Rakieta uderzyła w ich dom. Nadal czekają na pomoc. "Nie chce mi się ani gotować, ani jeść"
We wrześniu rakieta spadła na dom w Wyrykach. Choć minęły dwa miesiące, procedury wciąż trwają, a poszkodowani czekają na pomoc i nie mogą wrócić do normalności. Do tego wszystkiego spotkała ich fala hejtu. - Naprawdę nie wiem, czego ludzie nam zazdroszczą - mówią.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak się żyje w Wyrykach dwa miesiące po dronowej nocy z 10 września?
- Jaką pomoc otrzymali poszkodowani, na których dom spadła rakieta i co dalej z budynkiem?
- Jak reagują sąsiedzi państwa Wesołowskich na to, co ich spotkało?
- Jakie działania podjął wójt gminy Wyryki?
Wyryki, malutka gmina na Lubelszczyźnie. Jest najrzadziej zaludnioną gminą w województwie lubelskim, a kryzys demograficzny jest w niej mocno widoczny. W ubiegłym roku urodziło się tu zaledwie czworo dzieci, a zmarło 40 osób. W dwóch pięknie wyremontowanych i dobrze wyposażonych gminnych szkołach uczy się po 50-60 dzieci. Jest tu kilka sklepów spożywczych, ciucholandy, gabinet weterynaryjny, przychodnia, punkt apteczny, gminna biblioteka. Do tego szereg starych, drewnianych domów - wiele z nich stoi pustych, niszczeją. Wokół głownie pola, łąki, lasy. Na polach praca wre - trwa koszenie kukurydzy i inne prace rolne.
Jak się żyje w Wyrykach dwa miesiące po upadku rakiety?
Był 10 września 2025 roku, ok. godz. 6:30, gdy na jeden z domów w Wyrykach spadła rakieta. Początkowo myślano, że to jeden z ponad 20 dronów, które wleciały wtedy w polską przestrzeń powietrzną. Dziś wiemy - choć wciąż nieoficjalnie - że była to jednak rakieta, wystrzelona prawdopodobnie z holenderskiego myśliwca F-35. Prokuratura na razie niczego nie potwierdza - śledztwo wciąż się toczy. Jak powiedziała nam Anna Adamiak, rzeczniczka Prokuratora Generalnego - trwa oczekiwanie na wyniki badań biegłych. Wszystko jest objęte tajemnicą, chodzi o bezpieczeństwo państwa.
Alicja i Tomasz Wesołowscy budowali swój dom przez wiele lat. Wymarzony, wyczekany, ich własny. Stanął tuż obok drewnianej posiadłości, w której pani Ala mieszkała od urodzenia. Myśleli, że teraz - już na emeryturze - będą mogli się nowym miejscem nacieszyć. - On z zewnątrz może jeszcze nie wyglądał dobrze, bo dopiero w tym roku mieliśmy go tynkować, ale w środku był przeze mnie w szczegółach urządzony. Każda rzecz była przemyślana. Wiele osób przychodziło i mówiło: "Jak tu pięknie". Lubiłam sobie spokojnie usiąść i wypić kawę. A dziś? Dziś nie ma nic - mówi w rozmowie z nami pani Alicja. Nie kryje emocji, nerwów, łez.
Rakieta spadła na dom w Wyrykach. Co zrobiło państwo?
Aktualnie rodzina mieszka w lokalu udostępnionym bezpłatnie przez gminę. Ich dom, w który uderzyła rakieta, ma iść do rozbiórki. Początkowo nadzór budowlany ocenił, że da się go wyremontować, ale dziś wiadomo, że jednak nie. Ściany popękały i pękają nadal, podłogi się zapadają, do budynku cały czas leje się woda. Na razie jednak nic się tu nie dzieje.
Wesołowscy nie dostali od państwa żadnych pieniędzy. - Cierpliwie czekamy. Dostajemy informacje, że procedury trwają. Nie znamy terminów, kiedy coś się ruszy, kiedy zacznie się rozbiórka. Słyszymy tylko, że wszystko potrwa, bo obowiązują procedury administracyjne, budowlane, prawne. Oczywiście, że chcielibyśmy, by wszystko przyspieszyło. Mamy już swoje lata. Nie wiemy, ile jeszcze przed nami - mówi pan Tomasz. Nerwy i emocje w nim również są ogromne, choć stara się trzymać.
Rodzina mieszka obecnie 1,5-2 km od swojego domu. Ale są na miejscu dwa-trzy razy dziennie. - Krowę sprzedaliśmy, bo nie dalibyśmy rady, ale wciąż mamy kurki, pieski, koty. Trzeba z nimi pobyć, nakarmić. Zawsze, gdy podjeżdżamy, nawet kury nie odstępują nas na krok. Zwierzęta też czują, że coś jest nie tak - mówi pani Ala.
Tragedia w Wyrykach. Na mieszkańców spadła fala hejtu
Na państwa Wesołowskich - po wydarzeniach z 10 września - spadła fala nienawiści i hejtu. Pojawiły się fake newsy m.in. o tym, że dom ucierpiał w wyniku burzy i porywistego wiatru, a nie upadku rakiety. Pisano, że pani Alicja ma ukraińskie korzenie, że teraz - po całym zdarzeniu - chce się jedynie na tym dorobić. - To bardzo boli. Ci, którzy to mówią, a są to m.in. nasi sąsiedzi - robią nam ogromną krzywdę, rozpowszechniając tak wiele nieprawdziwych informacji. Jak można mówić, że my chcemy się wzbogacić? - pyta z niedowierzaniem kobieta.
- Różne osoby pokazują nam artykuły z mediów o tym, ile [pieniędzy] rzekomo już nie dostaliśmy. A my praktycznie nic na razie nie dostaliśmy. Oczywiście mamy obiecaną odbudowę domu, ale to na razie tylko słowa, papierologia trwa - rozkłada ręce pani Alicja. Ludzie, jak dodaje, tego nie rozumieją. - Wierzą w to, co ktoś gdzieś napisze. Nawet się nie zastanawiają, jak bardzo takie słowa ranią. Nie spodziewałam się takich reakcji - przyznaje smutno.
"Wszystko włożyliśmy w ten dom"
Mieszkanka Wyryk mówi zdecydowanie, że "oddałaby wszystko, by jej dom stał jak dawniej, by mogła sobie w nim usiąść przy stole czy coś w kuchni przyrządzić". - Zawsze bardzo lubiłam gotować. A dziś nie chce mi się ani gotować, ani jeść. Nie wiem, czego ludzie nam zazdroszczą? - pyta retorycznie. Choć nadmienia, że jest też sporo osób, które na bieżąco ich wspierają: niektórzy sąsiedzi, wójt.
- Wszystko włożyliśmy w ten dom, by mieć gdzie na stare lata odpocząć, by miały gdzie przyjechać dzieci, wnuki. A dziś co? Wnuczka była i bardzo się bała. Zostaliśmy na razie z niczym - mówi nam dalej pani Alicja. Gdy pytamy, jakie plany mają na Święta Bożego Narodzenia, odpowiadają, że w ogóle o tym nie myślą, żyją z dnia na dzień, pewnie pojadą do dzieci. - Ale z drugiej strony, co wtedy z naszymi zwierzętami? - zastanawia się Tomasz Wesołowski.
Nie kryją, że ostatnie dwa miesiące to był najgorszy okres w ich życiu. - Jest bardzo źle. Psychika siada. Człowiek jest tylko człowiekiem i wszystko przeżywa na swój sposób. Nie da się stąd wyjść, wyjechać, zapomnieć. To był dorobek naszego życia - i teraz, gdy mamy ponad 60 lat - z powrotem mamy się dorabiać? Chyba cztery razy mieliśmy rozmowę z psychologiem, ale na co dzień jest nam bardzo ciężko - mówią poszkodowani. - Więc kiedy słyszę od niektórych: "Ty teraz to będziesz milionerką"... Przecież te słowa we mnie zostają, myśli się o nich. Zdarzyło mi się powiedzieć: "Ciekawe, co byś zrobił czy zrobiła, gdyby ciebie to spotkało?". Bo cóż więcej mogę zrobić? - dodaje pani Ala.
Na razie jest 8 tysięcy złotych zasiłku celowego. A co dalej?
Wojewoda lubelski poinformował, że na razie rodzina dostała 8 tysięcy złotych zasiłku celowego (to zasiłek wypłacany też na szybko np. przy powodzi czy innych kataklizmach) na bieżące potrzeby.
"Rodzina wybrała projekt domu, na który musi zostać wykonany kosztorys. Bezpośrednio po sporządzeniu kosztorysu przez biegłego, rozpocznie się proces inwestycyjny. Kosztorys zostanie przekazany do Ministerstwa Obrony Narodowej, a Wójt Gminy Wyryki złoży wniosek do wojewody o przyznanie środków na odbudowę domu. MON prowadziło w tej sprawie rozmowy z Ministerstwem Finansów, które ma zabezpieczyć środki na ten cel" - wskazał rzecznik wojewody Marcin Bubicz.
"Rodzina poszkodowanych dostała również z MON propozycję zadośćuczynienia w wysokości 200 tysięcy złotych" - dodał rzecznik. Co kluczowe i przez wielu niezrozumiałe - to na razie była jedynie propozycja.
- Czekamy na dalsze działania. Rozumiemy, że są procedury - mówi pani Alicja. Nie kryje, że byłoby łatwiej im to wszystko przetrwać, gdyby mieli jakiegoś koordynatora - kogoś, do kogo w każdej chwili mogliby zadzwonić, podpytać, porozmawiać. - Przecież nigdy wcześniej takie zdarzenie nie miało miejsca, nas pierwszych to spotkało. Jesteśmy emerytami, nie do końca umiemy się poruszać w tym gąszczu przepisów i procedur, a to wszystko jest jednak mocno skomplikowane. Urzędnicy sami też się tego uczą - słyszymy od państwa Wesołowskich.
Rodzina zastanawia się, czy rozbiórka ruszy przed Nowym Rokiem. - Jestem sceptyczny - przyznaje pan Tomasz.
Co zmieniło się w Wyrykach?
Wesołowski mówi nam, że życie w Wyrykach płynie w miarę normalnie. - Ale dla mnie absolutnie nie wróciło do normy. Przed 10 września miałem zupełnie inne plany, które legły w gruzach, tak jak ten dom - przyznaje gość TOK FM.
A co u innych mieszkańców wioski? Nastroje też nie są dobre. - Trudno się śpi. Nigdy nie miałam problemów, a teraz biorę tabletki na sen, bo cały czas myślę, że znów to [atak dronów - red.] się powtórzy - mówi jedna z mieszkanek, którą spotykamy przed sklepem.
Tadeusz Rudko jest kierownikiem Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Wyrykach, jednocześnie mieszka kilka domów dalej od rodziny Wesołowskich. - Mam poczucie, że nastroje trochę się uspokoiły, życie się toczy. Samoloty nad nami latały od dawna i dalej latają, bo to teren blisko granicy. Jedni współczują rodzinie, której dotknęła ta tragedia, inni są obojętni, jeszcze inni - zazdroszczą. A przecież ci ludzie budowali ten dom od 20, może 30 lat, mieli trojkę dzieci, dużo pieniędzy włożyli w ich wykształcenie, także ta budowała trwała i trwała. Dziś zostali z niczym. Czego im zazdrościć? Przecież to oni są ofiarami całej tej sytuacji - mówi pan Tadeusz.
Wskazówki dla ministra
Wójt Wyryk Bernard Błaszczuk to były funkcjonariusz Straży Granicznej, dziś mocno zaangażowany w pomoc rodzinie Wesołowskich. Robi, co może, ale przyznaje, że określonych czynności nie da się przyspieszyć. Nie było wcześniej takiej historii, nikt nie był na nią przygotowany. Do tego doszły pewne nieporozumienia - jak początkowa decyzja nadzoru budowlanego, który uznał, że dom - po generalnym remoncie - będzie się nadawał do użytku. Jak mówi wójt, to skomplikowało całą sytuację, bo dziś tamtą decyzję trzeba odkręcić, a to trwa. Do tego dojdzie cały proces uzyskiwania pozwoleń na budowę i innej dokumentacji. Rodzina - jako właściciele - musi włączyć się w to sama, bo urząd nie ma możliwości prawnych, by ją w tym wyręczyć.
W połowie listopada ma się odbyć spotkanie Alicji i Tomasza Wesołowskich m.in. z wójtem, przedstawicielami Ministerstwa Obrony Narodowej i wojewody lubelskiego. Być może wtedy padną wstępne terminy prac i rodzina dowie się, co ich czeka i kiedy. - Wiem jedno: po wszystkim chcę przygotować zestaw podpowiedzi, obserwacji, przemyśleń dla ministra obrony narodowej. Spiszę to wszystko i wyślę, by na przyszłość innym osobom było łatwiej. Jedną z propozycji będzie to, by pewne rzeczy można było załatwić na zgłoszenie, bez obowiązujących w prawie budowlanym czy administracyjnym terminów. By wszystko można było maksymalnie przyspieszyć, dziś nie za bardzo się da - mówi wójt.
W pomoc rodzinie od początku włączyło się stowarzyszenie z Wyryk - Poleskie Psy Ratownicze. Zorganizowało zbiórkę pieniędzy na pierwsze potrzeby, ale nie tylko. Organizuje też spotkania z ludźmi w ramach projektu związanego z obroną cywilną i ochroną ludności. Rozmawia z mieszkańcami o tym, jak reagować na sytuacje kryzysowe, jak być przygotowanym, by nie ulec panice. - To są takie cykliczne spotkania, budujemy na nich odporność społeczną. Bo to jest w tym wszystkim kluczowe - mówi prezeska stowarzyszenia Ewa Jabłońska.
Wnioski wyciągnęły także szkoły. Były rozmowy z dziećmi, ale nie tylko. W Szkole Podstawowej w Kaplonosach do 10 września odbywały się próbne ewakuacje, ale związane z pożarami - dzieci wychodziły na zewnątrz budynku. Teraz przeprowadzono już pierwszą ewakuację na wypadek ewentualnego ataku z powietrza. - Wiemy, gdzie mamy się wtedy zgromadzić, jak po kolei - klasa po klasie - mamy to przeprowadzić. Nie mamy żadnego schronu w piwnicy. Ale mamy korytarz, oddzielony dwiema ścianami bez okien i tam schodzimy. Już to przećwiczyliśmy, kolejne takie próbne ewakuacje przed nami. Sprawdziliśmy też m.in. zawartość apteczek, by były dobrze przygotowane. Także życie szkoły wróciło do codzienności, ale jednocześnie to, co się wydarzyło, było dla nas nauką. Musimy być przygotowani na różne scenariusze. Nie wiemy, co przed nami. Ważne jest zachowanie spokoju, bo ewentualny niepokój czy panika wśród nauczycieli przekłada się na dzieci, na uczniów. A musi być inaczej - tłumaczy w TOK FM dyrektorka szkoły Renata Paluszkiewicz.
Źródło: TOK FM