,
Obserwuj
Polska

Monika Richardson kontra weterynarze. "To nagonka w białych rękawiczkach"

5 min. czytania
29.07.2025 06:36
Monika Richardson - po śmierci swojego psa - w mediach społecznościowych zaatakowała klinikę weterynaryjną. Zdaniem Anny Kiedrzynek to nakręcanie spirali niechęci wobec lekarzy. - To jest taka nagonka w białych rękawiczkach. Bardzo nie wprost, bardzo niebezpośrednia, ale też szkodliwa - mówiła w tokfm.pl autorka głośnego reportażu o lekarzach weterynarii.
|
|
fot. East News/Instagram

 

  • Monika Richardson wywołała internetową burzę po tym, jak w mediach społecznościowych opublikowała nazwę kliniki, gdzie zmarł jej pies, wizerunek dyrektora tej placówki oraz rachunek za leczenie opiewający na 1800 zł;
  • Celebrytka zarzuciła lekarzom weterynarii, że zabrakło tu "jakiejś elementarnej przyzwoitości", napisała nawet o "lobby biznesu weterynaryjnego w Polsce";
  • Sprawę skomentowała w tokfm.pl reporterka Anna Kiedrzynek, autorka głośnego reportażu 'Co piąty weterynarz myślał o samobójstwie. Po dziewiątej eutanazji pękłam', opublikowanego w "Dużym Formacie".

 

Znana prezenterka telewizyjna Monika Richardson kilka dni temu poinformowała w mediach społecznościowych o śmierci ukochanego psa Paco. Zwierzę miało połknąć gumową zabawkę. Pomimo reanimacji Paco nie udało się uratować. Po tym wpisie wiele osób współczuło Richarson straty czworonożnego przyjaciela. Celebrytka postanowiła jednak opublikować kolejny post, który rozpoczął internetową burzę. Oskarżyła w nim klinikę weterynaryjną, do której trafiło zwierzę.

"Od dnia śmierci Paco dostaję od Was mnóstwo słów wsparcia, za które dziękuję. Ale jest też wiele pytań o to, gdzie zmarł mój ukochany spaniel. Zostawiam więc tutaj nazwę kliniki i nazwisko jej dyrektora, a także rachunek, który musiałam zapłacić za cztery ostatnie godziny życia Paco. Wiecie, ja się nie znam oczywiście, ale wydaje mi się, że czegoś tutaj zabrakło. Jakiejś elementarnej przyzwoitości, odrobiny empatii. Mam wrażenie, że coś się zepsuło podczas zamiany pacjenta na klienta, a opisu leczenia na "raport sprzedaży" - napisała celebrytka.

Po tym w internecie pojawiła się masa komentarzy krytykujących gwiazdę. Richardson udosteniła jeden z nich, w którym internauta zwrócił uwagę, że za występy w TV celebrytka inkasuje o wiele więcej pieniędzy i wskazał, że "kwota za leczenie jest zupełnie normalna". Wzburzona Richardson w odpowiedzi obwiniła lekarzy weterynarii o kampanię hejtu skierowaną w jej stronę. "Nie wiedziałam, że lobby biznesu weterynaryjnego w Polsce ma się tak świetnie" - napisała.

"Piszę to do wszystkich tych, którym się wydawało, że weterynaria w tym kraju to jeszcze zawód z powołania. Otwórzcie oczy: chodzi o kasę!! Ci ludzie są gotowi przyjść pod mój dom. To zorganizowana szajka, która nie cofnie się przed niczym. No ale trafiła kosa na kamień? Ja jestem z pokolenia, dla którego wolność słowa jest wszystkim. I jestem gotowa. Pozdrawiam wszystkich prawdziwych lekarzy zwierząt. Jest ich kilku, to wiem, piszemy ze sobą od wczoraj. Oby nie musieli wymrzeć? - dodała celebrytka.

"Zachowanie poniżej krytyki"

Zachowanie Moniki Richardson oburzyło reporterkę Annę Kiedrzynek, autorkę głośnego reportażu 'Co piąty weterynarz myślał o samobójstwie. Po dziewiątej eutanazji pękłam', opublikowanego w "Dużym Formacie" "Gazety Wyborczej".

- Nie wiem, czemu to miało służyć. Poza nakręceniem spirali niechęci i podejrzliwości wobec lekarzy weterynarii. Niepowstrzymanie emocji, spowodowanych być może smutkiem po śmierci psa, i atakowanie w związku z tym kliniki i lekarza, to moim zdaniem zachowanie poniżej krytyki - oceniła w rozmowie z tokfm.pl.

Dziennikarka podkreśliła przy tym, że zawód lekarza weterynarii jest bardzo trudny i obciążający psychicznie. - Już dawno temu zauważono, najpierw w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii, że w tej grupie zawodowej istnieje największe ryzyko samobójstwa. Mówiąc wprost, lekarze, a zwłaszcza lekarki weterynarii zabijają się czy próbują się zabić częściej niż przedstawiciele innych zawodów - alarmowała Kiedrzynek.

Jak wyjaśniła, wynika to właśnie ze specyfiki tej pracy. - Bo to jest zawód pomocowy, czyli osoby, które w nim pracują, mają na co dzień do czynienia z chorobami zwierząt, ze śmiercią, z zaniedbaniami, którym te zwierzęta są poddane, widzą dużo trudnych rzeczy - wskazała Kiedrzynek. - Anna Kiedrzynek

Ale dodatkowo to też zawód polegający na pracy z ludźmi. - Bo zwierzęta mają też właścicieli i ci właściciele są różni. Lekarze i lekarki weterynarii bardzo często nie dostają na swoich studiach narzędzi komunikacyjnych, psychologicznych, żeby sobie z tymi postawami właścicieli radzić - mówiła. A, jak relacjonowała, czasami jest to zalewanie się łzami w gabinecie weterynaryjnym, a czasami po prostu krzyk i agresja.

- Agresja słowna, czasami fizyczna, bo zdarzają się ataki na lekarzy weterynarii. Zdarzają się krzyki typu: "Spalę wam tę budę, spalę wam tę klinikę, naślę na was ludzi". I bywają to po prostu takie ekstremalne reakcje na żałobę po zwierzaku. A czasem, niestety, ludzie tacy są - agresywni, roszczeniowi, po prostu bezczelni. Nie widzą, nie chcą widzieć swoich zaniedbań, swojej winy w czymś. Nie chcą też widzieć, że medycyna - czy to ludzka, czy zwierzęca - ma ograniczenia - zaznaczyła reporterka.

'Dochodzi już do załamań nerwowych'. Narastający spór w Schronisku 'Na Paluchu'

Jak dodała, choć oczywiście zdarzają się błędy w sztuce, to nigdy nie ma czegoś takiego jak gwarancja, że zwierzę zostanie wyleczone. - Czasem może się wydawać, że człowiek przywozi prawie zdrowe zwierzę, które tylko "coś" zjadło niefajnego na spacerze, a zwierzęcia się nie udaje uratować. To są bardzo przykre sytuacje, ale one nie powinny skutkować tym, że ktoś po prostu wpada szał i krzyczy na tych lekarzy i im grozi - wskazała.

Richardson i jej wpisy na temat lekarzy weterynarii. "Nagonka w białych rękawiczkach"

- To, co zaprezentowała pani Richardson w swoim poście, to oczywiście nie jest bezpośrednia agresja, to nie są groźby karalne, ale jest to taka zakamuflowana sugestia, że zrobiono jej tutaj krzywdę, nie wykazano się empatią, zdarto z niej pieniądze. Gdzie ona jednocześnie prezentuje wykaz wszystkiego, co temu psu robiono i wygląda na to, że wszystkie siły i wszystkie ręce na pokład zostały rzucone, żeby on został uratowany. Też dlatego to pewnie ostatecznie tyle kosztowało. Więc to, co robi, to jest taka nagonka w białych rękawiczkach. Bardzo nie wprost, bardzo niebezpośrednia, ale też szkodliwa, bo może dokładać cegiełkę do takiego [agresywnego] podejścia ludzi do lekarzy weterynarii - mówiła Kiedrzynek.

Reporterka podkreśliła jednocześnie, że żeby zostać lekarzem weterynarii, trzeba skończyć bardzo trudne studia, porównywalne do medycznych. - Po takich studiach jeszcze do niedawna było absolutną normą, że młodzi lekarze weterynarii, żeby zdobyć jakiekolwiek doświadczenie i się zaczepić, szli do klinik i pracowali za naprawdę groszowe stawki. To były często pensje minimalne. Ceny usług weterynaryjnych były mniej więcej do 2020 roku w Polsce dość niskie. One podskoczyły, ale ceny usług generalnie wzrosły w ostatnich latach - powiedziała Kiedrzynek.

W jej ocenie dopiero od paru lat niektórzy lekarze weterynarii - którzy mają swoje małe prywatne gabinety - zaczęli zarabiać trochę lepiej. - A to jest często też wynik tego, że zakupili bardzo specjalistyczny sprzęt. Bo teraz jest taka tendencja wśród właścicieli małych zwierząt, psów, kot, świnek morskich itd., żeby te gabinety się specjalizowały. Mamy weterynaryjnych kardiologów, nefrologów - a to wymaga dodatkowych kursów, specjalizowania się. I stąd też te koszty - stwierdziła dziennikarka.

I dodała, że wciąż "ludzie po prostu czasami przeżywają szok, że trzeba tyle płacić za leczenie zwierzęcia". - Bo myślą - "jak to, to jest tylko zwierzę". A ktoś studiował sześć lat na bardzo trudnym kierunku, żeby teraz wiedzieć, jak tego zwierzaka leczyć. Ma sprzęty wzięte na kredyt, ma jakieś superspecjalistyczne USG, zatrudnia ludzi. To wszystko kosztuje. Ja się bardzo zgadzam z lekarzami weterynarii, którzy mówią, że zwierzę to luksus. Już teraz na tyle dużo wiemy o psychologii zwierząt, o tym, ile one czują, ile rozumieją. To jest istota, o którą po prostu trzeba bardzo dbać i trzeba wziąć za nią odpowiedzialność - podsumowała Kiedrzynek.