"Oni stawiają za kilkaset tysięcy złotych ławki z dykty, a ja nie mogę utrzymać warzywniaka w centrum miasta"
Piątkowy wieczór, przedsiębiorcy zbierają się na Starym Rynku w Bydgoszczy. Tłumów nie ma. Jest kilkanaście osób z transparentami, m.in. "Stop drożyźnie". Na płycie stoją głośniki, z których rozbrzmiewa "Nie pytaj o Polskę" Grzegorza Ciechowskiego.
W restauracjach i pubach wokół rynku bydgoszczanie śmieją się i piją piwo. - Iskra wyszła z Fanaberii. Spodziewaliśmy się, że ta cała płyta rynku wypełni się tymi, którzy - tak jak my - będą chcieli zamanifestować swój bunt. Widać nie wszystkim jest tak źle, jak nam - mówi rozczarowana inicjatorka protestu Katarzyna Borkowska-Kiss, właścicielka kawiarni Fanaberia.
- Widać gołym okiem, że dzieje się coraz gorzej. Ja od 20 lat prowadzę firmę, zajmuję się organizacją koncertów, a od sześciu lat prowadzę kawiarnię. Ostatnie trzy lata były najgorsze w moim życiu - opowiada zgromadzonym.
"Ciężko jest kupić dzieciom buty i kurtki na jesień"
Wśród protestujących spotykamy fotografa, który od 18 lat prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą. - Swoją firmę prowadzę od 2004 roku, czyli już kawał czasu i z roku na rok jest coraz ciężej. Ostatnie miesiące pokazały, że ciężko mi nawet na jesień kupić dzieciom buty, kurtki i wyprawić je do szkoły - opowiada nam Piotr Ulanowski. - Daniny, jakie państwo na nas nakłada, są coraz wyższe. Prawie 2 tysiące złotych za ZUS, do tego podatki. Bardzo ciężko dziś utrzymać firmę - dodaje fotograf.
Przerywamy naszą rozmowę, bo do zgromadzonych przemawia Mateusz Grzębski, który kilka dni temu zamknął Skrzynkę - lubiany przez mieszkańców Wełnianego Rynku - warzywniak.
- Słyszymy, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wydała 2 miliony złotych na nagrody. Że gdzieś za setki tysięcy złotych stawiają ławki z dykty. A ja nie mogę utrzymać małego warzywniaka w centrum miasta - mówi rozżalony. - Nie mogę go utrzymać nie dlatego, że nie mam ruchu, tylko dlatego, że wykończyły mnie ceny prądu. Te problemy na razie dotyczą nas, przedsiębiorców, ale za chwilę będą dotyczyły wszystkich - dodaje.
Przejechali kilkaset kilometrów, by wziąć udział w proteście
Na Starym Rynku spotykamy też rolników z AgroUnii. Część przyjechała z powiatu żnińskiego, część aż z Warmii i Mazur. - Pięć lat walczymy z nieudolnym rządem, który nie potrafi zrobić nic, co mogłoby sprzyjać społeczeństwu. Cały czas robią pod górkę - uważa Michał Swędrowski, właściciel 60-hektarowego gospodarstwa z Jaroszewa koło Żnina. - Nie pozwolimy po prostu, by przedsiębiorcy byli traktowani tak samo, jak rolnicy - niszczeni i wdeptani w błoto - dodaje przedstawiciel AgroUnii.
Rolnicy narzekają na ogromne podwyżki cen nawozów, prądu i paliwa, które sprawiają, że produkcja przestaje się opłacać. - Wzrost cen energii elektrycznej to jest 120 procent, nawozy to kolejne 300-400 procent, no i paliwo - też 100 procent - wylicza Swędrowski. - Produkuję mleko, więc dojarki i schładzarki do mleka muszą chodzić. Już nie zważam na ceny energii, byle wyprodukować i sprzedać coś z zyskiem. Nie wiem, co będzie dalej? Co powiem swoim córkom, gdy stracę gospodarstwo ? - zastanawia się.
W podobnie smutnym tonie wypowiada się Katarzyna Borkowska- Kiss. - Tracę już nadzieję, że jestem w stanie wykaraskać się z kłopotów. Tracę energię, chęć do rozwoju. Właściwie robię wszystko, żeby się skurczyć, zmniejszyć, a w efekcie zamknąć tą moją działalność, jak będę do tego zmuszona - mówi rozgoryczona.