Naukowcy wyjeżdżają z USA. Niespodziewany efekt działań Trumpa i Muska [TECHSTORIE]
Administracja Donalda Trumpa wprowadziła chaos do amerykańskiej nauki. Granty i dotacje federalne przyznawane przez Narodowe Instytuty Zdrowia i Narodową Fundację Nauki USA są zamrożone, w agencjach federalnych, m.in. Narodowej Agencji Oceanów i Atmosfery (NOAA) i NASA trwają zwolnienia.
Do tego Elon Musk w DOGE macha maczetą i tnie wszystko, jak popadnie, także wydatki naukowe. Przy czym nie chodzi tu bezpośrednio o pieniądze na badaczy czy laboratoria, ale o tzw. koszty pośrednie. Są to opłaty bardzo prozaiczne: za energię elektryczną, zasoby komputerowe, usuwanie niebezpiecznych odpadów, personel administracyjny. Takie opłaty pobiera uniwersytet za to, że umożliwia prowadzenie w swoich placówkach badań naukowych.
Jak to wygląda w praktyce? Narodowe Instytuty Zdrowia informowały, że w ubiegłym roku pełna kwota grantów na badania biotechnologiczne w USA wyniosła 35 mld dol. A koszty pośrednie z tej kwoty wyniosły 9 mld dol. To trochę ponad ¼ wydatków.
Teraz administracja Trumpa stwierdziła, że te daniny są zdecydowanie zbyt duże i zapowiedziała ograniczenie ich dofinansowania. Odtąd nie mogą przekraczać 15 proc. tej części grantu, która trafia bezpośrednio do badaczy i na materiały do wykonania badań. A to oznacza, że uniwersytety będą musiały zacisnąć pasa. Niektóre już mówią o ograniczeniu liczby badań, a nawet zmniejszeniu naboru studentów.
Tak Musk 'ustawia' Europę. Uda się 'nie karmić trolla'? 'Nie wygląda to dobrze'
Naukowcy wystawiają głowę poza USA
To wszystko sprawia, że naukowcy zaczynają rozglądać się za alternatywami. Na pierwszej linii są ci, którzy zajmują się badaniami tematów uznanych przez Trumpa za niepożądane - chodzi przede wszystkim o klimat, płeć, równość, inkluzywność. Ale wraz z cięciami dołączają do nich także naukowcy zajmujący się naukami ścisłymi - biochemią, AI, medycyną itd.
Są już też pierwsze ruchy zachęcające naukowców z USA do zmiany barw. Jako pierwszy wykonał je uniwersytet we francuskiej Marsylii, który zaprosił do siebie amerykańskich kolegów, jeśli obawiają się o swoją pracę w USA. Tylko w ciągu tygodnia zaproszenie przyjęło kilkudziesięciu badaczy z NASA, Yale czy Stanfordu.
Główne obszary badawcze tych osób to "zdrowie (medycyna LGBT+, epidemiologia, choroby zakaźne, nierówności, immunologia itp.), środowisko i zmiany klimatu (zarządzanie klęskami żywiołowymi, gazy cieplarniane, wpływ społeczny, sztuczna inteligencja), nauki humanistyczne i społeczne (komunikacja, psychologia, historia, dziedzictwo kulturowe), astrofizyka". Czyli zasadniczo obszary, które chętnie rozwijalibyśmy także w Europie.
Polecimy na Marsa, ale jak z niego wrócimy? Problemy z wielkim planem Muska
Uniwersytet w Marsylii program dla naukowców z USA nazwał przewrotnie "Bezpieczne miejsce dla nauki". Na razie przeznaczono na niego 15 mln euro, ale zainteresowanie jest tak duże, że planuje się go rozszerzyć na inne uniwersytety oraz na inne kraje Unii, żeby UE mogła wchłonąć tylu chętnych naukowców, ilu się da.
Celnie podsumował to rektor uniwersytetu Eric Berton, który powiedział: "Jesteśmy świadkami nowego drenażu mózgów. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc jak największej liczbie naukowców kontynuować badania".
Czyli nowy decoupling zaczyna się przez Muska, a dokonuje rękoma naukowców, uciekających z Nowego, Wspaniałego Świata? Bardzo wymowne.
Ale to nie wszystko - w nowym odcinku podcastu "Techstorie" Sylwia Czubkowska i Joanna Sosnowska sprawdzają, czy Europa mogłaby sobie poradzić bez amerykańskich technologii. Po przejęciu władzy przez Donalda Trumpa na Starym Kontynencie zaczęło się robić bardzo gorąco. Czy jest szansa na to, by Europa znów stała się wielka, parafrazując Trumpowskie hasło MAGA? Jakie mamy plany, jakie możliwości i jakie ograniczenia dla rozwoju europejskich technologii? Czy obserwujemy właśnie "efekt Trumpa", który stanie się mocnym impulsem rozwojowym dla Europy? I czy od lat rozważane odcinanie się od Chin trzeba będzie teraz rozszerzyć na odcięcie się od USA? Posłuchaj: