,
Obserwuj
Wielkopolskie

Będzie strajk w kominowym gigancie? "Rozzłoszczono załogę"

7 min. czytania
30.04.2025 06:34
Mariusz Piotrowski został dyscyplinarie wyrzucony z pracy po tym, jak zatrzymał linię lakierniczą. W jego ocenie iskry mogły doprowadzić do wybuchu. - A firma, zamiast naprawić tę lakiernię - wyremontować porządnie, łańcuchy ponaprawiać, woli pobieżnie coś dla oka zrobić, a tych, którzy to zgłaszają zwolnić - mówi tokfm.pl przewodniczący Inicjatywy Pracowniczej w Jeremiasie.
|
|
fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

 

  • Mariusz Piotrowski od 16 lat pracował jako spawacz w fabryce kominów Jeremias w Gnieźnie. Był przewodniczącym związku zawodowego w firmie i społecznym inspektorem pracy. 3 kwietnia został zwolniony;
  • To już drugi w ostatnim czasie zwolniony działacz związkowy w Jeremiasie. W lutym informowaliśmy o zwolnieniu Dariusza Modrzejewskiego, pracownika lakierni, który zgłaszał naruszenia zasad BHP;
  • W firmie trwa spór zbiorowy z pracodawcą. Niebawem ma odbyć się referendum strajkowe;
  • Na terenie firmy prowadzona jest kontrola Państwowej Inspekcji Pracy i Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

 

W Jeremiasie ostatnio wrze. Związkowcy domagają się m.in. 800 zł podwyżki dla każdego pracownika, wydłużenia przerwy oraz zmniejszenia tempa pracy. - Byliśmy gotowi podpisać częściowe porozumienie dotyczące dwóch punktów żądań. Pracodawca jednak na taką formę się nie zgodził - przekazała tokfm.pl Marta Rozmysłowicz, prawniczka związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Jak dodała, referendum strajkowe odbędzie się najprawdopodobniej na początku maja.

Związkowcy i zarząd próbowali dojść do porozumienia. Ostatnia tura mediacji zakończyła się w środę 23 kwietnia - bez sukcesu. - Podpisaliśmy protokół rozbieżności. (...) Jesteśmy o krok bliżej do strajku - podała prawniczka.

W piątek związkowców w Gnieźnie przyjechały wesprzeć: ministra pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oraz wicemarszałkini Senatu i kandydatka Lewicy na prezydentkę Magdalena Biejat. - Ten spór jest sporem legalnym. Macie pełne prawo do prowadzenia sporu zbiorowego i każdego jego etapu. A jeśli ktoś przeszkadza pracownikom w prowadzeniu legalnego sporu zbiorowego, to jest przestępstwo zagrożone sankcją karną - powiedziała ministra.

Firma utrzymuje, że sporu zbiorowego nie ma. "Spółka Jeremias od września prowadzi dialog z organizacją związkową OZZ Inicjatywa Pracownicza Jeremias w temacie zgłoszonych postulatów. Strony podpisały protokół rozbieżności. Chcemy podkreślić, że rozmowy nigdy nie miały charakteru sporu zbiorowego w rozumieniu przepisów prawa, dlatego ewentualny strajk będzie nielegalny" - przekazał tokfm.pl Grzegorz Indulski, który odpowiada za kontakty z mediami.

 

Szykuje się strajk w Jeremiasie? Po wyrzuceniu dwóch związkowców w zakładzie wrze

 

Walka o podwyżki i lepsze warunki pracy to nie wszystko. O Jeremiasie pisałam w tokfm.pl już kilka miesięcy temu. Opowiadałam wtedy historię Dariusza Modrzejewskiego, który został dyscyplinarnie wyrzucony po kilkunastu latach pracy. Teraz zwolniono kolejnego aktywnego związkowca Inicjatywy Pracowniczej, przewodniczącego związku - Mariusza Piotrowskiego. Miało się to stać w czasie kontroli PIP, którą Piotrowski - jako społeczny inspektor pracy - zlecił wraz ze swoją komisją zakładową.

Według związkowców warunki pracy w firmie mogą zagrażać zdrowiu i życiu pracowników. Przypomnijmy, że Jeremias jest europejskim liderem produkcji wkładów kominowych.

- Pracownicy lakierni zgłaszali mi, że są iskry [bo dochodzi do przebicia prądu - red.]. Pisaliśmy o tym do firmy już od 2-3 lat. Pracownicy wysłali pismo do dyrekcji również jesienią i praktycznie nie było odzewu. Cały czas zapewniano nas, że wszystko jest w porządku - opowiada nam zwolniony społeczny inspektor pracy. W końcu, jak dodaje, postanowił przyjrzeć się sprawie na własną rękę. Wypytał inspektora będącego już na emeryturze, który - w jego opinii - miał dużą wiedzę w temacie. Usłyszał, że "pracownicy mogą stracić zdrowie, życie". - Naprawdę wziąłem to sobie do serca i poleciałem szybko do firmy, i zatrzymałem tę linię lakierniczą - relacjonuje Piotrowski.

Nasz rozmówca dziwi się, dlaczego firma - "zamiast porządnie naprawić tę lakiernię, woli pobieżnie coś dla oka zrobić". - A tych, którzy to zgłaszają, zwolnić - kręci głową. W jego ocenie jest to próba "obcięcia sprawie głowy".

Iskry to nie wszystko. Według pracowników Jeremiasa na kominie brakuje odpowiednich filtrów. - Mamy nagrane filmiki, jak wychodzi dym z lakierni - czarny jak smoła. Zgłaszałem to dyrekcji, ale niewiele się z tym dzieje - wskazuje nasz rozmówca.

 

Problemy w Jeremiasie. Są nagrania i jest odpowiedź

 

Nagranie dokumentujące iskry na lakierni w Jeremiasie zostało opublikowane przez poznańską "Gazetę Wyborczą". Według spółki jest ono "zmanipulowane". "Zwolnieni rozpowszechniają zdjęcia i filmy z zakładu, które zostały wyrwane z kontekstu i zmanipulowane - jednym słowem są oszczerstwem" - przekonuje Jeremias.

"Proces malowania proszkowego opiera się na zjawiskach elektrostatycznych - farba proszkowa jest przyciągana do malowanego elementu jak do magnesu, a pojawiające się iskry nie są efektem działania źródła zasilania elektrycznego w tradycyjnym rozumieniu. Firma wdrożyła szczegółowe procedury dotyczące regularnych przeglądów, pomiarów oraz wymiany łańcuchów. Ta operacja pochłania ponad 70 tysięcy złotych rocznie" - zapewnia spółka w oświadczeniu.

 

Kontrole w Jeremiasie. "Dbamy też o nasze Gniezno"

 

W firmie trwa obecnie kontrola Państwowej Inspekcji Pracy. Już podczas kontroli zwolniono Piotrowskiego z obowiązku świadczenia pracy. W opinii związku zawodowego chodziło o to, by nie miał kontaktu ze swoimi państwowymi odpowiednikami.

- Byłem na dwóch kontrolach i wskazałem im, gdzie są - moim zdaniem - nieprawidłowości. Na trzeciej byłem chwilę, bo firma zwolniła mnie już ze świadczenia pracy - potwierdza Piotrowski. - Akurat trafiłem na moment, gdy jeden z pracowników, który myje posadzki, wylewał nieczystości do kanalizacji burzowej - dodaje związkowiec w rozmowie z tokfm.pl. I dodaje, że dokumentacja wylewania chemicznych substancji do miejskich ścieków trafiła do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska, który także prowadzi kontrolę w firmie. - Zgłaszamy to, gdzie możemy. Próbujemy walczyć o pracowników, żeby pracowali godnie i w bezpiecznych warunkach. Dbamy też o nasze Gniezno. Mamy ogrody działkowe niedaleko, tu mieszkamy my, nasi bliscy i przyjaciele. Nie chcemy tu zanieczyszczeń - mówi Piotrowski.

 

"Mariusz to był dobry pracownik, dopóki nie wstąpił do związków zawodowych"

 

Mariusz Piotrowski pracował w Jeremiasie jako spawacz od 16 lat. Uważa, że jego problemy w firmie zaczęły się, gdy wstąpił do nowo utworzonego związku - Inicjatywy Pracowniczej. Miało to miejsce w 2021 roku.

Przekonuje, że powody jego zwolnienia są wyssane z palca. - Że niby naraziłem pracowników, że brałem godziny związkowe. No bzdura totalna. To jest tylko pretekst, żeby pozbyć się mnie z firmy, żebym już nie dociekał - mówi. - Moim zdaniem oni myślą, że podetną nam skrzydła, a tak naprawdę rozjuszyli załogę. Mam nadzieję, że załoga weźmie się w garść, pokaże swoją siłę, jedność i pokażemy zakładowi, że nie tędy droga, że powinien się dogadywać - dopowiada.

Piotrowski liczy na to, że sąd szybko przywróci go do pracy. Inaczej, jak mówi, zostanie bez środków do życia. Obawia się jednak, że - w związku ze swoją działalnością związkową - w innych zakładach "ma już wilczy bilet". - I teraz się zastanawiam, co zrobić. (...) Oczywiście chcę wrócić do załogi. Bardzo lubię spawać, tworzyć coś z niczego. I mam w nosie, co myśli o mnie dyrekcja, zależy mi na pracownikach - podsumowuje nasz rozmówca.

 

"Pracodawca odwraca kota ogonem"

 

Prawniczka Inicjatywy Pracowniczej Marta Rozmysłowicz nie ma wątpliwości, że firma zwolniła Piotrowskiego z naruszeniem przepisów prawa. - Był przewodniczącym zarządu związku zawodowego, a więc wyznaczonym do specjalnej ochrony działaczem związkowym, a także zakładowym społecznym inspektorem pracy, więc pracodawca nie miał prawa go zwalniać bez zgody związku - przekonuje w rozmowie z tokfm.pl. I potwierdza, że Piotrowski - przy pomocy związku - odwołał się od tej decyzji do sądu pracy.

Zdaniem działaczki związkowej to nie jest przypadek, że do pozbycia się Piotrowskiego z firmy doszło podczas kontroli PIP w zakładzie. - Przepisy przewidują, że inspektor PIP podczas kontroli współpracuje z zakładowym społecznym inspektorem. Mariusz miał więc prawo uczestniczyć w tych czynnościach kontrolnych, co robił. Był bardzo aktywny. I pracodawca nie dość, że zwolnił go dyscyplinarnie, to także - zanim to zrobił - zwolnił go z obowiązku świadczenia pracy, co jest zresztą niezgodne z przepisami. Taka możliwość istnieje bowiem tylko w okresie wypowiedzenia. Natomiast pracodawca sięgnął po ten przepis w czasie konsultowania ze związkiem zwolnienia działacza - opisuje Rozmysłowicz. W jej opinii "pracodawcy bardzo zależało na tym, żeby Mariusz nie był na zakładzie - żeby inspektor pracy rozmawiał tylko ze stroną pracodawcy".

Także przyczyny dyscyplinarnego zwolnienia pracownika prawniczka uznaje za bezzasadne. - Pracodawca stara się przerzucić na Mariusza odpowiedzialność za własne niedociągnięcia w zakresie BHP. Twierdzi, że Mariusz miał za późno zgłosić zagrożenie dla pracowników. Natomiast pracodawca o tym zagrożeniu dla życia i zdrowia wiedział bardzo dobrze, ponieważ sami zgłaszaliśmy mu już dwa lata temu problem wyładowań elektrostatycznych na lakierni, czyli w zasadzie zagrożenia wybuchem - twierdzi prawniczka.

I przekonuje, że "pracodawca to zagrożenie ignorował". - I teraz odwraca kota ogonem, starając się wykazać, że to wina pracownika. A organizacja warunków pracy w sposób bezpieczny i higieniczny jest podstawowym obowiązkiem pracodawcy. Jego odpowiedzialność w tym zakresie jest uprzednia. To znaczy, że zanim będzie egzekwować od pracowników ich powinności w zakresie BHP, to sam musi zapewnić bezpieczne warunki pracy - podkreśla Rozmysłowicz.

Pracodawca ma twierdzić także, że Piotrowski nie przyszedł do pracy, dlatego że przebywał na godzinach związkowych. Wyjaśnijmy - są to godziny pracy, które pracownik może wykorzystać bez utraty wynagrodzenia na działalność związkową. - Czyli pracodawca chciałby mieć kontrolę nad działalnością związkową i wyznaczać dni, w których organizacja związkowa może prowadzić swoją działalność. Przepisy nie przewidują takiej możliwości - mówi krótko prawniczka. Nadmienia też, że organizacja - choć przysługuje jej 140 godzin związkowych w miesiącu - nie wykorzystuje nawet połowy z nich.

 

Firma Jeremias zaprzecza zarzutom związkowców. "Kampania oszczerstw"

 

Firma Jeremias zdecydowanie zaprzecza zarzutom związkowców. W oświadczeniu firmy czytamy, że "od pewnego czasu spółka jest celem kampanii oszczerstw i manipulacji, których głównymi inicjatorami są dwaj byli pracownicy, zwolnieni dyscyplinarnie. Obaj są członkami Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, który we wrześniu 2024 roku wystąpił wobec firmy z szantażem i nierealnymi roszczeniami, grożąc jednocześnie kampanią bijącą w wizerunek firmy".

Jeremias przekonuje przy tym, że zwolnienie Mariusza Piotrowskiego nie było związane ze zgłoszeniem do PIP. W odpowiedzi na pytania tokfm.pl Grzegorz Indulski zaznacza, że "procedura zwolnienia została zainicjowana przed rozpoczęciem kontroli". A powodem zwolnienia Piotrowskiego było "uchylanie się od obowiązków pracowniczych, w tym nieusprawiedliwionych nieobecności w pracy, oraz zaniechania zagrażającego bezpieczeństwu innych osób załogi".

Indulski przekonuje także, że zarzuty o zagrażających zdrowiu i życiu pracowników warunkach pracy w firmie są nieprawdziwe. "Spółka Jeremias dba o bezpieczeństwo pracowników. Bezpieczeństwo na terenie zakładu jest nieustannie monitorowane i poprawiane, co ma odzwierciedlenie w obniżeniu przez ZUS składki wypadkowej. Zachęcamy pracowników do zgłaszania zauważonych obszarów wymagających poprawy, a na wszystkie zgłoszenia reagujemy bezzwłocznie, zgodnie z przyjętymi procedurami" - przekazuje przedstawiciel Jeremiasa.

Podobnie odnosi się do kwestii zanieczyszczania środowiska. "Tego typu zarzuty są nieprawdziwe - zanieczyszczenia odprowadzane są do studzienki kanalizacji sanitarnej, zgodnie z posiadanym pozwoleniem wodno-prawnym. Firma rocznie wydaje znaczące kwoty na utylizację odpadów; samo utylizowanie odpadu z lakierni kosztuje ją ponad 1 mln złotych rocznie" - wskazuje Indulski.