Marta z Grupy ''Granica'': Na polskiej granicy niewyobrażalny poziom barbarzyństwa i okrucieństwa

Jest źle, a będzie jeszcze gorzej - mówią aktywiści o sytuacji na polsko-białoruskiej granicy. Ludziom, którzy błąkają się po lasach, jest coraz trudniej przetrwać, bo temperatury w nocy padają już do minus 7 stopni. "Matka boi się w lesie, że płacz jej dziecka zdradzi, gdzie są i że znajdą ich służby".
Zobacz wideo

Środek nocy, las na Podlasiu tuż poza strefą stanu wyjątkowego, na dworze przymrozek. Jest przerażająco zimno i mokro. Trudno pojąć, jak ktoś w tak nieludzkich warunkach może próbować przetrwać, kilka tysięcy kilometrów od własnego kraju. Czy w nocy śni mu się porzucony dom, samochód, praca? Wszystko to, co trzeba było zostawić uciekając z własnego kraju w obawie przed przemocą, wojną, prześladowaniami, brakiem perspektyw.

Grupa "Granica" znajduje w lesie potrzebujących wsparcia migrantów. Mają dla nich ciepłe śpiwory, koce, coś do jedzenia. Pomagają też opatrzyć rany tym, którzy błąkając się po lesie czy przechodząc przez drut poranili twarz, stopy czy ręce. Nagle z krzaków wyłania się tajemnicza postać. Wyłania się, a raczej wypada, bo to ktoś, kto ledwo trzyma się na nogach. Skrajnie wycieńczony, wygłodniały, wyziębiony, totalnie bez sił.

- Okazuje się, że to 20-letni Irakijczyk. Przez wiele dni sam błąkał się po lesie, bo zgubił swoją grupę. Wypadł z tych krzaków dopiero po jakichś dwóch godzinach od momentu, gdy pojawiliśmy się w tym lesie i zaczęliśmy pomagać. Zobaczył, że nic mu z naszej strony nie grozi, że że może nam zaufać i że chcemy pomóc - opowiada Marta Górczyńska z Grupy "Granica", prawniczka która od wielu lat pomaga migrantom.

Marta zapamięta na zawsze ogromne, przerażone oczy młodego chłopaka, gdy usłyszał, że trzeba wezwać karetkę, ale to wiąże się też z tym, że na miejscu pojawi się Straż Graniczna. - Pamiętam, że gdy powiedziałam "Straż Graniczna", to ten chłopak z Iraku spojrzał na mnie takimi oczami, jakich ja nigdy w życiu nie widziałam. Pomyślałam sobie: "Boże, co on musiał przejść, jaką traumę musi w sobie nosić, że na słowa "Straż Graniczna" -  jakby chciał zniknąć, zapaść się pod ziemię". Wolał schować się do tych krzaków, w stanie hipotermii, byle nie mieć kontaktu ze służbami. Bo wiedział, że to może się skończyć kolejną wywózką na Białoruś. Oczy tego chłopaka wracają do mnie niemal codziennie - mówi Marta Górczyńska.

***

Marta od kilku tygodni niemal non stop jest w pobliżu polsko-białoruskiej granicy, tuż poza strefą stanu wyjątkowego. Razem z innymi aktywistami każdego dnia stara się nieść pomoc migrantom i uchodźcom. W lasach widziała już wiele - wyczerpane starsze kobiety, dzieci, osoby niepełnosprawne, całe rodziny. Jak mówi, niemoc jest ogromna.

Opowiada, że najgorsze momenty są wtedy, gdy - po podaniu doraźnej pomocy - trzeba przekazać tym ludziom, że nic więcej nie można dla nich zrobić. Że nie można ich zabrać do samochodu i zawieźć do ciepłego domu czy ośrodka.

"Alarmujemy, ale ci, którzy podejmują decyzje - jakby nie słyszeli"

- Codziennie widzimy na granicy ogrom nieszczęścia. Ludzie są niejednokrotnie w stanie agonalnym. A my mamy świadomość, że nikt nas nie słucha. To co mówimy - nie dociera do osób, które podejmują różnego rodzaju decyzje - mówi Marta Górczyńska. - To, co się dzieje na granicy, to niewyobrażalny poziom barbarzyństwa, okrucieństwa, zaszczuwania ludzi, których jedyną winą jest to, że dali się skusić na oszukańcze obietnice Białorusi odnośnie podróży do Europy - dodaje aktywistka.

"Jest to przykładanie ręki do mordu. Okrutne barbarzyństwo"

Marta tematyką migracji zajmuje się od lat, wie, jak wiele osób zginęło na Morzu Śródziemnym, próbując dostać się na wymarzony ląd. - Mimo wszystko, z pełną odpowiedzialnością mówię, że nigdzie jeszcze nie słyszałam, by okrucieństwo było tak aktywnie prowadzone przez władze państwowe jak na naszej granicy. W tych lasach uciekają przed władzami ludzi, którzy nie mają zaufania do kogokolwiek, są absolutnie zaszczuci. Dochodzi nawet do tego, że matka boi się w lesie, że płacz jej dziecka zdradzi, gdzie są, a w efekcie - że zostaną znów porwani i "wyrzuceni za fraki" z powrotem do lasu na Białorusi - mówi Marta Górczyńska.

W ocenie prawniczki, czas, gdy na granicy umierają ludzie - nie jest czasem na to, by zastanawiać się, jak powinna wyglądać nasza polityka migracyjna. - Jeżeli my popieramy w tym momencie politykę państwa, które rodziny z dziećmi, osoby starsze, chore, niepełnosprawne ładuje na ciężarówki wojskowe i wyrzuca do lasu na mróz przy minus 7 stopniach, to jest to przykładanie ręki do mordu, który dzieje się na granicach. I to nie jest kwestia przyjmowania albo nieprzyjmowania uchodźców - to jest kwestia mordowania ludzi. Można też nazwać to igrzyskami śmierci - mówi Marta - bo to jest aktywne skazywanie ludzi na śmierć - dodaje.

Aktywiści codziennie dostają po kilkanaście - kilkadziesiąt apeli o pomoc z całego świata. Z jednej strony - od samych migrantów ukrywających się w lesie, z drugiej zaś - od ich rodzin, które szukają swoich bliskich, bo nie mają z nimi kontaktu i boją się o ich życie. - Najgorszym dramatem jest to, że tak dużo sygnałów do nas dociera, a przy wielu z nich - my nie możemy z tym nic zrobić, bo nie mamy wjazdu do strefy stanu wyjątkowego, nie możemy pójść tam, gdzie ta pomoc jest najbardziej potrzebna. To jest śmiertelna pułapka. I jeśli my z tym nic nie zrobimy, to będziemy mieć ogromne wyrzuty sumienia jako społeczeństwo za jakiś czas - wtedy, gdy w końcu wszyscy zdamy sobie sprawę z ogromu tej tragedii. Tragedii, do której doprowadzamy swoją biernością - mówi Marta Górczyńska.

Na polsko - białoruskiej granicy, jak podaje Fundacja "Ocalenie" - oficjalnie zmarło siedem osób. Nieoficjalnie? Tego nie wie nikt

DOSTĘP PREMIUM