w niebogłosy. Obsługa przerażona. Wszyscy strażnicy się zlecieli, afera się zrobiła na cały Watykan. "Panowie, o co chodzi, po co to?" - zapytałem tych turystów. W odpowiedzi usłyszałem, że przecież do Rzymu przyjechaliśmy na cały dzień. "Ale co noże mają z tym wspólnego?" - dociekałem. "A jak ja konserwę otworzę, jak będę chciał coś zjeść?" - odpowiedzieli mi pytaniem na pytanie.
To już mniej. Miałem kiedyś panią, która mnie zapytała: "100 złotych to ile koron?". Rozumiem, że pilot ma być pomocny w różnych sprawach, ale z tabliczki mnożenia też?! Bez przesady. Innym razem jadę do Latiny pod Rzymem. Zakręty jak agrafki, nawet kierowcy je przeklinają, bo autobus musi je brać na dwa-trzy razy. Jedna z pań mówi nagle: "Nie jadę! Za żadne skarby! Nie! Proszę znaleźć mi inną drogę".
Raz zostałem posądzony o to, że oskarżam Polaków. Było to tuż po tym, jak moi turyści wypili 30-letnie wino musujące, traktowane w hotelu połączonym z winnicą jak relikwia. Nikogo innego tam nie było. Ktoś przecież musiał to zrobić?! Właściciele? No jak! Zaatakowali mnie wtedy, że bronię Niemców.
Jednak najczęściej są do mnie inne zastrzeżenia - że źle ułożony program albo za krótka przerwa na kawę, czy za późne wejście. I to jestem w stanie zrozumieć, bo turyści nie zdają sobie sprawy, że np. Wieliczka jest tak oblegana, że najlepsze terminy są pozajmowane dużo wcześniej. Zostaje tylko np. godzina 20. A oni przecież chcieli już sobie odpoczywać.
Blisko, niedrogo, czarująco. Idealne miejsce na city break za granicą
Kolega mi opowiadał, że paru gości rozebrało mu się do naga w środku dnia i wskoczyło do jeziora Loch Ness, żeby się schłodzić. Obyczajność to jedno, interwencja policji - drugie. Inny przewodnik miał Polaków, którzy wieczorem, po upojnym wieczorze, poszli na przystań i poodcinali wszystkie łódki. Do jednej nawet wsiedli i wypłynęli na środek jeziora.
Nie, choć to polski standard. Pół biedy, jak ma potem dobry humor. Gorzej, kiedy zacznie wszczynać awantury. Kiedyś miałem wyprawę, kiedy biuro zapowiedziało od razu, że pilot musi być rozrywkowy. Jak zobaczyłem, ile procentów goście wnoszą na pokład, byłem załamany. Co było robić? Postanowiłem wczuć się w rolę. Kiedy padło pytanie: "Panie kierowniku, a kiedy będzie przerwa?", odpowiedziałem bez wahania: "Jak na pana patrzę, to za jakieś pół litra".
Podczas tej samej wyprawy, po wieczornej kolacji, równie mocno zakrapianej, jedna z pań źle się poczuła. Mówię: "Może pojedziemy do lekarza?". A oni: "Nie, nie trzeba, ona tak zawsze". Owinęli ją w folię, żeby się nie pobrudziła. Ba, później miałem i takich, którzy obiecali, że zaczną pić dopiero za tablicą z nazwą miejscowości.
W Vizovicach na Morawach zwiedzamy destylarnię Jelinek. Plan zakłada: najpierw proces produkcji śliwowicy, gruszkówki i innych alkoholi, potem degustacja. Jeszcze nawet nie weszliśmy do środka, a tuż po przywitaniu na dziedzińcu pada grad fachowych pytań: jaki jest przekrój rurek do destylacji, w jakich proporcjach są owoce do przepędzenia z cukrem, w jakiej temperaturze odbywają się poszczególne fazy procesu. "Oho, za chwilę się okaże, że to nie turyści tylko szpiegostwo gospodarcze" - pomyślałem.
Wbrew pozorom wcale nie tych zagubionych czy np. skorych do awantur. Chociaż tacy też się zdarzają. Dominują jednak ci, którzy kochają sprawdzać wiedzę pilota, bo przecież wiedzą lepiej. Ale mam na nich sposób. "O, widzę, że mam wśród nas prawdziwego eksperta, zapraszam do mikrofonu" - mówię w takich sytuacjach. To ucina dalsze komentarze.
Niestety nie. Przykład? Wiedeń, 20-osobowa grupa, jedna z osób cały czas mnie sprawdza. Opowiadam o Sobieskim, Imperium Otomańskim - wiadomo, jak to w stolicy Austrii. Nagle podchodzi do mnie i wypala: "Bzdury pan opowiada. Imperium Otomańskie nie istniało, było tylko Imperium Osmańskie" - oburza się. "To dwie nazwy, występują zamiennie. Imperium Otomańskie to kalka z angielskiego" - bronię się. "Nie, nie, reklamację będę zgłaszał" - upiera się. I tak przekrzykujemy się dobrych kilka minut.
Skoro już przy wszechwiedzących jesteśmy, to także ten żądny wiedzy. Ale takiej, która zaczyna pilotowi sprawiać kłopot. Bo trudno wiedzieć wszystko. A turyści czasami dopytują o dziwne szczegóły.
Przykładowo - na Słowacji, kiedy zwiedzamy zamek zbudowany na zasadzie czterech pór roku, potrafią zapytać o to, jaka jest łączna powierzchnia okien... W portugalskiej miejscowości Alcobaca, gdzie w cysterskim klasztorze jest pierwsza na świecie zmywarka (przekopali koryto rzeki), pada zwykle pytanie: "A kto właściwie skonstruował pierwszą prawdziwą zmywarkę, gdzie to było, jaka historia się za tym kryje?". Z jeden strony ktoś powie: to pytania pogłębiające. Ale z drugiej - od czapy.
Albo przejeżdżamy przez miasto X i nagle pada: "A pod jakim wezwaniem jest ten kościół?". Znam pilotów, którzy zawsze mówią: "Wniebowstąpienia" albo "świętego Piotra".
Mają swoje 'morze' i kamień, który przepowiada pogodę. Istny raj
Nie potwierdzam. Ale - co ciekawe - najwięcej pretensji np. do standardu posiłków mają ci, po których widać, że nie są szpakami karmieni. Czepiają się wtedy: pieczywa było za mało; kotlet był cienki jak papier; surówki poskąpili. Pytają, gdzie homar albo kawior.
Po pierwsze - to syndrom faceta na delegacji. Założenie jest proste: teraz to mi wolno; jestem na urlopie, więc w końcu mogę. Hulaj dusza. A po drugie - na urlopie wszystko ma być "super", "niezapomniane". Niech się dzieje maksymalnie dużo, przecież wakacje są tak krótkie. Chcę mieć co wspominać.
Co z tego, że za trzy gwiazdki? Chcą mieć standard jak w pięciu.
Po pierwsze - poczucie nieśmiertelności. Przekonanie, że nic mi się nie stanie. Jak powiewa czerwona flaga, to i tak wejdę do wody. Bo co, ja nie wejdę? O, albo zrobię sobie zdjęcia na krawędzi skały. Przecież nic mi się nie stanie, w końcu są wakacje...
Po drugie - brak wyobraźni. Ruszanie się z hotelu bez pieniędzy i komórki. Ale też np. wyprzedzanie przewodnika w czasie wycieczek po zatłoczonych miastach.
Po trzecie - egoizm, przedkładanie interesu własnego nad interes grupy w myśl zasady: reguły nie obowiązują mnie. Nawet jak mówię: "Zaraz będzie czas wolny. Państwo wszystko sobie ogarniecie", to nie - idą do sklepu teraz. Muszą to zrobić natychmiast, a reszta niech sobie myśli, co chce.
Ostatni grzech to roszczeniowość. I to do kwadratu. Przykład? Jesteśmy pod operą wiedeńską, a facet nagle wyskakuje z pytaniem: "A dlaczego my tu nie śpimy?!". Chodziło o znajdujący się nieopodal luksusowy hotel Sacher. "Nie ma problemu. Jeżeli pan chce i stać pana na 460 euro za dobę - proszę bardzo. Rano tylko proszę zamówić taksówkę na lotnisko i dołączyć do grupy" - odpowiadam. Gość tylko kwaśno się uśmiechnął.
A skąd! Ani myślę o rzuceniu roboty, nawet jeśli na jednej wycieczce trafiłbym na wszystkich turbo pomysłowych Polaków. Poza tym - ogólnie turyści to tak naprawdę normalni, zwyczajni ludzie. A w tym zawodzie albo się lubi pracę z ludźmi, albo nie. Jak dla mnie to praca marzeń, gdyby jeszcze tylko płacili trzy razy więcej?
* imię i nazwisko rozmówcy zostało zmienione, na jego wyraźną prośbę