Stawiszyński: Przeciwnicy aborcji sami nie wierzą, że aborcja jest morderstwem. O co im więc chodzi?

W to, że aborcja jest morderstwem, nie wierzą najprawdopodobniej nawet radykalni przeciwnicy jej legalizacji. A w każdym razie większość z nich. Gdyby w to bowiem wierzyli, domagaliby się za dokonanie aborcji dokładnie takich samych kar, jak za morderstwo. Ale się nie domagają.
Zobacz wideo

Na powyższy argument odpowiadają często, że przecież morderstwo jest kategorią niejednolitą i w zależności od tego, jak zostało dokonane – oraz jakie były towarzyszące okoliczności, np. motywacja, stan umysłowy oskarżonego, przebieg całego zdarzenia – Kodeks Karny przewiduje za nie różne kary.

Bez wątpienia. Dlatego gdyby przeciwnicy legalizacji aborcji byli konsekwentni – za przeprowadzenie tego zabiegu rozpiętość kar byłaby w ich wizji dokładnie taka sama, jak za morderstwo. Inna za działanie w afekcie, inna, gdy występują okoliczności łagodzące, inna zaś za aborcję z premedytacją.

Tymczasem – poza niewielką grupką jakichś zupełnych ekstremistów, nawet najbardziej tradycjonalistyczni katolicy nie proponują wprowadzenia takich prawnych rozwiązań.

Za tym, że tak naprawdę sami na poważnie nie uważają, że zapłodniona komórka jajowa jest człowiekiem, to znaczy podmiotem prawnym i moralnym na równi, dajmy na to, z pięcioletnim dzieckiem, przemawia jeszcze jedna przesłanka. Otóż organizm kobiety często sam z siebie wydala zapłodnione komórki jajowe, które nie zagnieżdżają się w macicy. Jest to rodzaj „aborcji naturalnej” regulowanej przez biologię. Przeciwnicy legalności aborcji zdają sobie z tego oczywiście sprawę i często twierdzą, że jest to odpowiednik śmierci z powodu katastrofy żywiołowej. A więc – sytuacja moralnie neutralna. Z tego jednak, że w katastrofach żywiołowych giną ludzie – wywodzą – nie wynika, że wolno ich intencjonalnie zabijać.

Tyle że – zostawiając na boku zasadność tego argumentu – w oczy rzuca się tu znowu oczywista niekonsekwencja. Ofiary katastrof żywiołowych bowiem odnajduje się i organizuje im pogrzeby, właśnie dlatego, że są prawnymi i moralnymi podmiotami. Gdyby zatem przeciwnicy legalności aborcji faktycznie uważali zapłodnioną komórkę jajową za pełnoprawną istotę ludzką – wnioskowaliby o jakąś procedurę kontrolną pozwalającą stwierdzić, że taka komórka została w tym a tym momencie wydalona przez organizm kobiety. Po stwierdzeniu zaś – organizowaliby jej pogrzeb, dokładnie tak, jak chcą organizować pogrzeby zapłodnionym komórkom usuniętym podczas zabiegu aborcji.

Nie robią jednak nic podobnego. Bo w gruncie rzeczy sami nie wierzą w to, co głoszą, a w każdym razie nie wyciągają konsekwencji z głoszonych przez siebie przekonań. Co z kolei nie obliguje nas ani do brania tych przekonań na poważnie, ani do traktowania tego rodzaju perswazji inaczej niż jako czystej manipulacji.

***

Czemu więc służy ta językowa mistyfikacja polegająca na podstawianiu „morderstwa” w miejsce „aborcji” albo „przerywania ciąży” i „dziecka” w miejsce „zygoty”, „embrionu” lub „płodu”? O co tak naprawdę tu chodzi, skoro autorzy tych podstawień zachowują się tak, jakby sami w znaczenia stosowanych przez siebie pojęć nie wierzyli?

Chodzi o władzę symboliczną. O dominację symboliczną. Sfera seksualności i rozrodczości jest po prostu ostatnim bastionem, ostatnią redutą władzy symbolicznej, której Kościół katolicki – pozbawiony przez naukę prerogatyw orzekania o tym, jak działa świat, a przez społeczeństwo obywatelskie prerogatyw do decydowania o sferze społecznej – stara się bronić za wszelką cenę. A polityczni reprezentanci Kościoła z ochotą sięgają do tych wszystkich erystycznych i niekonsekwentnych argumentów uruchamianych w walce o zachowanie dominacji nie tylko nad ludzkim ciałem, ale także nad ludzką wyobraźnią i psychologią.

Podstawową legitymację tego rodzaju działań czerpią z mitologii religijnej oraz z miejsca, jaką wciąż jeszcze zajmuje w świeckim państwie instytucja będąca zarazem tej mitologii rozsadnikiem, jak i beneficjentem.

Jak to działa? Tak mianowicie, że pozycja Kościoła w niekościelnym państwie sankcjonowana jest za pomocą mitologii, którą Kościół propaguje. Rolę, jaką religia pełni w społeczeństwie, definiuje więc sama ta religia, co jest niewątpliwym ewenementem w świeckich demokracjach, w których przestrzeń publiczną kształtuje się w oparciu o wiedzę naukową i argumenty ustalane w toku wolnej dyskusji, a nie narzucane odgórnie dogmaty. Kościół tymczasem sam o sobie powiada, że jest dysponentem metafizycznej prawdy, a jedynym źródłem tej tezy jest wyłącznie Księga, która ją stawia. Skąd zaś wiemy, że Księga jest godna zaufania? Z nauczania Kościoła. A skąd wiemy, że nauczaniu Kościoła należy ufać? Z Księgi.

I tak dalej – ad infinitum.

***

Jest to klasyczne zamknięte koło, standardowy logiczny błąd. Jego ukryciu służy całe to bogactwo erystycznych zasłon, którymi zabudowuje się sprawę oczywistą: nie ma żadnych racjonalnych przesłanek, żeby prawodawstwo świeckiego państwa było kształtowane w oparciu o przekonania religijne.

Są to przekonania nieweryfikowalne, oparte na fantazjach, a nie na faktach. Fantazjach, które służą przede wszystkim legitymizowaniu władzy tych, którzy nimi rozporządzają i nakazują wszystkim przyjmować je za prawdę, a w każdym razie zachowywać się tak, jakby były prawdziwe – podczas gdy nie ma ku temu najmniejszych powodów.

Jeśli ktoś chce wyznawać jakąś religię i stosować się do jej zasad, może to w demokratycznym kraju robić – o ile nie koliduje to z obowiązującym prawem i zwyczajami. Żadna religia nie powinna być jednak ani podstawą ustroju politycznego, ani w ogóle czynnikiem jakkolwiek wpływającym na kształt życia społecznego.

Z bardzo prostego powodu – z deklaracją, że ktoś reprezentuje na Ziemi wolę Stwórcy Wszechświata i realizuje jego bezpośrednie życzenia, nie sposób nic zrobić. Można ją albo przyjąć na wiarę, albo całkowicie zignorować. A że nic nie stoi za tym, żeby ją przyjąć – w nowoczesności bowiem kierujemy się siłą dowodów i argumentów, a nie siłą czystej perswazji – pozostaje wyłącznie drugie wyjście. Historia dobitnie pokazuje do czego prowadzi aplikowane w sferę polityki przekonanie o tym, że się realizuje wolę Bytu Absolutnego – czy to będzie transcendentne bóstwo czy Konieczność Dziejowa, czy cokolwiek innego, byle przerastającego każde jednostkowe prawa, wolności i wartości.

Okoliczność, że w Polsce wciąż jeszcze tego rodzaju fantazmaty determinują tak fundamentalne kwestie jak prawa reprodukcyjne kobiet – jest po prostu skandalem. Nie mam jednak zarazem wątpliwości, że najbliższe albo kolejne wybory, przyniosą odwrócenie tej tendencji – i skutecznie odsuną fundamentalistów od władzy. Na ich własne życzenie skądinąd, bo poza wszystkim to, co się dzisiaj dzieje, jest wyrazem ślepoty nie tylko moralnej, ale i politycznej.

***

Na gest Jarosława Kaczyńskiego, który postanowił radykalnie rozszerzyć – i tak masywne na tle innych krajów europejskich pole władzy symbolicznej katolicyzmu w Polsce – można patrzeć jako na wyraz albo kompletnej utraty kontaktu z rzeczywistością, albo kompletnego cynizmu.

W obu przypadkach mamy do czynienia z brutalnym rozmontowaniem jednego z ostatnich przyczółków chwiejnej równowagi w tym państwie. Przyczółku, który i tak w przeważającej mierze odzwierciedlał interesy i przekonania tradycjonalistycznej prawicy. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego skazujące na cierpienie kobiety zmuszone do rodzenia nieodwracalnie zdegradowanych organizmów, których jedynym horyzontem jest agonia i śmierć – to brutalne wywrócenie stołu. Rozerwanie resztek więzi spajających wspólnotę. Likwidacja ostatnich pozorów dialogu.

Zdziwienie, że ludzie wyszli masowo na ulice pomimo pandemii, lament, że zakłócane są msze święte, i że protestujący posługują się nieparlamentarnym językiem – to wszystko najczystsza hipokryzja, a przy tym zwyczajna manipulacja. Gdyby nie ten bezprzykładny akt symbolicznej hegemonii, gdyby nie zamach na wypracowany z wielkim trudem, niedoskonały, ale jednak jakoś elementarnie równoważący światopoglądowe przepaście konsensus – nie byłoby takiego pospolitego ruszenia.

Że się to wszystko wydarzyło w czasie pandemii, kiedy liczba zakażeń rośnie z dnia na dzień – to już naprawdę nie mieści się w głowie. Czyżby Kaczyński nie rozumiał jak to się skończy? A może to po prostu zimna strategia, mająca przemieścić odpowiedzialność za epidemiologiczną katastrofę, która nadchodzi wielkimi krokami, na protestujące kobiety i opozycję? Czy lawinowym wzrostem zakażeń, którym się skończą demonstrację, władza chce przykrywać całkowity brak przygotowania do drugiej fali pandemii? Totalną niewydolność państwa?

Niezależnie od tego, jakie za tym absurdalnym gestem stoją realne motywacje, jest on wyrazem jakiegoś mrocznego, destrukcyjnego popędu, który nie od dzisiaj charakteryzuje zachowania polityczne Kaczyńskiego.

***

A jest to popęd równie mroczny, jak bóstwo, w imię którego wprowadza się tego rodzaju regulacje. Bóstwo okrutne i bezlitosne, które zazdrośnie strzeże swej bezwzględnej władzy nad każdym biologicznym życiem (oczywiście z wyjątkiem tych sytuacji, kiedy to lekką ręką zezwalało swoim przedstawicielom na zabijanie heretyków albo czarownic). Bóstwo, które domaga się cierpienia bezsensownego, do niczego nieprowadzącego, pozbawionego jakiegokolwiek celu i wartości – tylko po to, żeby jego przedstawiciele mogli skutecznie dopełnić wymaganych czynności rytualnych. Bóstwo, które nie dość, że powołuje do istnienia organizmy, których jedynym przeznaczeniem jest umrzeć w męczarniach, to zarazem zakazuje wszelkich działań mogących tym męczarniom zapobiec. Zapobiec istnieniu, które będzie wyłącznie jednym wielkim pasmem udręki, niczym więcej.

Czy ktokolwiek naprawdę wierzy w takie bóstwo?

Być może.

Nikt jednak, kto w nie wierzy, nie ma prawa – ani moralnego, ani jakiegokolwiek innego – wymagać takiej wiary od innych. Nikt też nie ma prawa robić ze swojej wiary powszechnie obowiązującego przepisu. Jeśli sam tego pragnie, może się do niej stosować, ale narzucać niczego innym mu nie wolno. Bo powtórzę: nie ma żadnych przesłanek, żeby sądzić, że takie bóstwo istnieje. I nie ma żadnych przesłanek, żeby irracjonalne fantazje wpływały na życie i zdrowie milionów kobiet, okrutnie w imię tych fantazji zmuszanych do kompletnie bezsensownego cierpienia.

Życie i tak jest nim wystarczająco przepełnione. Na tym polega tragizm w życie wpisany, że nie jesteśmy czasem w stanie całkiem zniwelować cierpienia, a jedynie zmniejszyć jego sumę. Także aborcja bywa środkiem pozwalającym jego sumę zmniejszyć, Zastąpienie tego środka fantazmatem i religijnymi rytuałami cierpienie tylko i wyłącznie multiplikuje. Jeśli ktoś to wybiera – niech to czyni wyłącznie na własną odpowiedzialność.

***

W tym miejscu powinno się jeszcze w ramach puenty pojawić słowo, które często skandują uczestniczki i uczestnicy protestów.

Ale z powodu miejsca i czasu się nie pojawi. Pojawi się zatem parafraza.

Zwolennicy okrutnego bóstwa, fundamentaliści pozbawieni szacunku dla innych, dążący do totalnej symbolicznej władzy, politycy, którzy nie rozumiecie czym jest sztuka rządzenia zróżnicowanym społeczeństwem, i którzy nie wiecie na czym polega demokracja – oddalcie się.

Nie chcieliście rozmowy, no to jej nie będzie.

Zerwaliście dialog – no to koniec z dialogiem.

Dajcie znać, jeśli zechcecie go nawiązać, droga jest zawsze otwarta.

Ale na razie – do widzenia.

DOSTĘP PREMIUM