,
Obserwuj
Świat

Dla kogo jest ośrodek w Czerwonym Borze? "Nawet politycy nie do końca rozumieją"

3 min. czytania
09.04.2025 12:27
W niedzielę późnym popołudniem pod ośrodkiem dla cudzoziemców w Czerwonym Borze na Podlasiu odbył się tzw. spacer obywatelski z udziałem narodowców. Małgorzata Rycharska z Hope and Humanity Poland opowiedziała o tym, jak wygląda ośrodek i kto w nim mieszka.
|
|
fot. Facebook.com/Małgorzata Rycharska

 

  • W niedzielę pod ośrodkiem dla cudzoziemców w Czerwonym Borze zebrał się tłum składający się z mężczyzn, kobiet i dzieci. Według ustaleń 'Gazety Wyborczej', wśród mężczyzn znajdowali się narodowcy. 'W tym ośrodku są rodziny z dziećmi. To wywołało taką atmosferę, że coś się stanie' - relacjonowała w TOK FM Małgorzata Rycharska;
  • Według aktywistki, kilka dni wcześniej czarnoskórzy mieszkańcy ośrodka zostali zaatakowani przez zamaskowanych mężczyzn uzbrojonych w kije bejsbolowe i metalową pałkę. 'Chłopak zasłonił się ręką, dostał tą pałką w nadgarstek. Drugi cios dostał w kręgosłup' - mówiła Rycharska;
  • Rycharska zaznaczyła, że osoby przebywające w ośrodku w Czerwonym Borze są w procedurze uchodźczej i zostały wcześniej zweryfikowane przez służby. 'Nikt niebezpieczny nie znajdowałby się w procedurze o ochronę, nikt niezidentyfikowany nie byłby w ośrodku otwartym' - podkreśliła.

 

W niedzielę 6 kwietnia około godz. 17 przed otwartym ośrodkiem dla cudzoziemców w Czerwonym Borze (woj. podlaskie) zebrał się tłum złożony z mężczyzn, kobiet i dzieci. Z ustaleń 'Gazety Wyborczej' wynika, że wśród mężczyzn znajdowali się narodowcy, w tym zwolennicy Roberta Bąkiewicza - byłego prezesa Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, a dziś prezesa partii Niepodległość. Wkrótce na miejscu pojawiła się policja, która wylegitymowała kilku uczestników "spaceru obywatelskiego" (tak wydarzenie było promowane w sieci). Po upływie około godziny wszyscy się rozeszli.

 

"Wielki lęk" w ośrodku w Czerwonym Borze.  Najpierw był wpis radnego

 

Jak opisywała w TOK FM aktywistka Małgorzata Rycharska, podczaspodczas gdy pod ośrodek podchodziły kolejne osoby, wewnątrz panował "wielki lęk". - W tym ośrodku są rodziny z dziećmi. To wywołało taką atmosferę, że coś się stanie. Te osoby często są po dramatycznych przeżyciach. Nie bez powodu są w Polsce w procedurze uchodźczej - uciekły ze swoich krajów przed zagrożeniem. To wzbudziło strach - mówiła współzałożycielka Hope and Humanity Poland w "Pierwszym Programie".

Niedzielny incydent był skutkiem ciągu zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni kilku ostatnich dni. Zaczęło się od złożonej przez Sebastiana Mrówkę - radnego PiS z powiatu zambrowskiego - interpelacji do wojewody podlaskiego w sprawie migrantów z ośrodka w Czerwonym Borze. Obok skanu pisma Mrówka zamieścił zrobione z ukrycia zdjęcie kilku czarnoskórych mężczyzn na spacerze. "Z nieoficjalnych informacji wynika, że do Czerwonego Boru przywieziono około 70 migrantów. Czy wszyscy zostali dokładnie sprawdzeni? Kto wydał tak absurdalną decyzję?" - pytał radny we wpisie w mediach społecznościowych.

 

Atak na uchodźców?

 

Następnie we wtorek (1 kwietnia) do Czerwonego Boru przyjechali wspomniani Robert Bąkiewicz i Janusz Kowalski. Próbowali wejść do ośrodka, ale bezskutecznie. Kowalski później informował w mediach społecznościowych, że "rozmawiał z imigrantem z Jemenu, który został trzy miesiące temu do tego ośrodka przewieziony z Niemiec w ramach procedury dublińskiej". To - jego zdaniem - stanowi dowód na to, że w Czerwonym Borze przebywają "relokowani nielegalni imigranci z Niemiec".

Dwa dni po wizycie Kowalskiego i Bąkiewicza - w czwartek 3 kwietnia - miało dojść do fizycznego ataku na czarnoskórych mieszańców ośrodka, którzy wracali z zakupów. - Zostali zaatakowani fizycznie przez czterech zamaskowanych mężczyzn. Podjechali samochodem, mieli w rękach kije bejsbolowe i metalową pałkę. Napastnik zamierzył się pałką w głowę. Chłopak zasłonił się ręką, dostał tą pałką w nadgarstek. Widziałam te obrażenia. Drugi cios dostał w kręgosłup i byli gonieni do ośrodka. Dwa dni później odbył się ten marsz, który przez organizatorów został nazwany "spacerem obywatelskim" - opisywała Małgorzata Rycharska w rozmowie z Wojciechem Muzalem. Jak dodała, zaatakowani mężczyźni zostali przeniesieni do innego ośrodka.

Co naprawdę wydarzyło się w Czerwonym Borze? 'Osoby ciemnoskóre przechodziły przez wioskę'

 

Dla kogo jest ośrodek w Czerwonym Borze? "Nawet politycy nie do końca rozumieją"

 

Jak wskazała aktywistka, cała historia skupia się wokół lęku przed migrantami, którzy stanowią niebezpieczeństwo dla mieszkańców. A - jak podkreśliła - każdy z mieszkańców otwartego ośrodka w Czerwonym Borze "został już sprawdzony przez Straż Graniczną. - Tam kierowane są osoby, które rozpoczęły procedurę o ochronę międzynarodową w Polsce i w tym czasie mogą w ośrodku mieszkać, czekając na decyzję. Nawet radni czy politycy nie do końca rozumieją, że jeżeli ktoś jest w procedurze, to oznacza, że Urząd do Spraw Cudzoziemców ma szczegółowe informacje o tej osobie. Nikt niebezpieczny nie znajdowałby się w procedurze o ochronę, nikt niezidentyfikowany nie byłby w ośrodku otwartym - wyjaśniła Małgorzata Rycharska w TOK FM.