Oto trudna prawda o polskim wojsku. Były snajper nie gryzie się w język. "Mleko pod nosem"
Do wojska drugi raz już by nie wstąpił. Uważa, że polska armia jest teraz "dla byle kogo i stała się byle czym", a jej "jakość" szybko zweryfikowałaby wojna. - Ta już na początku mocno zredukowałaby liczbę naszych żołnierzy. Mam na myśli dziesiątki tysięcy ofiar - mówi w tokfm.pl Przemysław Wójtowicz, emerytowany snajper.
- Były snajper opowiada nam o kulisach swojej służby w wojsku. W Afganistanie był dowódcą sekcji snajperów. Przyznaje, że wyszkolono go do zabijania nieprzyjaciela i to robił, ale jego praca polegała nie tylko na tym;
- Największy dystans, jaki pokonał wystrzelony przez niego pocisk, wynosił ok. 1,6 tys. metrów w linii prostej;
- Były snajper nie ma najlepszego zdania o kondycji armii. - Dobrych dowódców Macierewicz wyrzucił na zbity pysk. Zostali karierowicze, którzy lekceważą podwładnych - przyznaje.
Tekst ukazał się w czerwcu 2024 roku. Przypominamy Państwu ten tekst, ponieważ był jednym z najchętniej czytanych w 2024 roku. Zespół tokfm.pl zapewnia, że artykuł nadal jest aktualny.
Służył w armii 21 lat, ale teraz nie ma o niej dobrego zdania. Mówi, że wojsko jest dla byle kogo i stało się byle czym. - Dziś ludzie przychodzą do armii po pieniądze. To zajęcie dla ubogiej młodzieży, którą wysyła się na misje zarobkowe - stwierdza Przemysław Wójtowicz, były snajper, a teraz wiceprezes Fundacji Stratpoints.
Taką misją - zdaniem mojego rozmówcy - jest pilnowanie polsko-białoruskiej granicy, gdzie służby Aleksandra Łukaszenki prowadzą operację "Śluza", masowo przepychając migrantów do naszego kraju. - Choć trwa to od jesieni 2021 roku, nadal nie ma określonych zasad, według których polscy żołnierze służą na granicy. Nie wiadomo, kiedy mogą używać broni, co jest skandalem. Ostatnio widzieliśmy tego skutek, gdy zginął 21-letni żołnierz. Miał przed sobą najpiękniejszy czas życia, a umarł, bo dowódcy kazali mu pilnować płotu. Zamiast szkolić się do wykonywania zadań bojowych, tacy jak on całymi miesiącami chodzą wzdłuż tego płotu. Wkurza mnie panujący tam marazm - przyznaje współautor książek 'Snajper wchodzi pierwszy' i 'Zanim naciśniesz spust'.
Jak dodaje, w Wojsku Polskim ważna jest teraz liczba żołnierzy, a nie jakość ich wyszkolenia. Do armii przychodzą młodzi rekruci, ale - jak mówi Wójtowicz - nie ma im kto zetrzeć mleka spod nosa i przygotować do walki. Bo brakuje dowódców, którzy wyznaczaliby młodym cele i byliby dla nich mentorami. - Dobrych dowódców Macierewicz wyrzucił na zbity pysk. Zostali karierowicze, którzy lekceważą podwładnych. Wiem, bo mam jeszcze wielu kolegów w Wojsku Polskim, poza tym szkolę tam snajperów. Chłopaki narzekają, że nie mają sprzętu ani amunicji, a dowódcy ich nie wspierają - tłumaczy.
W ocenie byłego snajpera taką "jakość" polskiej armii szybko zweryfikowałaby wojna. - Już na początku mocno zredukowałaby liczbę naszych żołnierzy. Mam na myśli dziesiątki tysięcy ofiar - podkreśla.
Dlatego nie może już słuchać polityków - zarówno z PiS, jak i z koalicji rządzącej - którzy dla poklasku powtarzają slogany typu: "Murem za polskim mundurem". A to oni - zdaniem weterana - odpowiadają za to, że wojsko stało się byle czym. - Żołnierz jest tylko narzędziem w rękach polityków, często głupio wykorzystywanym. Wiem coś o tym, bo byłem ciężko ranny na wojnie, która dla Polski nie miała żadnego sensu - tłumaczy Przemysław Wójtowicz.
Snajper wyszkolony do zabijania. "Anioł stróż żołnierzy"
Na wojnie w Afganistanie był dowódcą sekcji snajperów. Przyznaje, że wyszkolono go do zabijania nieprzyjaciela i to robił, ale jego praca polegała nie tylko na tym. - Snajperzy nie są samotnymi wilkami, którzy w pojedynkę przeczesują pole walki w poszukiwaniu celu do eliminacji. To przede wszystkim zwiadowcy, którzy wchodzą pierwsi, a wychodzą ostatni. Odpowiadają za to, żeby oddziały piechoty mogły bezpiecznie wejść w rejon walki i potem równie bezpiecznie z niego się wycofać. Wspierają je precyzyjnym ogniem, ale pozostają zarazem oczami i uszami dowódcy. Wskazują cele i naprowadzają ogień artylerii czy lotnictwa. Są aniołami stróżami żołnierzy - tłumaczy mój rozmówca.
Zadania snajperów Wójtowicz dzieli na planowe i doraźne. Do tych pierwszych należy np. niszczenie uzbrojenia wroga i eliminowanie jego dowództwa. - Jeśli namierzamy bazę śmigłowców bojowych, to po co mamy je niszczyć za pomocą drogich rakiet, skoro możemy użyć do tego dwóch lub trzech par snajperskich? Wystarczy, że zbliżą się na odległość półtora kilometra od tej bazy, by potem w ciągu kilku minut rozwalić maszyny amunicją przeciwpancerno-zapalającą - opisuje.
Zadaniem doraźnym może być wsparcie oddziału, który nagle został zaatakowany przez wroga. Snajperzy wkraczają do akcji i "gubią się" wśród kolegów, by nieprzyjaciel ich nie rozpoznał. Błyskawicznie zajmują dogodne pozycje i precyzyjnie kierują ogień w stronę przeciwnika. Zabijają go o wiele szybciej i skuteczniej niż reszta oddziału.
- Jednak snajperki w snajperce jest tylko 5 proc., a reszta to nudy. To nie jest film o Chrisie Kyle’u (amerykańskim snajperze, którego historię pokazał na ekranie Clint Eastwood - przyp. autora), gdzie akcja pędzi i trzyma widza w napięciu. W naszym fachu jest podobnie jak w całym wojsku: trochę działania w pośpiechu, a reszta to wyczekiwanie - opisuje wiceprezes Fundacji Stratpoints.
Snajper czekał 6 dni na oddanie strzału
Dobrze obrazuje to historia z Afganistanu, gdzie Przemysław Wójtowicz przez 6 dni czekał na oddanie strzału. Miał zniszczyć przenośną wyrzutnię rakiet, którą miejscowi bojownicy ostrzeliwali polskie patrole. Służby wywiadowcze dostarczyły informacji o tym, gdzie cel może się znajdować, a snajperzy rozpoznali teren i znaleźli dogodne do ataku stanowisko w skałach.
- Wtedy osobiście zlikwidowałem tę wyrzutnię, za pomocą broni wielkokalibrowej. Jasne, że nie leżałem ciągiem przez 6 dni, by to zrobić. Gdy chciałem coś zjeść, zasnąć albo się załatwić, wycofywałem się do skrytki pomiędzy skałami. Na takie akcje chodzi co najmniej czterech snajperów, którzy wymieniają się zadaniami. Kiedy jeden czeka na możliwość oddania strzału, drugi jest obserwatorem, trzeci prowadzi łączność radiową, a czwarty może np. zasnąć. Ktoś też zawsze czuwa nad resztą, bo nigdy nie wiadomo, czy nieprzyjaciel nagle się nie zakradnie i nie wbije w ucho któremuś z naszych wyciora od kałasznikowa - wspomina.
Jak dodaje, snajperzy trenują ciała i psychikę, by przetrwać długie czekanie w bezruchu. Na dodatek często tkwią tak w zmieniających się warunkach atmosferycznych. Np. w Afganistanie nad ranem temperatura spadała poniżej zera, by w południe skoczyć do ponad trzydziestu stopni Celsjusza. Ciało Wójtowicza wtedy drętwiało, a umysł odmawiał posłuszeństwa. - Generalnie, snajper nie powinien być na akcji dłużej niż 72 godziny, bo po tym czasie gwałtownie spada jego koncentracja, osłabia się wzrok, a skuteczność strzałów zmniejsza się o 50 proc. - tłumaczy.
Jak wyglądała śmierć przez lunetę karabinu? "Niech mnie pan o to nie pyta"
Największy dystans, jaki pokonał wystrzelony przez niego pocisk, wynosił ok. 1,6 tys. metrów w linii prostej. Aby taki strzał okazał się skuteczny, snajper musi dobrze ocenić między innymi siłę wiatru, który wpływa na tor lotu pocisku. - Doświadczeni strzelcy potrafią to odczytać, obserwując np. kurz wylatujący spod opon samochodu czy ruch liści na drzewach. Ale nawet, gdy ocenię siłę wiatru przy swoim stanowisku, to nie znaczy, że ona będzie taka sama półtora kilometra dalej, gdzie znajduje się cel. Niemniej, u snajperów na jeden trafiony cel przypada ok. półtorej kuli. W piechocie pociski sypią się garściami - mówi.
W Afganistanie luneta umieszczona na jego karabinie powiększała obraz czternastokrotnie, ale to stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę dystans, z jakiego Wójtowicz mierzył do celu. Mógł jednak liczyć na pomoc obserwatora, który miał lunetę z osiemdziesięciokrotnym powiększeniem. To on korygował ogień snajpera.
- Jak wyglądała śmierć przez lunetę pana karabinu? Gdy cel pozostawał tak oddalony, to było łatwiej? - dociekam.
- Niech mnie pan o to nie pyta. To nie są łatwe rzeczy i nie chcę o nich mówić. Proszę zapytać pilota, jak to jest zrzucić napalm na ludzi. Albo czołgistę, który wystrzeliwuje pocisk w stronę wioski i zabija postronne rodziny. Snajperzy tak nie robią. Strzelają tylko do kogoś, kto przez dowództwo został zidentyfikowany jako niebezpieczny przeciwnik. Nie kładą zmasowanego ognia do wszystkiego, co widzą, jak np. piechota. Takie sytuacje widziałem wielokrotnie w Afganistanie - podkreśla.
- Co działo się w pana emocjach po celnym strzale? - dociekam.
- Nie zastanawiałem się nad tym. Strzał to strzał. W Afganistanie byłem po to, by pociągać za spust. A snajper ściąga język spustowy po to, żeby trafić. Mówiąc wprost: strzela, by zabić. Praca żołnierza polega właśnie na odbieraniu życia nieprzyjaciela i na jego zastraszaniu. To konieczność. Do nieprzyjaciela trzeba mieć szacunek, ale nie w czasie walki. Wtedy należy go po prostu eliminować. Jak najszybciej zabić, by on nie odebrał nam życia. Tutaj obowiązuje prosta zasada: kto szybszy, ten żyje - stwierdza.
Mówi, że gdyby został oblężony przez wrogów, byłby gotów wysadzić się granatem. Bo - jak dodaje - lepsze to, niż wpaść w ręce nieprzyjaciela i zostać przez niego poćwiartowanym lub obdartym żywcem ze skóry.
150 zł dla weterana. "Mogę je odesłać Kosiniakowi, by miał na lody dla dziecka"
Do dziś w jego ciele tkwi 12 odłamków pocisków. To "pamiątka" po ostrzale z karabinów maszynowych i moździerzy, który w 2010 roku przeżył w Afganistanie. - Tamtejsi bojownicy przyparli nas skutecznie ogniem do ziemi. Przeszła przeze mnie fala uderzeniowa po wybuchu moździerzy. Zostałem też raniony w nogi - wspomina.
Pomoc doraźną dostał na miejscu, a potem został przetransportowany do Polski. Trafił do wojskowego szpitala w Warszawie, gdzie - jak twierdzi - nikt się nim nie interesował. - Lekarze ani pielęgniarki nie wiedzieli, że mam przylecieć. Gdy już dotarłem, czekałem w deszczu przed szpitalem. Nazywali mnie najemnikiem i byli niechętni do pomocy. Czułem się tam intruzem, więc z niego uciekłem. W domu robiłem sobie opatrunki i zastrzyki - opisuje były snajper.
Jak dodaje, za rany odniesione na służbie teraz dostaje 150 zł dodatku do emerytury. Przypomina sobie o tym, gdy słyszy od kolejnych ministrów obrony hasło: "Murem za polskim mundurem". - Mogę odesłać Kosiniakowi te półtorej stówy, żeby miał na lody dla dziecka. Przecież to kpina - podkreśla.
Równie gorzko podsumowuje wojnę w Afganistanie, w której brał udział. Jego zdaniem robota, jaką tam wykonał z innymi polskimi żołnierzami, nie miała żadnego sensu. - Owszem, dzięki tej misji przez jakiś czas mieliśmy w armii doświadczonych żołnierzy, którzy powąchali proch i zdobyli wojenne doświadczenie. Ale czy to było warte życia 43 polskich żołnierzy, którzy tam polegli? - pyta retorycznie.
Gdyby mógł cofnąć czas, to drugi raz do wojska by nie wstąpił. Jak mówi, lepiej gdyby został prawnikiem czy lekarzem i zapewnił bliskim lepszą przyszłość. - Mam złą wiadomość dla młodych, którzy idą do wojska dla pieniędzy: tam nie da się zarobić kokosów. Choćby nie wiem, jak wysoko awansowali, nigdy nie zapewnią świetlanej przyszłości swoim dzieciom - tłumaczy.
Od 12 lat pomaga rannym żołnierzom w rehabilitacji poprzez sport i rekreację. Wspiera też rodziny i dzieci poległych żołnierzy. Widzi traumy, jakie w ludziach zostawia wojna. Sam je przeżył, ale nie chce o nich opowiadać. Pytanie o to zbywa żartem. - Najtrudniejszy obraz, jaki wraca do mnie we śnie, nie dotyczy wojny, tylko tego, że dalej jestem w wojsku, a nie na emeryturze. Gdy wybudzam się z tego koszmaru, jestem już spokojnym człowiekiem - podsumowuje mój rozmówca.
Źródło: TOK FM