Strefa strachu. "Czujemy się zostawieni i opuszczeni, tak samo jak ci ludzie na granicy" [REPORTAŻ]

Rząd zrzucił na nas odpowiedzialność za czyjeś życie. Tylko od naszych wyborów zależy czasami, czy ktoś przeżyje. To muszą teraz dźwigać nasze sumienia. To jest bardzo ciężkie, za ciężkie - mówią mieszkańcy strefy stanu wyjątkowego wzdłuż polsko-białoruskiej granicy.
Zobacz wideo

Ustanowiona decyzją prezydenta strefa ma ponad 400 kilometrów długości i od kilku do kilkunastu kilometrów szerokości. Nie jest bezludna, objęła 183 miejscowości i kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Z dnia na dzień, na początku września, ich świat zmienił się całkowicie.

- Jakbyście mieszkali w czasie wojny obok obozu koncentracyjnego i patrzyli, i nic nie robili. Jak ja mam iść spać, kiedy mi się z lodówki wysypuje żywność, którą mogę wykarmić kilka osób? Jak ja mam iść sobie zrobić herbatkę, może grzańca, kiedy wiem, że kilometr ode mnie, może pół, albo pod moim domem, ktoś może potrzebować pomocy? I jest łapany, jak w łapance i wywożony na płot. Bez różnicy czy ma trzy lata, czternaście, czy pięćdziesiąt. Czy jest mężczyzną, czy kobietą. To jest dla nas nie do przyjęcia - mówi mi Adam, mieszkaniec Białowieży. Jak wielu sąsiadów pomaga uchodźcom.

Nie, nie uchodźcom. Ci, którzy niosą pomoc, nie lubią tego słowa. - Bo to są po prostu ludzie. Ludzie z granicy - podkreśla Adam.

Posłuchaj podcastu:

Okupacyjna rzeczywistość

Okupacyjna rzeczywistość to ciągłe kontrole. Punkty kontrolne stoją na wszystkich drogach przy wjeździe do strefy, nie brak ich też na jej obszarze. Czasem wystarczy pokazać dowód. Czasem trzeba zgasić silnik, wyjść z samochodu i otworzyć bagażnik. I tak co chwila. Bywa, że nawet kilkanaście razy dziennie.

- Cały czas wszędzie jest wojsko, straż graniczna. Policja przejeżdża kilka razy dziennie na sygnale. Nie robi to dobrej atmosfery w miejscu gdzie była enklawa spokoju, przyroda, gdzie mieliśmy turystów z zagranicy, teraz jest po prostu strach. Gdyby to trwało dzień, dwa, tydzień. Ale to już trwa dwa miesiące. I nikt nie wie, kiedy się skończy - mówi Adam. Rozmawiamy w Hajnówce, jako dziennikarz nie dostanę przepustki do strefy.

- W nocy jedzie kolumna dziesięciu radiowozów przez Białowieżę. Jadą po cichu, ale te migające niebieskie światła to jest intensywna ingerencja. Teraz już trochę mniej, ale do niedawna wciąż coś latało. Helikoptery, samoloty, drony - w nocy, w dzień. Skoro lata, to pewnie szuka ludzi. I to uczucie, pewnie kogoś złapali, kogoś wypychają - dodaje Joanna.

Z nią rozmawiam tuż przy granicy strefy, na leśnym parkingu. Widać stąd migające światła na punkcie kontrolnym. - Powiem ci, co znaczna część białowieżan robi rano, kiedy wstanie. Idzie do termometru i sprawdza jaka jest temperatura. I to bardzo dużo osób pyta: "Ty, było minus pięć stopni. Jak oni mogli przeżyć w tej temperaturze?" - opowiada Irek.

Z nim rozmawiam na wieży widokowej w dolinie Narewki. Patrzymy na las, najcenniejszy w tej części Europy - rezerwat Białowieskiego Parku Narodowego. W strefie.

I razem zastanawiamy się, ile kryje ciał.

Rząd zabrał nam las

- Nie umiem się cieszyć pięknem lasu, kiedy pomyślę, że za rok czy dwa pójdę na grzyby i będę znajdował ludzkie kości - podkreśla Adam i przyznaje, że las to jeszcze jedna rzecz, jaką władza zabrała mieszkańcom.

- Dla mnie las był takim miejscem, gdzie mogłam przyjść, odpocząć, zrelaksować się.  A teraz mam taki niepokój, kiedy jestem w lesie. Ciągła czujność. Cały czas w głowie coś tam się mieli. Może spojrzę na prawo, na lewo. Może ktoś tam siedzi, czegoś potrzebuje - mówi Grażyna. Jak wielu białowieżan żyje z lasu. Oprowadza turystów. Czy raczej żyła i oprowadzała. Turyści też nie mają tu teraz wstępu.

- Las jest taką zagadką, niewiadomą, pułapką. Teraz kojarzy mi się z ciemnością i zimnem. Wilgocią. I szukaniem przez ludzi wody na liściach - opisuje Joanna. - Las to jest potencjalny cmentarz. Miejsce, gdzie cierpią ludzie z granicy. A dla nas wiąże się ze stresem. To już nie jest miejsce, gdzie chodzimy się odprężyć - dodaje Kamil, który mieszka w południowej części puszczy.

Bez pakietu nie wychodzą z domu

Mimo to moi rozmówcy chodzą do lasu. Raz za razem, najczęściej nocą. Wtedy przychodzą "pinezki", czyli lokalizacje osób, które wzywają - najczęściej za pośrednictwem swoich rodzin - pomocy. Znaleźć pinezkę nie jest łatwo. Lokalizacje bywają niedokładne, czasem ci, co je wysłali, musieli się przemieścić. Do tego wszystko dzieje się w Puszczy Białowieskiej - prawie połowa jej powierzchni to tereny podmokłe, w wielu miejscach leżą zwalone drzewa. Pokonanie nocą kilkuset metrów może zająć nawet godzinę. Szczególnie wówczas, kiedy nie idzie się na lekko. A idąc z pomocą, nigdy nie idzie się na lekko.

Jeden z pokoi w domu Kamila przypomina magazyn organizacji humanitarnej w strefie wojny. Nie, on go nie przypomina, on jest takim magazynem. Tylko organizacji tu nie ma. Są ludzie dobrej woli. Pod jedną ścianą kartony z dziecięcymi kombinezonami, pod drugą ciepłe skarpety. Woda, batony. Folie NRC.

- To jest pakiet podstawowy: baton energetyczny - dużo łatwo przyswajalnych kalorii. Butelka wody - bo w lesie, na bagnach, nie ma co pić. Złoto-srebrna folia - pozwala się trochę ogrzać. Wszystko zapakowane w niedużą torebkę strunową - wylicza Kamil i pokazuje mi pakiety złożone w dużym kartonie.

Ci, którzy niosą pomoc, nie ruszają się z domu bez pakietu. Nawet, jak dodaje Grażyna, kiedy wychodzi z psem na łąkę. - Bo nigdy nie wiesz, kiedy będzie potrzebny.

Ludzie wożą pakiety ze sobą w samochodach, zabierają na spacery i wtedy, kiedy idą z odpowiedzią na konkretne wezwanie. Wtedy do pakietów trzeba dołączyć, w miarę potrzeb - śpiwory, ciepłe i suche ubrania, powerbanki - by ludzie z granicy mogli naładować telefony. Nagle robi się tego całkiem sporo. Plecaki ważą po kilkadziesiąt kilogramów. Szczególnie, jeśli grupa potrzebujących pomocy jest spora. A im robi się zimniej, tym grupy są większe.

Bajka o "młodych byczkach"

Minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński przekonywał, że ludzie z granicy to zoofile, pedofile i terroryści, generalnie - jak często powtarza rządowa propaganda - "młode byczki". Kiepsko dobrał moment. Tego samego dnia, kiedy społeczeństwem miały wstrząsnąć kadry z dostępnego od lat w sieci filmu zoofilskiego, rzekomo ze znalezionej w lesie karty pamięci, media po raz pierwszy udokumentowały fakt wyrzucania przez granicę małych dzieci.

- Te "młode byczki" to narracja, która się dawno skompromitowała. Tu mamy wszystkich - jazydzką biedotę, ludzi wykształconych. Kobiety, również w ciąży, które ronią dzieci w tych naszych lasach, bo albo poddaje się je przemocy, albo po prostu nie pomaga - wylicza Kamil.

Irek wspomina dwóch Syryjczyków, których wyprowadził, do karetki pogotowia, z bagien rezerwatu ścisłego Białowieskiego Parku Narodowego. - W wieku 60 plus, w watowanych, grubych spodniach. Pamiętam takie spodnie z dzieciństwa w latach '80. Wychowałem się na wsi, mój ojciec i mój dziadek w takich chodzili - opowiada.

Jak mówi Kamil, wśród osób, którym udziela pomocy, są urzędnicy, bankowcy, informatycy, nawet pielęgniarki i lekarze. Na przykład w dużej grupie Irakijczyków, uratowanych kilkanaście dni temu w środku Puszczy. Razem z miejscowymi i grupami pomocowymi dotarli do nich Medycy na granicy - grupa lekarzy i ratowników medycznych, działających wzdłuż strefy stanu wyjątkowego. Mimo wielokrotnych apeli, również Episkopatu, rząd wciąż nie pozwala im działać w strefie.

Na miejscu pomagała im jedna z ratowanych: iracka pielęgniarka anestezjologiczna. - To osoby, które byłoby tu fajnie przyjąć. Postarać się, żeby się tu zadomowiły. Gdyby tylko ten kraj był normalny - mówi zrezygnowany.

Zdaniem Kamila duża część Polaków źle znosi nie tylko przychodzących z Białorusi obcych.  Paradoksalnie przeszkadza im też to, że nie chcą tu zostać, ale wolą na Zachód. - Nam po prostu nagle opadają te husarskie skrzydła i czujemy się niedoceniani. My, taki dumny naród, a oni nie chcą tu zostać? - opisuje rozmowę, jaką prowadził ostatnio w lokalnym sklepie.

Joanna jednak dodaje, że chociaż Polska zachowuje się w sprawie kryzysu migracyjnego obrzydliwie, to tak naprawdę wina spada na całą Unię. - Mamy moralność zgniłego ziemniaka. My, Europejczycy, biali ludzie, jesteśmy zgniłym moralnie ziemniakiem. Obleśne to jest, gdzie jest to nasze światłe równouprawnienie? We wszystkich unijnych projektach musimy pilnować dostępności, równouprawnienia, wyrównywania szans. Ale tylko dla tych naszych, lepszych, białych - ocenia.

Kościoły wolą milczeć

- Znaleźliśmy się w rzeczywistości okupacyjnej. Są osoby uciekające i pomagające. Są obojętni i ci, którzy wydają - tak postawy miejscowych opisuje Kamil. Tych ostatnich - jak mówi - nie ma wielu. Niedawno w Białowieży ktoś, chyba pijany, w lokalnym sklepie krzyczał, że tych wszystkich obcych trzeba by wystrzelać. Ktoś inny z krzykiem, agresywnie biegł za pochodzącymi z południa Europy krewnymi jednej z miejscowych rodzin. Chciał dokonywać obywatelskiego zatrzymania, bo jak "ciemni", to na pewno najeźdźcy.

Wielu wypiera otaczającą ich rzeczywistość. W Białowieży są dwie gazety - gminna i społeczna. W tej pierwszej, zaraz po wprowadzeniu stanu wyjątkowego, nie było o tym ani słowa. Jakby się nic nie zmieniło. W drugiej było nawet sporo. Ale, jak wspomina Irek, zwykle gazetki są szeroko komentowane, dyskutuje się o nich w sklepie, z sąsiadami. Tym razem - głucha cisza.

Ale wielu nie jest obojętnych. - Czasem ktoś pyta: słuchajcie, co mogę zrobić, jak pomóc, może ugotować zupę? - opowiada Joanna. - Znam wiele osób, które włączają się w pomoc, poświęcają swój czas i przede wszystkim emocje. A ludzie tu z tą pomocą są sami, nie ma wsparcia ani gminy, ani kościołów - podkreśla z kolei Irek.

Rzeczywiście, w Białowieży funkcjonują trzy parafie: prawosławna, katolicka i baptyści. Nie pomaga żadna. Miała to zrobić gmina, po prośbach mieszkańców obiecała załatwić kontener na magazyn. Finalnie nie załatwiła, ale pozwoliła na ustawienie go na swoim terenie. I na to, by po gminie chodzili edukatorzy, tłumaczący mieszkańcom, jak pomagać. I że można pomagać.

Nielegalne niepomaganie

Chociaż sławna na całą Polskę rzeczniczka Straży Granicznej publicznie zapewnia, że przekazanie komuś z granicy jedzenia, wody czy suchych ubrań nie jest przestępstwem, to służby na miejscu zachowują się różnie.

Gdy do strażnicy w Białowieży trafiła duża grupa Irakijczyków z kilkunastoma dziećmi, jeden z mundurowych krzyczał na chcących pomóc mieszkańców, że dostarczenie dzieciom kaszy jest pomocą w przestępstwie przemytu ludzi. Za to grozi osiem lat więzienia. Finalnie jednak straż pozwoliła dostarczyć ludziom pomoc. Okazało się, że sama nawet nie ma czym ich nakarmić.

- Są próby wywierania presji, szczególnie podczas kontroli drogowych. Kiedy widzą w samochodzie jedzenie czy ubrania. Dopytywanie i sugestie, że to może być coś złego - opowiada Grażyna. - To jakiś absurd, żeby przepisy zabraniały ludzkich odruchów, podstawowych wartości. Przecież nie żyjemy po to żeby się obudzić, zjeść, załatwić potrzeby i pójść spać. Jesteśmy ludźmi i każdy dla nas jest człowiekiem - oburza się Adam.

Kamil, zawodu prawnik, dyskusję na temat nielegalności pomagania ucina krótko. - To niepomaganie jest nielegalne. Z każdym stopniem Celsjusza w dół coraz bardziej wchodzimy w artykuł 162. Kodeksu karnego, który przewiduje karę więzienie za nieudzielenie pomocy osobie będącej w sytuacji zagrożenia życia i zdrowia - przekonuje. - I to o to właśnie powinniśmy pytać służby - dodaje Grażyna.

Służby też są różne. Jak mówią mieszkańcy, wśród mundurowych są sadyści, którym sprawia przyjemność znęcanie się nad ludźmi z granicy. Są też tacy, którzy zasłaniają się rozkazami, rodzinami, kredytami. Ale niektórzy starają się pomagać, prywatnie. Przychodzą i proszą - o jedzenie, ubrania. Szczególnie miejscowi. - Spotkałem się z policjantem, który jak wychodzi do pracy, to żona robi kanapki dla niego i dla tych, których będzie zatrzymywał - mówi Adam.

- Nie chcę ich oceniać. Ale myślę sobie, co oni przeżywają, kiedy wywożą ludzi na płot. Potem wracają do domu, do rodziny, do żony, do dzieci. Nie wiem, o czym oni wtedy rozmawiają... Pewnie mówią żonom. Wydaje mi się, że część z nich będzie potem potrzebowała pomocy - podsumowuje Irek.

Zostawieni i opuszczeni

Przedłużony w październiku na kolejne dwa miesiące stan wyjątkowy powinien się skończyć drugiego grudnia. Mieszkańcy nie bardzo w to wierzą. Powtarzają, że ten rząd już tyle razy łamał prawo, że przedłużenie stanu nad ustawowe ograniczenia - w ten czy inny sposób - nie będzie dla niego problemem. Nikt też nie ma złudzeń, że kryzys migracyjny się skończy. Tym bardziej, że wyraźnie widać, że rząd nie ma niego żadnego pomysłu. Bo takim pomysłem nie jest - zdaniem miejscowych - płot. Ludzie przypominają też, że w puszczy szczelnego płotu się nie postawi. Bagna, szerokie doliny rzek, to technicznie niemożliwe. Nie mówiąc już o kosztach przyrodniczych. A mówimy o transgranicznym obiekcie Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

- Nie ma takiego płotu, którego nie dałoby się przeleźć, wyższy płot to dłuższa drabina - zauważa Joanna. Dodaje, że rozwiązanie przyjęte przez władze, czyli sprzeczne z prawem międzynarodowym wyrzucanie ludzi siłowo z powrotem do Białorusi, jest nie tylko niehumanitarne. - Jest nieskuteczne, a Polska przez to nie ma żadnej kontroli na tym, kto się tu przedostaje. Gdyby mieli tam być terroryści, przeszliby bez problemu. To powinno zostać rozwiązane zgodnie z prawem. Ludzie powinni trafiać do ośrodków i tam podlegać weryfikacji - przekonuje.

Bo propagandowe opowieści Straży Granicznej o szczelnej granicy to mit. Tylko podlaska policja zatrzymała od września, w głębi województwa, blisko 2000 osób, które przyszły z Białorusi.

A to nie wszyscy - w tym samym czasie wnioski azylowe w Niemczech, po przejechaniu przez całą Polskę, złożyło kilka tysięcy osób. Ale nawet gdyby jakoś rozwiązać kryzys, to problemy jakie on i reakcja rządu przyniosły, nie znikną. - Jeżeli będziemy znajdować ciała tu w lesie, to Białowieża, w powszechnym odbiorze, będzie grobem, a nie miejscem relaksu - zauważa Joanna. To problem, bo w gminie większość ludzi żyje z turystyki.

- Ale to nie chodzi o pieniądze, odszkodowania czy to, że mamy interesy zamknięte. Jest nam przykro, płaczemy po nocach i nie wiem, jak to się odbije na naszych dzieciach, relacjach z innymi - podkreśla Adam.

Jak dodaje Grażyna, "niektóre historie zatrzymują się gdzieś w głowie". - Czy oczy, czy twarze - mówi. - Wzrok człowieka, którego zgarnia policja, czy straż, ty byłeś ich jedynym łącznikiem i ten smutek, że nie pomogłeś... - opisuje z kolei Irek.

- Jak nas ocenią inni za pięć lat, czy dziesięć? Że my to widzieliśmy, że ludzie nam tu zamarzali, umierali, a my byliśmy obojętni? Przecież historia nas oceni tak, jak oceniła tych, którzy wydawali Żydów w czasie wojny. To jest dla nas przerażające, odbije się nam wielką traumą. Jak my później mamy żyć, funkcjonować? - pyta Adam. - Czujemy się tutaj zostawieni. Zostawieni i opuszczeni, tak samo jak ci ludzie na granicy - podsumowuje.

Reportaż "Strefa strachu" wyemitujemy dziś w Mikrofonie po godzinie 20, na antenie Radia TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM