Aktywiści z Podlasia zaskoczeni decyzją sądu. "Pomagaliśmy w przemycie? To kuriozalne"
Był luty 2023 roku. Zima, mróz. Aktywiści z Podlasia wracali z pogrzebu Ibrahima z Jemenu, który zmarł w lesie niedaleko Hajnówki. Wtedy dostali sygnał, że za murem stojącym na granicy jest kilkunastoosobowa grupa osób z Syrii. Potrzebowali jedzenia i ciepłych ubrań. - Wiedzieliśmy, że w grupie jest kilkoro dzieci poniżej 10. roku życia. Były tam też kobiety i mężczyźni. Dlatego chcieliśmy im przekazać najpotrzebniejsze rzeczy - opowiada jedna z naszych rozmówczyń (chce zachować anonimowość).
- Pamiętam, że szukałam w naszym magazynie jakichś małych rękawiczek. Koleżanka co chwila mówiła: 'Nie, te będą za duże'. Taki obrazek pozostał w mojej głowie - dodaje.
Na piechotę, wzdłuż drogi, w czteroosobowej grupie, doszli do muru na granicy. Była już noc. Mieli plecaki na plecach, a w nich m.in. śpiwory i powerbanki. Przecisnęli je przez dziury w murze. - Wcześniej też tak robiliśmy, gdy ktoś potrzebował wsparcia. W tej sytuacji nie mieliśmy pewności, że osoby potrzebujące tam dalej są, bo nie było ich słychać. Ale było tak zimno, że uznaliśmy, że musimy im te rzeczy przekazać. Chcę podkreślić, że po tej drugiej stronie muru jest jeszcze pas polskiej ziemi i tam przerzuciliśmy tę pomoc - opowiadają.
Złapani przez straż graniczną
Po dłuższej chwili, kilka (może kilkanaście) metrów od tego miejsca zostali zatrzymani przez straż graniczną. Pogranicznicy prawdopodobnie myśleli, że są uchodźcami, bo krzyczeli do nich w języku angielskim. - My grzecznie powiedzieliśmy: 'dobry wieczór' i stało się jasne, że jesteśmy stąd. Interwencja trwała dość długo, było nam strasznie zimno. Funkcjonariusze na nas krzyczeli, a było ich z dziesięcioro plus pies - słyszymy od naszych rozmówców.
Straż graniczna ostatecznie skierowała sprawę do sądu. Działanie aktywistów uznała za wykroczenie. Wskazała, że powinni odpowiadać za naruszenie polskiego pasa granicznego. - Bo, wiadomo, nie można było nas ukarać za pomaganie. Znaleziono więc inny przepis. Jesteśmy do tego w jakimś sensie przyzwyczajeni, bo kryminalizowanie pomocy humanitarnej jest na porządku dziennym - wskazują gorzko aktywiści.
Miaźdży pomysł rządu ws. uchodźców. 'Puste sformułowanie'
Zaskakująca decyzja sądu
Cała czwórka dostała wyrok nakazowy - bez procesu. Dwie osoby nie zdążyły złożyć sprzeciwu od wyroku, ale dwie pozostałe go złożyły i sprawa miała trafić na normalną rozprawę. Nie trafiła, bo sąd - bez udziału stron - ją umorzył.
- Początkowo ucieszyliśmy się. Myśleliśmy, że to korzystna dla nas decyzja. Bo podobne sprawy były prowadzone już wcześniej i wtedy kończyły się umorzeniem albo uniewinnieniem. Wszystkie poprzednie, a było ich już kilka. Jednak treść uzasadnienia nas zaskoczyła - opowiada mecenas Jarosław Jagura z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, pełnomocnik aktywistów.
Okazało się, że umorzenie to nie koniec tej historii. Sąd uznał, że nie można mówić o wykroczeniu wskazanym przez straż graniczną. W uzasadnieniu wskazał, że sprawę być może należałoby uznać za pomoc w nielegalnym przekraczaniu granicy. To poważne przestępstwo zagrożone karą do ośmiu lat więzienia. W sprawie orzekał sędzia Piotr Charkiewicz, który skierował wniosek o przyjrzenie się temu do prokuratury w Sokółce. Śledczy wszczęli czynności sprawdzające, od których zależy, czy będzie w tej sprawie wszczęte śledztwo i czy ktoś powinien usłyszeć zarzuty.
"Zdaniem sądu - mając dodatkowo na uwadze, że przekraczanie granicy wbrew obowiązującym przepisom (...) przyjmuje obecnie zazwyczaj formę zorganizowanego procederu - oskarżyciel publiczny powinien był na podstawie zgromadzonego w niniejszej sprawie materiału dowodowego przeprowadzić postępowanie przygotowawcze, celem ustalenia, czy doszło do popełnienia przestępstwa z art. 18, paragraf 3. Kodeksu karnego w związku z art. 264, paragraf 3. Kodeksu karnego. Bezzasadne było natomiast rozdzielanie poszczególnych elementów przedmiotowego zdarzenia oraz kwalifikowanie ich jako wykroczeń (...)" - napisał w uzasadnieniu sąd.
Rząd Tuska muru na granicy nie obali. Wywózki mają być 'etyczne i bezpieczne'
W aktach sprawy jest szczegółowy wykaz rzeczy, które aktywiści przerzucili przez granicę. - W worku oznaczonym numerem jeden znajduje się - uwaga - para rękawic, czapka, dwie pary skarpet, dwie konserwy z napisem 'pasztet podlaski', pojemnik z napisem 'pasztet', dwa opakowania sucharów, dwa opakowania batoników z napisem 'energy', woreczek foliowy z folią termiczną, trzy soki 'Kubuś', trzy woreczki z napisem 'hand warmer', dwa opakowania z napisem 'grzejki', opakowanie z napisem 'mieszanka studencka', pięć cukierków z napisem 'krówka', i tak dalej, i tak dalej - cytuje mecenas Jagura. I dodaje, że wśród znalezionych rzeczy były też ubrania, śpiwory i powerbanki.
- Wcześniej niektóre sądy - w tego typu sprawach - podkreślały, że osoby działały w stanie wyższej konieczności, ratując zdrowie i życie ludzi znajdujących się po drugiej stronie granicznej zapory. Sądy wskazywały przy tym, że aktywiści chcieli pomóc, dostarczając najpotrzebniejsze produkty. Ale w Sokółce stało się inaczej - dziwi się Jagura.
- Sąd sam z siebie doszedł do przekonania, że powinno być zbadane, czy nie doszło tu do bardzo poważnego przestępstwa pomocnictwa do organizowania nielegalnego przekraczania granicy, czyli pomocnictwa do przemytu. Dla nas było to dużym zdziwieniem. Szczególnie w kontekście tego, co deklarują dziś przedstawiciele obecnej władzy, mówiąc, że nie chcieliby, aby osoby niosące pomoc humanitarną były karane za pomaganie - dodaje. I podkreśla, że od początku kryzysu na granicy prawnicy i NGOsy stali na stanowisku, że pomaganie jest legalne i nie jest przestępstwem.
- Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie sąd wywiódł swoje przypuszczenia, że - niosąc pomoc - pomagaliśmy w przemycie. Dla mnie to kompletnie kuriozalne - mówi jeden z aktywistów.
Groźny apel do rządu Tuska. 'Nie tak wyobrażamy sobie obiecaną nam praworządność'
Sprawa w rękach prokuratury
Na razie nie wiadomo, co zrobi prokuratura w Sokółce. Poprosiła sąd o akta, z którymi musi się zapoznać. - Apelujemy o dostrzeżenie działalności osób, które poświęcają często swoje życie osobiste kosztem niesienia pomocy innym, o docenienie ich roli w pomaganiu, a nie karanie i szykanowanie ich za to, że mają dobre serca - mówi mecenas Jagura.
Od ponad dwóch i pół roku aktywiści, wolontariusze i mieszkańcy Podlasia niosą pomoc ludziom w Puszczy Białowieskiej. Przekazują im jedzenie, wodę do picia, ciepłe ubrania, śpiwory czy leki. Robią to, bo - jak mówią - nie zgadzają się na niehumanitarne traktowanie uchodźców i wyrzucanie ich z Polski na Białoruś ani na stosowanie push-backów (czyli siłowego wypychania za granicę).
Tego typu działania, jak słyszymy, dotyczą zarówno dorosłych, jak i dzieci. Dotykają osoby z wielu krajów, m.in. Iraku, Syrii, Afganistanu czy Konga. O kryzysie w mediach mówi się coraz mniej, ale on nadal trwa. Aktywiści podają, że po obu stronach granicy życie straciło co najmniej 51 osób. W lasach Podlasia cały czas znajdowani są ludzie. Pomaga im m.in. Grupa Granica.