Przed sąd za uratowanie psa. "Państwo polskie z obrońców zwierząt robi kryminalistów"

Największym problemem obrońców zwierząt w Polsce jest to, że nie walczą z oprawcami, ale z całym systemem - mówią nasi rozmówcy, którzy zajmują się tym od lat. Na koncie mają nie tylko zarzuty, ale i wyroki. - Za każdym razem w sądzie mówię, że dzisiaj zachowałbym się tak samo. Wolę ponieść karę, ale nie oddawać zwierząt oprawcom - słyszymy od jednego z nich.
Zobacz wideo

Na zdjęciu młody człowiek w kajdankach. Spięte ręce i nogi. Niczym groźny przestępca. - Wyglądam co najmniej tak, jakbym zabił ojca i matkę - mówi Konrad Kuźmiński, szef Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt, niezależnej organizacji broniącej praw zwierząt.

- A co pan zrobił? - pytam.

- Powodem zatrzymania miał być fakt, że nie stawiłem się na komendę - odpowiada działacz.

Kuźmiński został zatrzymany w maju 2019 roku. Za to, że nie przyszedł na policję, by złożyć zeznania w charakterze podejrzanego, m.in. w związku z kradzieżą trzech psów. Zarzuty postawiła mu prokuratura w Zgorzelcu.

Co to były za zwierzęta? - Psy na fermie fotowoltaicznej. Był lipiec. Alert drugiego stopnia wydany przez IMGW. 40 stopni w cieniu. Pot się lał, kiedy je odbieraliśmy - wspomina. - Psy miały rozwalające się szafki służące jako budy, bez wody i cienia. Opłakane warunki. Ale w naszym kraju coś takiego jest traktowane jako norma. Właściciel tych zwierząt nie zrobił dla nich nic, ale to ja borykam się teraz z problemami - dodaje.

Sąd w Jeleniej Górze przyznał, że zatrzymanie Kuźmińskiego na blisko 40 godzin było bezzasadne. Niedawno szef DIOZ pochwalił się w mediach społecznościowych, że Skarb Państwa, po półtorarocznej batalii, wypłacił mu 10 tys. zł zadośćuczynienia. Środki mają trafić do Dolnośląskiego Inspektoratu. Ale zarzuty kradzieży psów Kuźmiński ma nadal. - Pewnie niedługo do sądu trafi akt oskarżenia - przewiduje.

To niejedyna taka sprawa. Szef DIOZ mówi, że spraw ma "dziewięć albo dziesięć". Głównie o kradzież zwierząt albo zakłócanie miru domowego. - Niebawem mam badanie psychiatryczne, które oceni, czy podczas "kradzieży" tych wszystkich psów byłem poczytalny. I wie pani, co jest najśmieszniejsze? Wielu właścicieli zwierząt, które miałem "ukraść", jest poskazywanych prawomocnie za znęcanie się nad nimi. Nieźle, nie? - pyta retorycznie.

- Mam też niezłą historię z krowami. Sąd orzekł prawomocnie przepadek zwierząt na naszą rzecz, właściciel został prawomocnie ukarany. A ja mam teraz zarzut, że działałem "w celu przywłaszczenia i kradzieży wartych 10 tys. zł zwierząt" - opowiada.

Kuźmiński nie boi się używać mocnych słów. W mediach społecznościowych pisze, że "państwo polskie od lat robi z obrońców zwierząt kryminalistów". Że prokuratura masowo umarza sprawy znęcania się nad zwierzętami, a zamiast tego stawia zarzuty osobom, które te zwierzęta ratują.

- Ten kraj nie pozwala nam robić tego, co powinniśmy, czyli ratować zwierząt. Ja mam ich teraz pod opieką setkę i zamiast im pomagać, muszę biegać co chwila na policję, tłumaczyć się, iść na badania psychiatryczne... Tu mnie zatrzymają, przeszukanie zrobią - wylicza. - Nie dość że człowiek przez pół życia ratuje te zwierzęta za darmo, to jeszcze słyszy, że jest oszustem, złodziejem i największym kryminalistą. To jest dramat - stwierdza, nie kryjąc irytacji.

11 uniewinnień, trzy wyroki, siedem spraw w toku

Z podobnymi problemami mierzy się Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt. - Mam w toku obecnie siedem spraw o przywłaszczenie. Oprócz tego 11 spraw zakończonych uniewinnieniem, a trzy skazaniem. Te wyroki są już prawomocne - wylicza. Ratowaniem zwierząt zajmuje się od 15 lat. Przez ten czas, jak podaje, przeprowadził około 5 tysięcy interwencji, które skończyły się odebraniem 9 tysięcy zwierząt.

W internecie o Bielawskim można się sporo naczytać. Że kradnie zwierzęta, że "niszczy życie" rolnikom i hodowcom, którzy kochali swoje psy i nie zamierzali robić im nic złego. On sam zastanawia się, jak można mówić o kochaniu, kiedy psa w typie labradora, który powinien ważyć około 30 kilogramów, doprowadziło się do tego, że waży o połowę mniej i ledwo żyje.

- Mam wyroki za to, że nie oddałem zwierząt oprawcom po tym, jak umorzono postępowanie wobec tych ludzi. Raz były to psy z hodowli w Poznaniu, które topiły się we własnych odchodach. Druga sprawa to okolice Opola Lubelskiego. 21 buldożków francuskich utrzymywanych po prostu w syfie, w ciężkim stanie, ze świniami i kurczakami w chlewie i boksach. Trzecia sprawa, z 2014 roku z Ząbek, gdzie razem z policją odbieraliśmy zwierzęta. Wszystkie opinie wskazywały, że doszło do znęcania się nad psami, ale prokuratura sprawę umorzyła i kazała mi je oddać oprawcom. Nie zrobiłem tego - opowiada Bielawski. 

Dalej podkreśla: "Za każdym razem w sądzie na rozprawie mówiłem, że dzisiaj zachowałbym się tak samo, to znaczy odebrałbym psy tym ludziom, ponieważ były one w stanie zagrożenia utraty zdrowia i życia. Wolę ponieść karę, ale nie oddawać tym ludziom tych zwierząt. One często są już w nowych domach, zaopiekowane. I co, mają wrócić do oprawców?". 

Walka z systemem, nie z oprawcami

Zarówno Kuźmiński, jak i Bielawski podkreślają, że największym problemem obrońców zwierząt w Polsce jest nie walka z oprawcami, ale z całym systemem - z policją, prokuraturą, sądami. Bo system nie ratuje zwierząt i nie wyciąga konsekwencji wobec osób, które je krzywdzą. Śledztwa w tej sprawie są umarzane albo w ogóle odmawia się ich wszczęcia.

- Mamy sztab ludzi, którzy siedzą w biurze i składają zawiadomienia. Kiedy odbieramy korespondencję i widzimy, że w jakiejś sprawie został przesłany akt oskarżenia, cieszymy się jak trzyletnie dzieci, które dostały jakąś wymarzoną zabawkę. Tak nie powinno być - mówi Bielawski. 

Przekonuje, że ustawę o ochronie zwierząt mamy jedną z najlepszych w Europie. - Mamy naprawdę niesamowite kary w tej ustawie. Tylko co z tego, skoro osoby, które prowadzą postępowania karne - w policji czy w prokuraturze - nie potrafią zrozumieć tych przepisów, a sądy wymierzają kary w dolnej granicy - komentuje.  

Jak wyjaśnia dalej, chodzi między innymi o niezrozumienie definicji dotyczącej znęcania się nad zwierzętami. Według Bielawskiego, policjanci czy prokuratorzy często - analizując sprawy dotyczące zwierząt - odnoszą się do klasyfikacji przestępstwa ze znęcania się dla ludzi. Próbują udowodnić, że jeśli to znęcanie się nie było długotrwałe czy też zamierzone, to nie było znęcaniem. - A to nie jest prawda, bo w przypadku psa, jeżeli na przykład nie zapewnimy mu jedzenia czy wody w upał i to spowoduje u psa konkretne cierpienie, to będzie już znęcanie się - wyjaśnia. 

Poza tym spraw dotyczących znęcania się nad zwierzętami wciąż jest stosunkowo mało i wciąż są traktowane jako sprawy "drugiej kategorii". - Niedawno mieliśmy psa, który nie miał siły stać na własnych łapach. W kałuży pod własną budą o mało się nie utopił. Skrajnie wychudzony. Policjant przyjechał na miejsce i co? Niczego złego nie zobaczył, a nam utrudniał odbiór. Dopiero jak nagłośniliśmy sprawę w internecie, to się coś ruszyło - opowiada Kuźmiński.

- Składamy mnóstwo dokumentów. Są to gotowe materiały do postawienia zarzutów. Dokładne raporty z interwencji, zdjęcia, protokoły z przesłuchań świadków, opinie lekarskie, wszystkie kompleksowe badania i opinie zoopsychologa. Wszystko na tacy. Co dostajemy w zamian? Odmowa wszczęcia dochodzenia. Nawet nie umorzenie. Odmowa wszczęcia! A dlaczego? Bo przykładowy Jan Kowalski twierdzi, że kocha zwierzęta i nie miał zamiaru zrobić im krzywdy. Wszystko wymyślają te złe organizacje, które się czepiają - ironizuje Bielawski. 

Jako śmieszny i straszny zarazem przykład opisuje przypadek znajomego, również członka Pogotowia dla Zwierząt, który w gminie Łochów (mazowieckie) znalazł na drodze bezpańskiego psa. - Chciał go oddać do nas. Powiedzieliśmy, że nie ma opcji i poleciliśmy znalezienie hotelu, bo gmina nie miała podpisanej umowy z żadnym schroniskiem. A że były wakacje, to i hotele były przepełnione. Zabrał go więc do hotelu w Wodzisławiu Śląskim, skąd pochodzi. Opłacił, zaopiekował się. Ale znalazł się właściciel. Sprawą zajęła się policja i teraz kolega ma dostać zarzuty za to, że psa przywłaszczył - opowiada Bielawski. 

Problemem w ochronie zwierząt jest też fakt, iż do najgorszych rzeczy dochodzi na wsi, gdzie wszyscy się znają. - Policjant nie podejmie sprawy wobec "pana Zdzisia", z którym chadza na piwo albo "pana Wiesia", z którym jako dzieciak kopał w gałę - mówi działacz. 

Organizacje nie chcą kopać się z systemem

Z drugiej strony to właściciele zwierząt coraz częściej zgłaszają organizacje prozwierzęce na policję albo do prokuratury. Zarzucają im kradzież, przywłaszczenie albo zakłócanie miru. Bielawski mówi, że tak kończy się jakieś 10-20 procent wszystkich podejmowanych przez niego interwencji. Większość spraw jest umarzana, choć nie wszystkie. 

- Dobry przykład z gminy Serokomla w powiecie łukowskim na Lubelszczyźnie. Dokładnie 20 grudnia odbieraliśmy konia, który nie mógł chodzić, i dwa zagłodzone psy. Od rolnika. Zawiadomiliśmy gminę, wysłaliśmy wszystkie materiały do policji, ale ta odmówiła wszczęcia postępowania, a jednocześnie przeciwko nam wszczęła sprawę o przywłaszczenie zwierząt. A psy były zagłodzone i śpiące na ziemi, bo budy były dziurawe - opowiada Bielawski. 

Podkreśla, że przez brak wsparcia w policji, prokuraturze, inspekcji weterynaryjnej czy gminie większość organizacji w Polsce odbiera zwierzęta "na zrzeczenie". Wygląda to tak, że dotychczasowy właściciel podpisuje dokument, w którym zrzeka się prawa własności do danego psa czy kota. 

- Przyjeżdża ktoś z organizacji takiej czy innej. Pyta właściciela grzecznie: "Nie chciałby pan oddać tego pieska?". No to co ma zrobić właściciel? Odpowiada: "A bierz go pani, on i tak jest do piachu". I koniec - opisuje obrazowo Bielawski. - To jest bardzo złe, bo ten człowiek nigdy nie poniesie konsekwencji za to, że zagłodził psa albo doprowadził do tego, że urósł mu guz wielkości piłki, z którym nie poszedł do lekarza - dodaje. 

Bielawski przekonuje, że taki sposób działania dotyczy 90 procent organizacji prozwierzęcych w naszym kraju - po prostu ratują zwierzęta, odpuszczając walkę o ukaranie winnych ich krzywdy. - Jeśli jest organizacja z jakiejś bardzo małej miejscowości, to ona woli zrobić zbiórkę publiczną na tego psa, uratować go, wyleczyć, znaleźć mu dom i nie walczyć z całym tym systemem. I szczerze? Im dłużej działam, to tym bardziej te osoby rozumiem - kwituje. 

"Nie stać mnie na tylu adwokatów"

Gdy pytam swoich rozmówców o obrońców przed sądami, Kuźmiński podkreśla, że jako student prawa zawsze może liczyć na pomoc swoich profesorów, którzy służą mu radą. - Ale mam też trzech obrońców, którzy współpracują z organizacją i bronią mnie przed tym chorym krajem - mówi.

Bielawski w większości spraw broni się sam. - Nie stać mnie na tylu adwokatów. Te sprawy ciągną się po 5-6 lat. Teraz też mam średnio jedną albo dwie jakieś sprawy w tygodniu. Musiałbym być milionerem, żeby to wszystko opłacić - mówi. Choć zaznacza, że czasem z pomocy obrońców korzysta. Teraz na siedem spraw w toku w dwóch ma prawnika, a w pięciu broni się sam. 

I uważa, że na ogół jest skuteczny. - Nawet jeśli mam wyrok skazujący, zgłaszam apelację i tam często te skazania są uchylane. W apelacji jest już walka na argumenty, a nie na znajomości - mówi. - Nigdy nie narzekam. Nie marudzę, ale też nie chcę uchodzić za osobę, która jest butna. Bo tak nie jest. Mam dużo pokory. W sądzie staram się spokojnie bronić na argumenty i nie być arogancki. Na te 5 tysięcy interwencji i 9 tysięcy odebranych zwierząt, moje trzy wyroki skazujące to chyba i tak jest nieźle, biorąc pod uwagę patologiczny stan postrzegania ochrony zwierząt przez policję, prokuratury i sądy w Polsce - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM