Sprawa fryzjera z Prudnika powinna dać rządzącym do myślenia. Prawnik ocenia, że to może być dopiero początek

Kolejni przedsiębiorcy zapowiadają, że nawet jeśli rząd nie zniesie obostrzeń, to i tak otworzą swoje biznesy. Nadzieję dał im wyrok z Opola, gdzie sąd uchylił karę nałożoną przez sanepid na fryzjera z Prudnika. - To powinien być czytelny sygnał dla służb, policji i sanepidu. Powinni szanować orzeczenia sądów, które wskazują na nielegalność rozporządzeń - mówi w rozmowie z TOK FM dr hab. Mikołaj Małecki.
Zobacz wideo

Przedsiębiorcy mówią wprost, że swoje biznesy otwierają, bo nie mają nic do stracenia. Wielu z nich stoi na krawędzi bankructwa. Jedni nie dostali żadnej pomocy od państwa, inni otrzymali wsparcie, które pozwoliło pokryć ułamek kosztów. Tak jak Karolina Bartosik, właścicielka jednej z krakowskich restauracji, która dostała 5 tys. złotych, choć utrzymanie jej lokalu kosztuje 50 tys. miesięcznie. To dlatego, wbrew rządowym restrykcjom, otworzyła swój lokal. Zarówno ona, jak i inni przedsiębiorcy, zapowiadają, że nie będą przyjmować ani mandatów od policji, ani kar od sanepidu.

Nadzieję daje im wyrok, który zapadł w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Opolu. Tamtejszy sąd orzekł, że sanepid nie może nakładać kar administracyjnych na podstawie rządowego rozporządzenia.

Chodziło o sprawę fryzjera z Prudnika, który w kwietniu 2020 roku, pomimo obowiązujących wówczas restrykcji, otworzył swój salon i obsługiwał klientów. Najpierw został ukarany mandatem, a za drugim razem sanepid nałożył na niego 10 tys. złotych kary. Jednak fryzjer z taką decyzją się nie zgodził. Ostatecznie sąd nie tylko uchylił decyzję o karze, ale też zobowiązał sanepid do wypłacenia mężczyźnie 697 złotych w ramach zwrotu kosztów postępowania.

W uzasadnieniu wyroku stwierdzono, że Rada Ministrów nie wprowadziła stanu klęski żywiołowej, dlatego dysponuje wyłącznie zwykłymi środkami konstytucyjnymi, nie może ograniczać konstytucyjnych praw i wolności rozporządzeniami. "W rozporządzeniu powinny być zamieszczane jedynie przepisy o charakterze technicznym, niemające zasadniczego znaczenia z punktu widzenia praw lub wolności jednostki" - orzekł sąd.

"To czytelny sygnał dla policji i sanepidu. Powinny szanować orzeczenia sądów"

- Rozporządzenie zakazujące prowadzenia w ogóle działalności gospodarczej danej branży jest sprzeczne zarówno z ustawą, jak i konstytucją. Zostało wydane bez podstawy prawnej. Potwierdzają to orzeczenia sądów - podkreśla w rozmowie z TOK FM prawnik dr hab. Mikołaj Małecki z UJ. - To nie jest tak, że orzeczenie sądu w sprawie fryzjera dotyczyło jakiejś skomplikowanej materii, że decydowały prawnicze niuanse, a sytuacja jest niejasna. To są podstawowe przepisy konstytucji. Sąd zwrócił uwagę na kwestie fundamentalne - ocenia prawnik.

Zdaniem Małeckiego mamy do czynienia z oczywistym naruszeniem prawa, dlatego jako "wysoce prawdopodobne", że ukształtuje się "cała linia orzecznicza" potwierdzająca nielegalność rozporządzenia, na mocy którego wprowadzane są ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej.

- Sąd nie jest związany przepisami rozporządzenia, podlega tylko konstytucji i ustawom. Wynika z tego, że decyzja władzy sądowniczej jest ważniejsza od rozporządzeń - podkreśla. I zaznacza, że w tym przypadku hierarcha jest jasna, czyli sąd może, a nawet powinien, weryfikować treść rozporządzeń. - W rezultacie nie mogą być nakładane na przedsiębiorców kary za naruszenie przepisów rozporządzenia, bo będą one wydane z naruszeniem prawa - ocenia nasz rozmówca.

- To powinien być czytelny sygnał dla służb, policji i sanepidu. Powinny szanować orzeczenia sądów, które wskazują na nielegalność rozporządzeń. Nie może być tak, że władza będzie bawiła się z obywatelem w kotka i myszkę. Policja i sanepid będą karać, a sądy będą anulować kary. To błędne koło trzeba przerwać przez powstrzymanie się od stosowania nielegalnego rozporządzenia - apeluje dr Małecki.

Prawnik zwraca też uwagę, że orzeczenia sądów - takie jak to, które zapadło w Opolu - mogą być w przyszłości bardzo ważnym argumentem dla przedsiębiorców, którzy będą ubiegać się o odszkodowania. 

Przedsiębiorcy nie odpuszczają i szykują kolejne pozwy 

Część przedsiębiorców przeszła od słów do czynów. Mecenas Jacek Dubois informował, że do Sądu Okręgowego w Warszawie jego kancelaria złożyła już pierwszy pozew zbiorowy przeciwko Skarbowi Państwa. Mowa w nim o szkodach wyrządzonych przez "nielegalne działania podjęte przez Ministra Zdrowia i Radę Ministrów w związku z epidemią" oraz o "zaniechaniu wprowadzenia stanu klęski żywiołowej", co uprawniłoby przedsiębiorców do uzyskania odszkodowań.

Wartość przedmiotu sporu? Niemal milion złotych. Pozew złożyli przedsiębiorcy turystyczni, wśród nich hotelarze, przewodnicy, piloci wycieczek, przewoźnicy czy agenci turystyczni.

Podobny pozew chcą złożyć przedsiębiorcy zrzeszeni w ramach Polskiej Federacji Fitness. Organizacja ogłosiła, że akcja to efekt "kilkutygodniowych analiz prawnych, spotkań z licznymi prawnikami i weryfikacją potencjalnych szans". Do pozwu dołączyło już kilkaset obiektów. "Nikt z nas nie może dłużej czekać" - piszą przedsiębiorcy z branży fitness. Dodają też, że ostatnie zapowiedzi rządu tylko utwierdzają ich w przekonaniu, że decyzja o pozwie zbiorowym jest słuszna.

Również przedsiębiorcy ze Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług zapowiadają, że będą walczyć do końca. Również na drodze sądowej. Uważają, że zamknięcie handlu to "absurd" i "dyskryminacja". "Nie rozumiemy, na podstawie jakich kryteriów rząd wprowadza ograniczenia, które faworyzują jedne gałęzie gospodarki, a dyskryminują inne. Jak mamy rozumieć, że pomimo oficjalnego zamknięcia centrów handlowych są one nadal otwarte?" - pytają przedstawiciele związku. Ostrzegają, że jednym z narzędzi, które zastosują niebawem, będą pozwy o odszkodowania.

Wicepremier grozi przedsiębiorcom, że nie dostaną pomocy

Rząd nie zamierza jednak zmieniać zasad, na jakich od początku epidemii wprowadza obostrzenia. Choć prawnicy, a także polityczna opozycja, apelowali, by wprowadzić stan nadzwyczajny, a nie rozporządzeniami wprowadzać kolejne restrykcje. Nie zanosi się też, by szybko zaczęto luzować obostrzenia. Wicepremier Jarosław Gowin spekulował w Magazynie EKG, że o ile sytuacja epidemiczna się nie pogorszy, to na początku lutego mógłby zostać otwarty handel.

Tylko co z przedsiębiorcami, którzy mówią, że już dzisiaj są na skraju bankructwa i muszą otworzyć swoje biznesy, żeby przetrwać? - Nie chcę mówić o konsekwencjach prawnych, bo te są oczywiste. Ci przedsiębiorcy, którzy złamią warunki rozporządzania, po prostu nie otrzymają pomocy - ostrzegał wicepremier. Stwierdził też, że to, czy wprowadzanie ograniczeń na podstawie rozporządzeń jest zgodne z konstytucją, rozstrzygnie Trybunał Konstytucyjny. - Poczekajmy na orzeczenie. W opinii naszych ekspertów działamy zgodnie z ustawą zasadniczą - podkreślił Gowin.

Jednak zupełnie inną ocenę sytuacji ma dr Mikołaj Małecki. - Sądy podlegają wyłącznie konstytucji i ustawom. Nie można zmusić sądu do stosowania rozporządzenia, które dany sąd uznaje za sprzeczne z ustawą. Władza sądownicza ma prawo kontrolować rozporządzenie, orzekając w danej sprawie - wyjaśnia nam prawnik. - Ostatnią instancją będzie tu Naczelny Sąd Administracyjny bądź Sąd Najwyższy, jeśli chodzi o sprawy karne. Kontrola konstytucyjności prawa w aktualnej sytuacji prawnej spoczywa na sądach, ponieważ Trybunał Konstytucyjny nie spełnia swoich ustrojowych funkcji - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM