Strefa bezprawia. "Tu jest coś osobnego od Polski". Na pograniczu muszą żyć według "widzimisię" mundurowych

Od początku września kilkadziesiąt tysięcy osób z polsko-białoruskiego pogranicza egzystuje w zawieszeniu. Rząd zabrał im część praw, a o tym, co wolno, a czego nie, często decyduje "widzimisię" mundurowych. - Żyjemy w państwie rozkazów. Tu jest coś osobnego od Polski - mówią mieszkańcy Puszczy Białowieskiej.
Zobacz wideo

Pod starostwem w Hajnówce dwadzieścia osób, kilka napisanych naprędce, na kartonie, haseł. "Stop murom i torturom", "Nie dla muru i munduru", czy - przyciągający szczególnie uwagę - "Mur wam w dupę".

To z powodu ruszającej budowy muru na granicy z Białorusią zaczęła się ta spontaniczna demonstracja. Jej uczestnicy uważają mur za głupotę. Bo podzieli na pół Puszczę Białowieską, przyrodniczy unikat na skalę światową. Bo przy budowie polegną do końca niszczone od miesięcy przez wojsko drogi. Bo to tylko odpychanie od siebie problemu migracji. Bo za pieniądze, jakie pójdą w żwir, stal i beton tylko na hajnowskim odcinku, można by we wszystkich domach w regionie założyć fotowoltaikę i jeszcze by na drugi basen wystarczyło.

Zapora powstaje bez oceny środowiskowej, bez pozwoleń na budowę, z ominięciem zamówień publicznych i z utajnionymi szczegółami technicznymi.

Demonstrujących filmuje policjant w mundurze i mężczyzna wyglądający na tajniaka. Po chwili policja zaczyna spisywanie, nie podoba jej się jedno z wznoszonych haseł. Działania mundurowych na nikim nie robią wrażenia. Jedyne, co można wyczuć, to znużenie i pogarda.

Patostan w patostrefie

- Myśmy się tu utwardzili. Wyszkolili i utwardzili - mówi Kamil Syller, gdy opowiadamy mu o obojętności demonstrujących na policyjną interwencję.

Mieszka w niewielkiej wsi na południe od Hajnówki. Błękitna cerkiew ze złotymi kopułami, może ze dwadzieścia domów, większość drewnianych. Do granicy z Białorusią cztery kilometry, strefa zaczyna się zaraz za gospodarstwami. Rozmawiamy przy dużym drewnianym stole, za ogromnym oknem rozciąga się widok na łąki, a dalej las. Czasem, pijąc rano kawę, można oglądać stąd żubry.

Z nazwaniem strefy wszyscy mają problem - stanu wyjątkowego nie ma od końca listopada, ale ograniczenia te same - zakaz przyjazdu ludzi z zewnątrz, ze szczególnym uwzględnieniem organizacji humanitarnych, niezależnych od państwa medyków i dziennikarzy. Wszystko na bazie zwykłego rozporządzenia, zdaniem prawników - nielegalnie. Nasi rozmówcy mówią więc zwykle "patostrefa" i "patostan".

- Parę dni temu byłem na zebraniu OSP. Rozmowa głównie o uchodźcach i mundurowych, do których miejscowi są już bardzo negatywnie nastawieni. Sarkazm, ironia, nikt już nie chce wychodzić z samochodu, kiedy żądają. Jak policjant coś powie, to się jeszcze coś tam robi, bagażnik otworzy, chociaż można też, jak się ma pół godziny wolnego, poprosić o protokół przeszukania - relacjonuje Syller.

Wojskiem się już jednak mało kto przejmuje. Ludzie się stawiają, dyskutują, prywatnego celu podróży nikt już nie podaje, bo pytać nie mają prawa.

- Wyszkoliliśmy się i utwardzili - powtarza.

Nie wolno i już

Należy do tych, którzy "chodzą do lasu". Czyli wyręcza państwo w ratowaniu zamarzających uchodźców. Karmi ich, daje im suche ubrania, udziela pomocy medycznej. Takich ludzi są w strefie i na jej obrzeżach setki. Państwo jemu i jemu podobnym odwdzięcza się po swojemu. Nękaniem.

- Potrafią stanąć pod domem, po drugiej stronie drogi i mrugać długimi światłami. Albo wejść na posesję, zaglądać do samochodów. Jesteśmy tu, obserwujemy. Wyszedłem kiedyś do nich, zapytałem, czy mają nakaz, bo to, co robią, to przeszukanie. Najpierw były pytania, dlaczego mój samochód stoi tam, gdzie stoi. Potem negacja, że nie przeszukują, że właściwie to ich tu nie ma. Kiedy zacząłem robić zdjęcia tablic rejestracyjnych, odjechali. Napisałem skargę do komendanta straży granicznej. Odpowiedzi nie dostałem, ale na działkę mi już nie wchodzą - opowiada.

Jeszcze gorzej potraktowali jego żonę, Marię Przyszychowską. - Byliśmy w lesie większą grupą, z pomocą, i kiedy wracaliśmy do naszych aut to zostaliśmy zaatakowani przez zamaskowanych, nieumundurowanych facetów. Mnie tylko pod bronią wyciągnięto z auta, ale mojego kolegę zglebowano.

Mężczyźni, w kominiarkach z wzorem w trupie czaszki, wezwali patrol Straży Granicznej. Sami się wylegitymować nie chcieli. Patrol przyjechał po 40 minutach. - Wszystkich spisali i powiedzieli: proszę nie chodzić po lesie. Bo co, nie wolno? Nie wolno, jest zakaz. Jaki zakaz, to nie jest strefa. Nie wolno i już - kończy Maria.

Listonoszka nie dojeżdża

Dołącza do nas Małgorzata Klemens. Mieszka w Puszczy, w głębi strefy, kilkaset metrów od granicy. Dlatego umówiliśmy się u Kamila i Marii. Właśnie wraca z gminy. Tam też nie cieszą się z budowy muru. Bo mur dzieli, również rodziny - na tych terenach większość mieszkańców ma białoruskie korzenie. Ale głównie martwią się o drogi, które już są w fatalnym stanie.

Do Bobinki, malutkiej wioski, którą granica dzieli na pół i w której mieszkają sami starsi ludzie, przez jakiś czas nie dojeżdżał sklep obwoźny. Nie był w stanie przedrzeć się przez rozjeżdżaną przez mundurowych drogę. Listonoszki Małgorzata nie widziała od miesiąca, umówiła się z nią, że pocztę będzie odbierać w szkole córka.

- Nie mam sumienia wymagać od niej, żeby swoim prywatnym samochodem tłukła się do nas kilka kilometrów przez las - wyjaśnia.

Bo jej drogę wojsko zniszczyło totalnie, w jedną noc, tuż przed prawosławnym Bożym Narodzeniem. Rosomakami. Wyglądało to tak, jakby sobie wyścigi urządzali. Nie szło im najlepiej - jeden wypadł z drogi i ugrzązł w bagnie.

- Ja rozumiem, młodzi chłopcy, adrenalina, fajny sprzęt za dziesięć milionów. Ale gdzie jest jakiś dowódca, gdzie szkolenie? - pyta Małgorzata.

Najbardziej zniszczony fragment drogi, ten, gdzie rosomak z niej wypadł, wojsko po paru dniach naprawiło. Ale reszta nadal jest dwa razy szersza i pełna błotnistych kolein.

Mogą z nami zrobić, co chcą

Doświadczeń z wojskiem Małgorzata ma więcej. Niewiele pozytywnych. Bo żołnierze wycinają, gdy są im potrzebne, drzewa z lasu. Palą w nim ogniska. I śmiecą.

- Pety rzucają, gdzie popadnie. Na przykład pod moim domem. Wkurzyłam się kiedyś, bo dlaczego ja, pięćdziesięcioletnia baba, mam sprzątać po dwudziestoletnich chłopcach. Wynieśliśmy im z mężem garnek z wodą, żeby mieli popiołkę. W lesie rozrzucają puszki po energetykach i opakowania po musztardzie. Niby to śmieci po uchodźcach. Polska musztarda… - mówi Małgorzata.

Wszystko to dzieje się w Puszczy Białowieskiej. Jedynym polskim obiekcie przyrodniczym na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Ale bywają gorsze sytuacje od śmiecenia.

- Około 20 przyjechało kilka ciężarówek, wysypali się z nich żołnierze. Poszłam zobaczyć, czy złapali kogoś, co się dzieje, czy może podać wodę, jedzenie, pakiety są w domu przygotowane na takie sytuacje. I zdążyłam wyjść, stanąć i nagle słyszę "o, wyszedł jakiś sk...piii" w białej bluzie, zostałam oślepiona latarkami, patrzę po sobie, a po mnie skaczą zielone punkty do namierzenia. Mało komfortowo się poczułam, nie jestem płochliwa, ale nogi mi się ugięły - Małgorzata nie potrafi zrozumieć tej sytuacji.

Wszystko działo się kilka metrów od jej rozświetlonego domu, na jej własnym podwórku. Nie skradała się, nie ukrywała.

Uchodźców, podkreśla, się nie boi. Bo jak można się bać kogoś, kto jest przemoknięty, przemarznięty i sam umiera ze strachu. Boi się za to służb.

- Mieszkamy sami, do najbliższych sąsiadów parę kilometrów. Żadnych świadków. Wojsko może z nami zrobić, co chce. I to nie jest przyjemna świadomość - podsumowuje.

Nie ten kraj

O tym, że uchodźcy strachu nie budzą, w przeciwieństwie do służb, mówi też Joanna Jacel. W Siemianówce prowadzi z mężem gospodarstwo agroturystyczne. To jego zamaskowani, wyglądający jak stadionowi bandyci tajniacy, rzucili na ziemię. I Aleksandra Szalwa ze Starego Masiewa, którą wojsko wyrzuca z odległego od domu o kilkaset metrów lasu, miejsca ulubionych spacerów.

- Mają tu poligon, mają ludzi do treningu, których można złachać, zrobić z nimi, co się chce. Naszym ludziom się kradnie rzeczy, np. defibrylator przenośny. On zniknął, to był zabór mienia. Potem się sprzęt znalazł w placówce straży. Wojsko go po prostu sobie wzięło. Jakiś protokół zatrzymania rzeczy? Zapomnij, nie ten kraj. Tu jest coś osobnego od Polski - podsumowuje Syller.

Bo mogą

By dojechać do Oliwii Hurley, musimy cofnąć się do Hajnówki, a potem skierować na Białowieżę. Kiedyś można było krócej, ale strefa. Jej rodzina pochodzi stąd, ale męża Brytyjczyka poznała na Wyspach. Mieszkają w jednej z wsi "trójmiasta" - trzech miejscowości położonych na kolejnych puszczańskich polanach przed Białowieżą. Samochód ma brytyjskie rejestracje. Przez to służby interesują się nimi jeszcze częściej.

- Kontrole i żadnych reguł. Trudno cokolwiek zaplanować. Raz machną ręką i każą jechać dalej, innym razem chcą sprawdzać bagażnik albo spisują stan licznika. Czasem są grzeczni, czasem chamscy. Czasem trzeba im przypominać, że mają obowiązek się przedstawić i podać powód kontroli. Pytam kiedyś policjanta, poza strefą, dlaczego mnie zatrzymuje i wypytuje. "W obecnych czasach mamy takie prawo, że sobie mogę panią zatrzymać, więc korzystam. Zatrzymuję panią, bo mogę" - opowiada Oliwia.

Co ciekawe, jej męża, Brytyjczyka, słabo mówiącego po polsku, nikt tak nie traktuje.

- Do niego są superuprzejmi, zawsze "sorry sir". Z czego to wynika? Nie wiem, pewnie z tego, że jest obywatelem z lepszego kraju, gdzie nie można tak ludzi traktować - śmieje się gorzko.

Hurleyowie mają dwie córki. Młodsza boi się hałasu, helikopterów, jeżdżących nocą przez wieś kolumn hummerów. Starsza próbuje zrozumieć. Jak mówi Oliwia - rozkminia. Po dziecięcemu, na fundamentalnym poziomie:

- Pyta mnie, czy w lesie są ludzie i czy nie można ich zabrać, bo jest bardzo zimno. Tłumaczę, że nie można. Ale kto tak powiedział? No rząd, bo oni są tu nielegalnie. A tam są dzieci? Oni zostawiają w lesie dzieci? Ale zawsze nam tłumaczysz, że jeśli coś będzie nie tak, to mamy dzwonić po policję. No tak. I oni nam pomogą? No tak. To tamtym dzieciom nie pomagają, a nam by pomogli?

Państwo rozkazów

Z dziećmi problem ma też Grażyna Chyra, białowieżanka, przewodniczka po Puszczy Białowieskiej. Mają ciemne oczy. A dla mundurowych kolor oczu, skóry czy broda to kryterium pierwszej oceny, czy ktoś jest podejrzany, czy nie. Więc dzieci Grażyny bywają podejrzane. Do tego stopnia, że policja domaga się do nich dokumentów, gdy jadą autobusem do Hajnówki.

- Cały autobus krzyczał, żeby je zostawili, żeby im dali spokój, że to są nasze, białowieskie dzieci - wspomina Grażyna.

Znamy się od jakiegoś czasu. Kilka miesięcy temu, gdy pracowaliśmy nad reportażem "Strefa strachu", opowiadała nam o codzienności w strefie. I moralnych wyborach, przed jakimi mieszkańców strefy postawił rząd. Spotykamy się w Hajnówce. Pytamy, co się zmieniło.

- Wojska jest więcej, jest bardziej bezczelne. Z jednej strony potrafią zatrzymać człowieka w lesie, z drugiej - nie wiedzą, co z nim zrobić, bo nic im nie wolno, więc ściągają straż. A to trwa. Godzinę, półtorej. Jesteśmy zmęczeni, ale staram się żyć normalnie, mój układ nerwowy się chyba przyzwyczaił - mówi.

Następnego dnia pisze:

- Jeden dzień, a zmienia się praktycznie wszystko… Jeszcze wczoraj mówiłam wam, że jakoś muszę tu żyć, że do tych wojskowych nie tyle się przyzwyczaiłam, co nie reaguję na to tak, jak na początku. Ale od wczoraj przez Białowieżę jadą jedna za drugą ciężarówki na budowę muru, to jeszcze gorsze, od dotychczasowych konwojów wojska. Do tego na Polanie Białowieskiej, poza wsią, właściwie na skraju parku, wojsko zaczęło drugi obóz budować. W miejscu, gdzie w ubiegłym roku pokazywałam klientom chmarę saren, a w tle pojawiła się wataha wilków. Nie mają żadnych zezwoleń, nic.

Kiedy Grażyna idzie na miejsce zrobić zdjęcia na potrzeby skargi, wojskowi próbują ją przepędzić. Blokują fizycznie drogę. Zakazują fotografowania. Gdy pyta, jakim prawem, odpowiadają, że takie mają rozkazy:

- Myślą, że wszystko mogą. Że mają nad nami kontrolę. Bo oni kierują się rozkazami. Państwo rozkazów.

***

Oficjalnie "patostan" ma się zakończyć 1 marca. Minister spraw wewnętrznych może go jednak w dowolnej chwili, na dowolny czas, przedłużyć. Mieszkańcy są pewni, że tak właśnie zrobi, co najmniej do czerwca, kiedy ma zakończyć się budowa muru.

Nikt jednak nie wie tego na pewno. Władza z mieszkańcami na ten temat nie rozmawia.

DOSTĘP PREMIUM