"Facet piłuje listwę nożykiem, a ja mam do tego maszynę". O Ukrainkach, które kładą Polakom gładzie

Jedna w Odessie przedłużała rzęsy, druga była krawcową w Dnieprze, trzecia pod Kijowem ratowała firmy przed upadkiem. Uciekły przed wojną Putina. W Warszawie chwyciły za szpachle do gładzi i stworzyły ekipę remontową. Na budowach do wojny nie wracają. - Rżymy jak konie. U nas humor to sposób na przeżycie. Ukrainiec może być w czarnej d..., ale mimo to będzie się stamtąd wychylać i śmiać - mówi Tetiana Nowikowa.
Zobacz wideo

Na razie jest ich siedem. Kładą gładzie, tynkują, malują i kleją tapety. Gdy klient potrzebuje, zaaranżują mu wnętrze domu. Zrobią nawet płaskorzeźbę, rzucą na ścianę tynk dekoracyjny albo przyozdobią ją malunkiem.

Anna przyjechała do Warszawy spod Kijowa. Tam zajmowała się ratowaniem firm, które popadły w kryzys i znalazły się na granicy bankructwa. Ma wyższe wykształcenie i doświadczenie w biznesie.

Oksana skończyła w Odessie szkołę artystyczną, ale pracowała tam w salonie urody. Przedłużała klientkom rzęsy.

Stanisława była krawcową, a Maryna pracowała w biurze firmy, która sprzedawała sprzęt hydrauliczny. Obie pochodzą z Dniepra.

Natalia w Charkowie zajmowała się domem. To zadbana kobieta z perfekcyjnie zrobionymi paznokciami, która w Warszawie chwyciła za szpachlę do gładzi.

Jest jeszcze Jelena z Mariupola. O niej wiadomo najmniej. Z miasta, które Rosjanie obrócili w ruinę, przywiozła milczenie.

Przewodzi im Tetiana, projektantka i dekoratorka wnętrz. Jako jedyna z nich nie uciekła przed wojną. Do Polski sprowadziła się prawie sześć lat temu. To ona wrzuciła na Facebooka ogłoszenie, dzięki któremu ekipa remontowa dziewczyn z Ukrainy zaczęła być rozchwytywana.

"Miałam przed oczami mgłę, a zamiast mózgu kisiel"

Decyzja jednego mężczyzny sprawiła, że setki tysięcy kobiet z różnych części Ukrainy zaczęły w popłochu żegnać się z prawie wszystkim, co miały. Brały tylko dzieci, po kilka ciuchów i coś do jedzenia na drogę. Zostawiały mężów, braci, przyjaciół. Porzucały prace, mieszkania, dobytek. I życie, w którym przez lata się mościły.

W Warszawie było bezpiecznie, choć Tetiana Nowikowa wcale tego nie czuła. Miała wrażenie, że jej świat też się wali. - Pamiętam 24 lutego, dzień wybuchu wojny. Około godz. 4.30 obudziła mnie starsza siostra, która mieszka w naszym Dnieprze. Mówiła przez telefon, że Ruscy bombardują tamtejsze lotnisko i jednostki wojskowe. Nie mogłam uwierzyć. Godzinę później zobaczyłam wojnę w telewizji. Wpadłam w histerię, krzyczałam i płakałam. W końcu opanowałam emocje. Pomyślałam, że dwa-trzy dni i świat zareaguje. Nie da temu idiocie iść dalej. Ale niestety świat zareagował strachem - ubolewa.

Z kolejnych dni pamięta tylko, że wszystko wypadało jej z rąk. Klient zamówił u niej portret, ale nie umiała skupić się na pracy. - Miałam przed oczami mgłę, a zamiast mózgu kisiel. Myślałam tylko o siostrze. Błagałam ją, żeby przyjechała do Polski, ale nie chciała. Postanowiła zostać z mężem w Dnieprze. Bardzo się o nią bałam. Jedyne, co mogłam robić, to zabierać uchodźców z granicy i rozwozić ich po domach. Musiałam czymś się zająć - opisuje.

Na początku marca do Warszawy przyjechała jej młodsza siostra z dziećmi i ojcem. Mama Tetiany już tutaj była. - Ucieszyłam się, że są bezpieczni. Ale powstał kolejny problem: jak ich wszystkich wykarmić. Rodzice są już starsi i nie mogą pracować, a młodsza siostra ma małe dzieci. W domu było więc nas dziesięcioro, a tylko ja zarabiałam. Trzeba było coś wymyślić - wspomina.

W Polsce były już te setki tysięcy kobiet z dziećmi, które za sprawą jednego faceta musiały porzucić swoje dotychczasowe życie. - Pomyślałam o nich i o tym, że w budowlance brakuje rąk do pracy. Bo spora część zatrudnionych w tej branży to byli Ukraińcy, którzy po wybuchu wojny ruszyli bić się z Ruskimi. Na rynku zrobiła się więc luka. Postanowiłam, że w nią wskoczę. Razem z kobietami z Ukrainy - podkreśla Tetiana.

"To nie jest męska praca"

Nowikowa już wcześniej znała tę branżę. Jej ojciec był w Ukrainie budowlańcem, więc od dziecka skakała z nim po budowach, gdzie pomagała tynkować i malować. Później, gdy została projektantką i dekoratorką wnętrz, wielokrotnie nadzorowała prace robotników. - W Ukrainie to normalne, że kobiety są tynkarzami i malarzami. Cieszą się wzięciem - tłumaczy.

Najpierw poznała Annę. To ta kobieta, która pod Kijowem zajmowała się ratowaniem firm na skraju bankructwa. Spotkały się w szkole tańca, do której chodzą ich dzieci. Rozmawiały o tym, jak założyć firmę remontową. Anna zadeklarowała, że chce chwycić za szpachlę. - Miałam już plan. Gdy więc znajomi z Dniepra dzwonili i mówili: "W Polsce moja kuma szuka pracy. Możesz jej coś znaleźć?", to potwierdzałam. Dowiedziałam się też o Natalii, która przyjechała z Charkowa z dwójką dzieci. Polacy dali jej dach nad głową, ale przecież nie będą jej karmili w nieskończoność. Dołączyła do nas - wspomina.

Tetiana nauczyła dziewczyny tynkowania, malowania, kładzenia gładzi i tynków dekoracyjnych. Ćwiczyły na ścianach domu Piotra, narzeczonego Nowikowej. - To nie jest męska praca. Jak kobieta chce, to się nauczy. Co prawda, trudno jej zanieść na budowę worek z cementem, ale możne przecież znaleźć jakiś wózek i po problemie. Kobieta pracuje dokładniej i nie zostawia po sobie bałaganu - przekonuje.

Właśnie tę zaletę podkreśliła w ogłoszeniu, które wrzuciła na Facebooka: "Pracujemy czyściutko, a po zakończeniu prac sprzątamy nasze obiekty". - Bo jak człowiek chce odświeżyć mieszkanie, to najbardziej go przeraża, że przyjdzie pięciu facetów, będą palili jak parowozy i jeszcze nabrudzą, a później sam będzie musiał to wszystko myć. Posiedzą trzy dni, a sprzątania po nich będzie na tydzień. A my wchodzimy na budowę w skarpetkach, wszystko zaklejamy folią i zostawiamy wszystko czyściutkie - zapewnia.

Ogłoszenie udostępniły setki ludzi, a Tetiana dostała ponad 100 próśb o remont mieszkań i domów. - Ostatnio pracuję nawet w sobotę i niedzielę, a śpię maksymalnie cztery godziny na dobę. Bo jeżdżę na pomiary i robię kosztorysy, a potem latam na budowy. Muszę się zmieścić w tych śmiesznych 24 godzinach doby - mówi ze śmiechem.

"Nie chcę im drapać dusz"

Pod powiekami noszą obrazy wojny, ale niewiele o niej mówią. Tetiana nie dopytuje, by nie sprawiać im przykrości. Wie z rozmów ze starszą siostrą, która została w Dnieprze, że każde takie pytanie wywołuje płacz. - Nie chcę im drapać dusz. Dlatego jak dzwonią do nich mężowie z Ukrainy, to nie pytam dziewczyn, dlaczego ryczą. Jak chcą się zwierzyć, to ich wysłuchuję i wspieram - wyjaśnia.

Widzi w nich narastającą złość. Bo straciły kontakt z ukochanymi, domy, prace i dobytki. - Wojna rozwaliła im życie i są wściekłe na Ruskich. Gdyby nie dzieci, to pewnie też by walczyły o Ukrainę. Wyjechały stamtąd, żeby maluchom dać normalne życie. Żeby w nocy, gdy zawyją syreny, nie musiały skakać do piwnic. Ale mają już dość uciekania. Mówią, że jak - broń Boże - kacap dojdzie tutaj, to już nie będą się pakowały. Zaczną go gryźć - opowiada nasza rozmówczyni.

Jednak myliłby się ten, kto założyłby, że w czasie pracy dominują przygnębienie i złość. - A skąd! Rżymy jak konie. A to żartujemy, że trzeba pracować w stringach, by klient więcej zapłacił. A to wygłupiamy się: "Trzymamy prosto plecki, nie zginamy kolanek. O właśnie, tak nachylamy się do wiadra". Nie ma bardziej śmieszliwej nacji niż Ukraińcy. U nas humor to sposób na przeżycie. Ukrainiec może być w czarnej d..., ale mimo to będzie stamtąd wychylać się i śmiać - tłumaczy.

Przyznaje, że dziewczyny po powrocie do domów płaczą. Bo wtedy wraca tęsknota za mężami, dawnym życiem, a także obrazy wojny. Ale tych nie są w stanie zmyć żadne łzy.

- Gdy jednak pracują, to wolą się śmiać. Nie chcą już czuć tej wojennej atmosfery. Poza tym nie można zrobić czegoś pięknego, tym bardziej w czyimś domu, gdy w duszy jest smutek. Każda z nas już tyle doświadczyła, że zawsze znajdzie w swoim życiu coś zabawnego, o czym można wspólnie pogadać. Wolimy spotykać się w śmiechu - podkreśla Tetiana.

Jak dodaje, sama wylała już wiadro łez. Tak było, gdy dowiedziała się, że jej starszy syn ma autyzm. Na dodatek wkrótce potem zachorował. - Bardzo gorączkował i przestał mnie rozpoznawać. Na szczęście poszłam do profesora, który obiecał, że mu pomoże. Ale też dodał: "Ty tylko siedzisz i płaczesz. Jak dziecko ma w tych łzach żyć? Myśli, że płacze przez niego mama, najważniejsza kobieta w jego życiu". Zrozumiałam, jak ważne jest, by być uśmiechniętą. Że humor może być moją siłą. A teraz spotykam kobiety, które dopiero co wyjechały z piekła. One też znają tę prawdę: humor jest siłą. Dlatego się śmiejemy - mówi.

- Ale tak ciągle? Może chociaż czasem się pokłócicie? - pytam.

- Nie. Może jak już będziemy zarabiać wagony pieniędzy, to zaczniemy - wybucha śmiechem Tetiana.

"Polacy mylą to ze striptizem, a w Ukrainie to bardziej sztuka"

Nowikowa prawie sześć lat temu wyjechała z Ukrainy, bo nie widziała tam przyszłości dla swojego starszego syna. - Nie ma jej tam dla ludzi z mentalną niepełnosprawnością. Dopóki mój syn był mały, to ludzie w miarę dobrze go traktowali. Był dla nich dziwny, ale malutki. Ale już w szkole go obrażali. Dla dyrektorki był po prostu problemem. Bo w Ukrainie jest tak, że taki dzieciak może być uczniem, ale tylko na papierze. W praktyce nikt go do szkoły nie przywozi. A ja chciałam, żeby mój syn był wśród rówieśników. By wśród nich uczył się żyć takim, jaki jest. Tylko że dyrektorka nie chciała - wspomina.

Jak dodaje, odkryła, że to nie kwestia jednej szkoły i jej dyrektorki. - W Ukrainie widuje się co najwyżej dzieci z autyzmem, ale jak dorastają, to... znikają. Zamyka się ich w szpitalach psychiatrycznych. Zrozumiałam, że nasze państwo nie jest na nich gotowe. Dlatego postanowiłam wyjechać do Polski, bo tutaj sytuacja osób z autyzmem o wiele lepiej wygląda - tłumaczy.

Gdy przyjechała do Polski, była jeszcze mężatką. Jednak niezbyt długo, bo - jak mówi - emigracja uwypukla różnice, które są między ludźmi. - Nasze małżeństwo tego nie wytrzymało. Przyjechałam jako projektantka wnętrz i dosyć szybko zaczęłam sobie radzić. Mąż chciał wracać. Nie zgodziłam się, bo w polskiej szkole syn szybko się odnalazł i poczułam, że tu ma przed sobą lepszą przyszłość. Mąż też chyba nie radził sobie z tym, że zaczęłam studiować politologię, ciągle skakałam po budowach, wymagam od siebie, ale też od niego. Bo przecież nie będę od siebie wymagać, a mąż mi będzie siedział w domu i pachniał. Nie wytrzymał. Rozwiedliśmy się - mówi.

Po skończeniu politologii zaczęła robić podyplomówkę z projektowania wnętrz na ASP w Łodzi. Co prawda, miała już ten fach w ręku, ale chciała mieć jeszcze na to polskie papiery. Bo tu zamierza zostać.

Wróciła też do swojej pasji, którą jest… taniec brzucha. Jest jego instruktorką i czasem tańczy na weselach. - Dostaję też sporo zaproszeń na wieczory kawalerskie - śmieje się. - Ale ich nie przyjmuję. Wiem, że Polacy mylą taniec brzucha ze striptizem. A w Ukrainie to bardziej jak sztuka i jest bardzo popularne - dodaje.

W Polsce poznała też Piotra. Nie lubi nazywać go "partnerem", bo dla niej to polskie słowo jest zbyt zimne. - Dla mnie to po prostu ukochany. Jest inżynierem budownictwa i wkręcił się w mój pomysł dotyczący stworzenia ekipy remontowej. Pomógł mi to ogarnąć formalnie, a teraz jeździ ze mną na pomiary. Klienci mają do niego większe zaufanie, bo jest facetem - Tetiana znów się uśmiecha.

"Śmieję się z tego, że mężczyzna na budowie jest taki ważny"

Jak mówi, polski mężczyzna więcej znaczy na budowie niż ukraińska kobieta. Na początku jeździła do klientów sama, ale szybko zauważyła w ich oczach niepokój. - Mówili mi coś w stylu: "Jak ty, kobieto, dasz sobie radę?". Gdy zaczynałam tłumaczyć, co trzeba zrobić, widziałam reakcje: "Co ty, babo, nie powiesz?". Jestem od dziecka na budowach, więc przyzwyczaiłam się do takich reakcji. Widać, nie trafiam w stereotypy - stwierdza rozbawiona.

Obecność Piotra uspokaja więc klientów. Tatiena mówi im z góry, że będą z nią pracowały tylko kobiety. Ale klientom wystarcza, że Piotr pokręci się po budowie. Myślą wtedy, że trzyma władzę, i mogą odetchnąć z ulgą. Nowikowa patrzy na to z dystansem. - Czasem śmieję się z tego, że mężczyzna na budowie jest taki ważny. Nikogo nie niepokoi facet, który ma się za fachowca, a piłuje listwę podłogową nożykiem. Zarabia na budowach, a nie ma podstawowych narzędzi. Przecież to śmieszne. Ja na budowę przychodzę ze specjalną maszyną (ukośnicą), którą tnę sobie listwy pod różnymi kątami. Mam też szlifierki, piły elektryczne, wyrzynarki i resztę sprzętu. A faceci pewnie myślą, że zamiast tego mam tylko maszynę do szycia - mówi.

Tetiena nie chce przyjmować też zleceń za "stawki dla kobiet". - Wykonujemy zlecenia szybko i bardzo pilnujemy jakości, więc nie ma powodu, żebyśmy brały bardzo niskie stawki. Ja i dziewczyny potrzebujemy zarobku. Nie 10 zł za godzinę, bo to śmieszne. Nie ma cię 10 godzin w domu i przynosisz tylko stówkę. A na co to teraz starczy? Dziewczyny muszą zarobić 20-60 zł za godzinę - w zależności od tego, która jak pracuje. Chcę im dać maksymalnie dużo, bo mi zaufały. Chcę, żeby mogły za to wynająć mieszkanie, zjeść, ubrać się i jeszcze odłożyć - podkreśla.

Dodaje, że jej pracownice chcą wrócić po wojnie do Ukrainy i odbudować swoje domy. A do tego potrzebne są im pieniądze. - Postaram się, żeby z nimi wróciły. I z umiejętnościami budowlanymi. Bo po wojnie najbardziej będą tam potrzebni lekarze i budowlańcy. Czyli ratowanie ludzi i budynków. Żeby w ogóle dało się tam żyć - wzdycha Nowikowa.

Jak mówi, wyciska z siebie wszystko, bo czuje się odpowiedzialna za dziewczyny. - Tylu ludzi zależy teraz od tego, jak sobie poradzę. Boję się, że będą za mało zarabiały. Boję się je zawieść. To jest chyba dla mnie najstraszniejsze - wyznaje.

"Ruski to dla mnie przekleństwo"

Gdy Tetiana myśli o Rosjanach, to przypomina sobie wcześniejszą odsłonę wojny w Ukrainie. Jej kuzyn trafił wtedy tzw. kocioł iłowajski, czyli jedną z najbardziej krwawych bitew w Donbasie. - To było pierwsze ludobójstwo na naszych ziemiach. Mój kuzyn miał 27 lat, gdy tam się znalazł. Ruscy zrobili korytarz humanitarny i zaprosili naszych, żeby wychodzili z oblężenia. Ale jak tylko nasi wyszli, Ruscy otworzyli ogień. Patrzyli im w twarze, śmiali się i walili do nich z broni maszynowej oraz granatników - opisuje wydarzenia z 2014 roku.

Gdy się o tym dowiedziała, przeżyła szok. Była w ciąży, dlatego rodzina dozowała jej szczegóły tej historii. - Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Bo jak Ruscy mogli to zrobić? Mój ojciec jest z Briańska, więc z teoretycznie jestem pół-Ruska. Nie tylko mówię po rosyjsku, ale myślę w tym języku. Chociaż teraz ani w jednej dziesiątej nie uważam siebie za Ruską. Bo to wstyd - podkreśla.

Jej kuzyn prawdopodobnie przeżył ostrzał i trafił jako jeniec w rosyjską niewolę. - Do tych psów, a właściwie orków, bo nie chcę psów obrażać. Jeszcze przez rok czy dwa szliśmy po śladach kuzyna. Bo Ukraińcy odbijali te tereny i wyciągali swoich chłopaków z ruskich piwnic. Pokazywaliśmy im jego zdjęcie. Mówili, że go widzieli, tylko używał wtedy jakiegoś innego imienia. Może coś mu się stało z głową, bo przeżył traumę, a może widzieli kogoś innego. Moje siostry, mama i ciocia go szukały po kostnicach. Oglądały kawałki ciał: ręce, nogi, głowy… - przerywa.

Po chwili dodaje, że kuzyn do dziś nie został odnaleziony. Nie wiadomo, czy zginął, czy został dokądś wywieziony. - Taka niewiedza to straszna rzecz. A jeszcze straszniejsza jest świadomość, że Ruscy ich strasznie katowali. Może i łatwiej było im umrzeć na polu walki… - zastanawia się.

Wspomina, że po tym traumatycznym przeżyciu utrzymywała jeszcze kontakty z przyjaciółmi Rosjanami. - Myślałam, że nie każdy Ruski jest zły, nie każdy chce wojny - mówi z przekąsem.

Później poznała kobietę z Petersburga, która w ukraińskim Dnieprze wysyłała na terapię syna z autyzmem. - Bo tam jest profesor, który cuda robi z takimi dziećmi. To najmądrzejszy facet, jakiego spotkałam. Uczył nas, jak wychowywać takie maluchy, żeby maksymalnie adaptowały się w życiu i społeczeństwie. Bardzo pomógł mnie i jej. Gdy więc ostatnio zobaczyłam, jak pisała na Facebooku, że w Ukrainie są sami faszyści i Rosja musiała zrobić porządek, odpowiedziałam: "Irina! Przecież twoje dziecko postawił na nogi profesor-Ukrainiec. Mieszkałaś wśród nas przez sześć lat! Jak możesz?". Zgłosiła Facebookowi, że rozpowszechniam nienawiść do Ruskich - wspomina.

Irina jest dziennikarką, a jej ojciec - profesorem neurologii. - Czyli można powiedzieć, że pochodzi z elity intelektualnej Rosji. Zrozumiałam, że nienawiści do nas nie żywią tylko słabo wykształceni Rosjanie, którzy naoglądali się propagandy. To nie kwestia edukacji. Ruscy po prostu nie uważają nas za nację. Mają Ukrainę za swoje terytorium, na którym my czasowo mieszkamy. Tylko że nasz czas się skończył. Więc albo zapomnijmy o swojej kulturze i języku, zaczniemy odnosić się do nich jak do panów, albo musimy umrzeć. Nasz wybór jest prosty. Dlatego wysłali do nas mobilne krematoria - ocenia.

Tetiana zerwała kontakt ze wszystkimi znajomymi Rosjanami. - Bo Ruscy to nie narodowość, jak Polacy, Czesi czy Anglicy. Ruski to dla mnie przekleństwo. Jesteśmy wolni, a oni nie umieją być wolni. Jest w nich straszna zawiść. Wolą zająć przemocą dom sąsiada, niż sobie zbudować podobny - stwierdza.

Zakłada jednak, że plan Rosji się nie powiedzie, Ukraińcy wygrają wojnę i odbudują swój kraj. - Cena tej wolności będzie strasznie wysoka. Ale nie mamy wyjścia. Każdy Ukrainiec rozumie, że jeśli podpiszemy jakąkolwiek umowę pokojową z Putinem, to on i tak nas zabije za rok czy dwa. Europa nie może patrzeć na zbrodnie w Ukrainie, dlatego chce jak najszybciej i w jakikolwiek sposób skończyć tę wojnę. Ukraińcy tak nie mogą. Muszą walczyć, choćby do ostatniego - podsumowuje Tetiana Nowikowa.

Teraz z kodem: UKRAINA odsłuchasz każdą audycję i podcast TOK FM. Aktywuj kod tutaj ->

DOSTĘP PREMIUM