,
Obserwuj
Ludzie

Córka Iryny mówi już tylko po polsku. Cztery lata po ucieczce z Ukrainy

5 min. czytania
24.02.2026 11:12

Uciekła z dziećmi tuż po wybuchu wojny. Zaczynała jako asystentka w szkole, potem sprzątała urzędy, dziś wspiera migrantów w centrum integracyjnym. - Nie mam gdzie wracać - mówi Iryna Finchuk-Tsvirkun. Cztery lata po ucieczce z Ukrainy Lublin stał się jej domem, choć serce wciąż jest "tu i tam".

Pani Iryna z dziećmi w Lublinie zaczęła nowe życie (zdj. ilustracyjne)
Pani Iryna z dziećmi w Lublinie zaczęła nowe życie (zdj. ilustracyjne)
fot. Pawel Wodzynski/East News
  • Iryna Finchuk-Tsvirkun pochodzi z obwodu dnietropietrowskiego. Po przybyciu do Polski w 2022 roku, znalazła pracę w szkole.
  • Iryna pracuje obecnie w centrum integracyjnym, wspiera uchodźców i ich integrację.
  • Syn Iryny tęskni za Ukrainą, choć sytuacja tam jest wciąż trudna.
  • Iryna opowiada, jak zmieniło się jej życie w Polsce przez ostatnie cztery lata.

Iryna Finchuk-Tsvirkun pochodzi z obwodu dnietropietrowskiego, z miejscowości blisko Doniecka. Przyjechała do Lublina razem z dziećmi - dwójką własnych i z kuzynką - tuż po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji Rosji w Ukrainie. Wyjechali bardzo szybko, więc nie doświadczyli życia na wojnie. Gdy jakiś czas temu pojechali do domu na trzy miesiące, czym prędzej chcieli wracać. Byle być dalej od wystrzałów, rakiet, dronów i strachu. Po powrocie musieli skorzystać z pomocy psychologa. - Nasz pobyt tam to był naprawdę okropny czas. Bardzo dużo nas kosztował - opowiada nasza rozmówczyni.

Początki w Polsce

Gdy Iryna przyjechała do Polski w 2022 roku, zaczęła pracować jako asystentka nauczyciela w szkole podstawowej. Była taka możliwość dzięki zaangażowaniu organizacji międzynarodowych i ich pieniędzy. Do szkół Lublina trafiło prawie 100 takich asystentek z Ukrainy, które miały wspierać uchodźcze dzieci w polskich szkołach. Gdy jednak pieniądze się skończyły, wiele kobiet zostało bez pracy - jedne wróciły na Ukrainę, inne wyjechały dalej, np. do Portugalii czy Stanów Zjednoczonych. Jeszcze inne, by utrzymać siebie i rodzinę, poszły do pracy poniżej swoich możliwości.

Pani Iryna też przez rok była zatrudniona przy sprzątaniu, w jednym z urzędów. - To była ciężka fizyczna praca - wspomina. Nie poddała się. Wprost przeciwnie - rozpoczęła studia na lubelskim Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. - Chciałam się rozwijać, a w tym czasie na UMCS powstał nowy kierunek: migracja i mobilność. Skończyłam te studia, 11 lutego obroniłam pracę magisterską - mówi z dumą nasza rozmówczyni.

Co się zmieniło od wybuchu wojny?

Gdy poznaliśmy panią Irynę niedługo po przyjeździe do Lublina, bił od niej optymizm. Cieszyła się, że ma gdzie mieszkać, pracuje, dzieci poszły do polskich szkół i przedszkoli, wszyscy zaczęli się uczyć języka polskiego. Dziś nie kryje, że emocje są inne, a doświadczeń więcej, niekoniecznie dobrych. Jak wiele ukraińskich kobiet - rozwiodła się z mężem. Ma też świadomość, że nie ma gdzie wracać, bo miejscowość, w której mieszkała, jest nieustannie atakowana przez Rosjan. W sierpniu 2024 roku zarządzono ewakuację kobiet i dzieci. - Mój dom na razie stoi, ale nie wiem, jak długo, bo tam codziennie coś się dzieje. Nie ma opieki medycznej - do lekarza trzeba byłoby jechać pewnie ze 100 km, z edukacją też byłby problem, nie ma niczego - opowiada.

Przyznaje jednocześnie, że jej nastoletni syn chciałby wrócić do Ukrainy. - Wiem, że on chce do domu, ale chyba nie do końca rozumie, że tamtego domu po prostu już nie ma. Prawie połowa kolegów, koleżanek z klasy nie wróci, no bo już nie ma gdzie wracać - rozkłada ręce nasza rozmówczyni.

Inaczej wygląda sytuacja z pięcioletnią córeczką, która przyjechała do Polski cztery lata temu, będąc malutkim dzieckiem. Trafiła do żłobka, dziś jest w przedszkolu. - Gdy zaczęła mówić, mówiła głównie po polsku. I tak jest do dziś. Mówi po polsku bez akcentu. I nie bardzo chce rozmawiać po ukraińsku - w domu staram się mówić do niej w ojczystym języku, ale nie jest to łatwe. I nie ma się co dziwić - jest wśród polskich dzieci, rozmawia z nimi, bawi się. Nie wiem, co będzie dalej, bo od września ma iść do zerówki. A chciałabym, żeby jednak uczyła się także języka ukraińskiego. Wiem, że w Lublinie jest Sobotnia Szkoła Ukraińska, ale ona jest daleko od nas, trzeba dojechać na drugi koniec miasta, w sobotę, poświęcić na to cały dzień. To może być ciężkie - przyznaje pani Iryna. 

Sama Iryna pracuje obecnie na etacie w centrum integracyjnym dla Polaków i cudzoziemców - Baobab. To miejsce, które powstało po wybuchu wojny, by pomagać uchodźcom. Dziś oferuje m.in. naukę języków, zajęcia dla seniorów, szycie, robienie na drutach, spotkania dla młodzieży, zajęcia z psychologiem i wiele innych działań. Pani Iryna częściowo pracuje na tzw. frontdesku, czyli udziela wsparcia i informacji osobom, które przychodzą zasięgnąć porady na różne życiowe tematy. - Będę też wspierać rodziców, w ramach Baobabu, w zakresie edukacji - dodaje. Formalnie jest zatrudniona w Stowarzyszeniu Homo Faber (które prowadzi centrum integracyjne). - Jestem szczęśliwa, że mogę tu być, z tymi fajnymi ludźmi, że mogę się czuć potrzebna, że mam pracę. Nie chcę wyjeżdżać z Lublina, ponieważ Lublin to moje miasto, bardzo je pokochałam. I dziś naprawdę dobrze, bezpiecznie, spokojnie się tu czuję. Nie wiem, kiedy wojna się skończy. Na razie tego końca nie widać, ale mam poczucie, że nie mam gdzie wracać - dodaje nasza gościni. 

Iryna Finchuk-Tsvirkun
fot.

Iryna Finchuk-Tsvirkun

Pani Iryna wraz z koleżanką Białorusi - też migrantką - założyła też w Lublinie fundację "Marika" - to organizacja na rzecz integracji uchodźców i migrantów. - Dużo działań już udało nam się zorganizować. Zaprosiłyśmy m.in. gości z krajów arabskich, zorganizowałyśmy np. warsztat przygotowywania dań z kuchni syryjskiej. Były też warsztaty z przygotowywania barszczu ukraińskiego. Mamy oczywiście też nowe plany. Fundacja jest, ale już pięć miesięcy czekamy na formalną decyzję z sądu - podkreśla pani Iryna. 

A na co dzień? - Codziennie gotuję, dla siebie i dla dzieci. Przede wszystkim nasze potrawy ukraińskie - i to takie, jak gotowała moja mama i babcia. Dużo zup, w tym oczywiście barszcz ukraiński, który różni się od tego gotowanego w Polsce. Robię pierogi, ale też nieco inne niż w tutaj - opowiada pani Iryna. Jak dodaje, na dziś żyje wyłącznie "tu i teraz" - nie za bardzo myśli o przyszłości. - To jest trochę takie zawieszenie - tu i tam. Nie wiadomo, co będzie. Trzeba się skupić na tym, co jest dzisiaj. I tak robimy - podsumowuje w rozmowie z TOK FM.

Źródło: TOK FM