Straż Graniczna zostawiła poważnie rannego w krzakach. Prokuratura umorzyła sprawę push-backu
Był maj 2023 roku. - To był początek moich działań w kwestiach humanitarnych, nie byłem jeszcze wtedy związany z żadną grupą pomocową. Przeczytałem w mediach o Etiopczyku, który został zatrzymany na pasie granicznym po tym, jak złamał nogę. Został wstępnie tylko zaopatrzony w szpitalu i wyrzucono go za barierę, czyli zastosowano push-back. Leżał w deszczu, w zimnie, bez pomocy, nie mógł się ruszyć. Uznałem, że pozostawienie go przy tym płocie wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 160 i 162 Kodeksu karnego. Chodzi o narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, ale również o nieudzielenie pomocy. Dlatego złożyłem zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy Straży Granicznej - opowiada aktywista i społecznik, Marek Męczyński ( przez długi czas działał w Podlaskim Ochotniczym Pogotowiu Humanitarnym).
Sprawa została umorzona
Marek był zawiadamiającym, choć nie było go wtedy na miejscu. Bezpośrednią świadkinią całej sytuacji była natomiast mieszkanka Podlasia, Beata Siemaszko. - Bardzo dokładnie to pamiętam. Jeśli chodzi o tego człowieka, to przez całą noc służby twierdziły, że tam przy pasie granicznym nikogo nie ma, chociaż było go słychać, gdy wołałam go po imieniu. Nie pozwalano mi się zbliżyć. Po kilku godzinach perswazji, próśb i apeli - a było bardzo zimno, siąpił deszcz - panowie w mundurach Straży Granicznej wzięli ode mnie torbę z jedzeniem, herbatą, śpiworem i chyba z jakąś czapką, i przekazali to temu człowiekowi - opowiada Siemaszko.
Jak dodaje, w próbę pomocy Etiopczykowi, który miał m.in. skomplikowane złamanie kości podudzia i uraz stawu skokowego, zaangażował się wówczas m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i media. - Po prawie dobie udało się tyle, że Straż Graniczna zabrała go zza tego płotu. Pojechali do szpitala w Siemiatyczach. Co ciekawego jest w tej historii? Push-backi ze szpitala nie były dla nas niestety niczym nowym, ale tu zdarzyło się coś innego. Bo to nie było tak, że Straż Graniczna zabrała człowieka ze szpitala pod swoją jurysdykcję i potem dokonała wywózki na Białoruś. Tutaj pogranicznicy usłyszeli wyraźnie od pani doktor, że cudzoziemiec musi być przewieziony do Hajnówki, bo w Siemiatyczach nie ma SORu. SG miała powiedzieć, że sama go przewiezie. Miałam okazję porozmawiać z lekarką, która na tym pierwszym etapie opatrywała nogę chorego. Nie będę jej cytować po tym, jak chory - nie wiadomo dlaczego - znów do niej wrócił. Ona była na przemian oburzona i zaskoczona tym, co się wydarzyło - opowiada Beata Siemaszko.
Kilka dni temu do Marka Męczyńskiego dotarła korespondencja z Prokuratury Okręgowej w Siedlcach z informacją o umorzeniu sprawy, po dwóch latach śledztwa - ze względu na "brak znamion czynu zabronionego". - Będę chciał tę decyzję zaskarżyć, pomagają mi osoby ze środowiska prawniczego. Jako obywatel RP czuję się poszkodowany takim zachowaniem funkcjonariuszy, którzy reprezentują nasze państwo i którzy mają nas chronić. Prawdę mówiąc, osobiście nie czuję się bezpiecznie ze świadomością, że fukcjonariusze mogą zostawić w lesie, bez pomocy, jakiegokolwiek człowieka - tłumaczy Męczyński.
Co na to prokuratura?
Jak przekazała nam rzecznik Prokuratury Okręgowej w Siedlcach Krystyna Gołąbek, w trakcie postępowania ustalono, że funkcjonariusze placówki Straży Granicznej w Mielniku, odpowiedzialni za podjęcie decyzji o odprowadzeniu mężczyzny na granicę państwową i nakazanie mu opuszczenia terytorium Polski, w dniu 6 maja 2023 r., w godzinach porannych, "nie posiadali wystarczającej wiedzy, aby ocenić, że pokrzywdzony znajduje się w stanie, który może zagrażać jego życiu i zdrowiu".
"Po tym gdy pokrzywdzony otrzymał pomoc medyczną w szpitalu w Siemiatyczach, w dniu 6 maja 2023 r. w godzinach porannych został przez sanitariuszy wojskowych przekazany funkcjonariuszom Straży Granicznej bez karty informacyjnej, czy też innej dokumentacji medycznej, jak również nie przekazano im innych informacji co do konieczności dalszego leczenia. W takiej sytuacji dowodowej brak jest podstaw do przyjęcia, że funkcjonariusze ci narazili mężczyznę na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu, nie wiedzieli bowiem, że znajduje się on w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" - napisała nam pani prokurator.
Śledczy ustalili, że następnego dnia - gdy mężczyzna leżał przy granicznym płocie - "podjęta została decyzja o wezwaniu karetki i udzieleniu mu pomocy. Przybyły na miejsce patrol Straży Granicznej otworzył bramkę techniczną w zaporze i mężczyzna o własnych siłach przeszedł na polską stronę granicy, po czym został przewieziony karetką do szpitala w Siemiatyczach, a następnie do szpitala w Hajnówce, gdzie została udzielona mu pomoc medyczna".
Prokuratura poinformowała TOK FM, że ostatecznie Etiopczyk postanowieniem Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim został umieszczony w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców, gdzie przebywał do 24 września 2023 roku. Opuścił go i na dziś nie wiadomo, gdzie się znajduje.
"W toku śledztwa uzyskano obszerny materiał dowodowy w postaci między innymi zeznań funkcjonariuszy Straży Granicznej wykonujących czynności z pokrzywdzonym, wojskowych sanitariuszy, lekarki, samego pokrzywdzonego, jego dokumentacji medycznej, materiałów dostarczonych przez Straż Graniczną, a także opinii zespołu biegłych z zakresu ortopedii, traumatologii, rehabilitacji medycznej i medycyny sądowej. Postanowienie o umorzeniu śledztwa w tym zakresie nie jest prawomocne" - napisała nam prokurator Krystyna Gołąbek.
Beata Siemaszko też zeznawała w tej sprawie w prokuraturze. - Podałam wszystkie szczegóły, z datami, godzinami, dokładnymi miejscami, wszystko co wiedziałam, łącznie z nazwiskiem pani doktor. I teraz nagle - po dwóch latach śledztwa - dowiadujemy się, że czyn "nie zawierał znamion czynu zabronionego". Dla mnie to jest po prostu jakieś kuriozum. Jeśli lekarz wydaje zalecenie przewiezienia chorego do innego szpitala, bo jest w takim a nie innym stanie zdrowia, a straż wywozi go w krzaki, za płot, to nie jest to złamanie prawa? To co jest tym czynem zabronionym, na czym my się właściwie mamy oprzeć? Okazuje się, że coś, co było ewidentną krzywdą, to nic takiego - mówi w rozmowie z nami mieszkanka Podlasia. - Uważam, że nasz system prawny stoi na głowie - dodaje.