Jest gejem i katolickim księdzem. "Nazywam to węzłem gordyjskim"
- Paweł Rakowski odszedł z zakonu jezuitów i dokonał coming outu, wciąż jednak pozostaje katolickim księdzem;
- W rozmowie z tokfm.pl opowiada o rzymskokatolickiej homofobii i trudnej drodze, jaką przeszedł do zaakceptowania siebie jako geja oraz odrzucenia rzymskokatolickiego nauczania o osobach LGBT+;
- "2025 rok ogłosiłem sobie rokiem randkowania. Bo chciałbym zobaczyć, jak to w ogóle jest" - mówi nam Rakowski.
Trudno było Ci zaakceptować swoją orientację?
- To był absolutny szok. Do końca nie wierzyłem w to, co odkrywałem. W okresie dojrzewania zdałem sobie sprawę, że chyba jestem tym, z kogo się żartuje. To były jeszcze lata 90., więc dostępne były szczątkowe informacje, głównie homofobiczne. Jako młody człowiek pomyślałem, że z tym po prostu się nie da żyć, pojawiły się myśli samobójcze.
Pochodzisz z wierzącej rodziny?
Tak, ale takiej zwyczajnie wierzącej. Moi rodzice nigdy nie byli jakoś mocno zaangażowani w życie parafii. Po prostu się modlili i chodzili do kościoła.
To skąd ten zakon?
W liceum pojechałem na rekolekcje z jezuitami i zachwyciło mnie, że mogliśmy się modlić w milczeniu. Uczestniczyłem już trochę w życiu parafialnym, byłem w grupie młodzieżowej i zacząłem się odnajdywać w takich okołokościelnych klimatach. Fajne było też to, że mogłem znaleźć tam przyjaciół. Ale kiedy już czułem, że coś jest ze mną inaczej, izolowałem się.
Szukałem odpowiedzi na pytanie, kim jestem. To nie było łatwe. Z jednej strony spotkałem w Kościele młodych ludzi i pozwoliło mi to poczuć wspólnotę. Jednak z drugiej - ponieważ Kościół rzymskokatolicki jest homofobiczny - przyjąłem narrację, że to ze mną jest coś nie tak.
Powiedziałeś o tym komuś?
Nosiłem to przez kilka lat w sobie, bo strasznie się bałem. Po raz pierwszy powiedziałem jezuicie. Wskazał, że istnieje takie miejsce jak "Odwaga" [katolicki ośrodek w Lublinie, gdzie "leczą" gejów - red.], ale sam chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, co to właściwie jest. Słyszał po prostu, że tam "pomagają". A teraz wiemy, że to nie jest żadna pomoc, tylko utwierdzanie w wewnętrznym rozdarciu.
Twoja orientacja nie była przeszkodą we wstąpieniu do zakonu?
Nie, ale to wszystko działo się w tym rozumieniu, które wtedy miałem - nie mówiłem o orientacji seksualnej, tylko o tendencjach homoseksualnych czy o lękach homoseksualnych. To są straszne słowa, ale miałem wtedy 19 lat i po prostu bardzo mocno zaufałem temu, co mi powiedziano. Bardzo szybko uwierzyłem komukolwiek, kto wskazał, że mi pomoże ze zdjęciem tego napięcia i lęku. Założyłem też, że skoro wstępuję do zakonu, to moja seksualność tak naprawdę się za bardzo nie liczy, bo mam żyć w czystości i celibacie, więc mogę o tym nie myśleć.
Chciałeś się ukryć?
W ogóle tak o tym nie myślałem. Naprawdę byłem zafascynowany tym, jak księża pracują z ludźmi. Jestem wrażliwy i dobrze odnajdowałem się w słuchaniu drugiego człowieka. I wierzyłem w sakramenty. One były dla mnie ogromną wartością, podobnie jak wspólna modlitwa. Zdecydowałem odłożyć na bok siebie i swoją seksualność.
Udało się?
Nie, lęk i niepokój nie zniknął. Okazało się, że ta moja seksualność rezonuje. Ciągle miałem fantazje seksualne, a przed święceniami zakochałem się. To było bardzo bolesne zakochanie, ale cenne, bo wtedy zobaczyłem, że to jest część mnie, że to jestem ja i to się nie zmieni. I odkryłem, że mam w sobie dwa sprzeczne obrazy Boga: jednego, który mnie kocha takiego, jakim jestem i drugiego, który sprawia, że czuję się źle, bo myślę, że on nie chciał mnie takim stworzyć.
I który obraz Boga wybrałeś?
Poszedłem na konfrontacyjny kierunek z rzymskokatolickim nauczaniem. Ale działo się to krok po kroku. To, że pojechałem na studia biblijne do Rzymu, pomogło mi zacząć rzetelnie czytać teksty biblijne i konfrontować się z nimi narzędziami, których mi dostarczono - wewnątrz samej wspólnoty rzymskokatolickiej.
Wiele osób mówi, że Kościół nie może zaakceptować homoseksualności i rzuca w tym kontekście cytatami z Pisma Świętego. Najczęściej chyba tym, że "ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość" oraz - tu już z Nowego Testamentu, z listu św. Pawła: "Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą". Mógłbyś wytłumaczyć, w jaki sposób można je inaczej interpretować? Nie tak dosłownie i homofobicznie?
Przede wszystkim te teksty nie są o kochających się dwóch mężczyznach czy kobietach, którzy w wolności wybrali siebie do miłości. Każdy z nich dotyka czegoś innego. Św. Paweł mówi to w kontekście zdrady małżeńskiej. Teraz wyobraźmy sobie osoby homoseksualne tamtych czasów i to, jaki miały wybór. Wchodziły w przymusowe małżeństwa, więc zgodnie ze swoją naturą zdradzały swoich małżonków z osobami tej samej płci. To są świadectwa tego, jak tragiczne decyzje musiały podjąć, żeby móc funkcjonować w społeczeństwie.
A Sodoma np. nie jest w ogóle tekstem o kondycji seksualnej człowieka, tylko o braku gościnności i o przemocy. A przemoc możemy spotkać w każdej grupie społecznej. Tych tekstów nie można czytać w perspektywie tego, o czym rozmawiamy dzisiaj, czyli o miłości dwóch wolnych osób. To właściwie podstawa do tego, żeby je odrzucić do jakiejkolwiek refleksji na temat miłości osób LGBT.
Jak już to zrozumiałeś, musiało pojawić się pytanie, co dalej.
Chciałem być wyoutowany jako ksiądz jezuita. Powiedzieć otwarcie o tym wszystkim, co myślę - że wiem, jak to jest być w zakonie, mogę być w środku, ale nie jestem w stanie już żyć w szafie. I chciałbym o tych kwestiach mówić.
Nie udało się...
Niestety. Szybko się okazało, że jest to bardzo trudne. Wystarczyło, że napisałem kilka tekstów w 2023 roku, żeby mieć problemy. Do tego dowiedziałem się, że zostałem wysłany [do zakonu w Kopenhadze - red.] na miejsce jezuity, który ma wykroczenia wobec nieletnich. Przełożeni nie powiedzieli mi całej prawdy. I kiedy ona wyszła na jaw sześć lat później, to stwierdziłem, że muszę wyjechać, bo zwariuję. I poprosiłem o wyjazd z domu zakonnego.
Puścili Cię, ale był warunek.
Tak. Musiałem podpisać się pod zakazem wypowiedzi. I to zabiło mnie już totalnie. Sprawiło, że nie byłem w stanie wrócić [do zakonu], bo moje zaufanie zostało kompletnie zniszczone. Zakazali mi mówić o samym sobie.
Ale złożyłem ten podpis, bo nie miałem siły. Potrzebowałem wyjechać, żeby po prostu odpocząć. Wiedziałem, że to była przemoc wobec mnie - taka psychologiczno-duchowa. Ale z drugiej strony chciałem być wierny wobec własnego podpisu. I wszedłem w kolejny dylemat wewnętrzny. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Finalnie - kiedy podjąłem ostateczną decyzję, że nie wracam, zacząłem mówić i pisać to, co chciałem.
Na Facebooku poinformowałem, że nie wracam do domu zakonnego i zrobiłem przy tym coming out. Podziękowałem też w tym wpisie wspólnocie za to, że mogłem jej służyć, będąc też gejem. Bo mówienie o tym teraz otwarcie to dla mnie odzyskiwanie godności.
A jeśli chodzi o najbliższych i rodzinę, kiedy oni się dowiedzieli?
Coming outu dokonałem w Boże Narodzenie 2023 roku. Zrobiłem niezły numer rodzicom. Nie dość, że w kryzysie wyjechałem z domu zakonnego, to jeszcze pół roku później powiedziałem im, że jestem gejem. Oczywiście bardzo się tego bałem. Ale zostałem odebrany bardzo dobrze - nie zostałem odrzucony i to dla mnie bardzo duża rzecz.
Na co dzień pracowałeś w Danii. Czy podejście do osób LGBT+ było tam lepsze niż w Polsce?
Jeżeli chodzi o społeczeństwo, to oczywiście jest inaczej. Natomiast z perspektywy wspólnoty rzymskokatolickiej to tam nikt nie robi jakiegoś larum, gdy rzymscy katolicy - nawet pracujący w kurii biskupiej - na swoich profilach na Facebooku wywieszą tęczową flagę albo uczestniczą w wydarzeniach wspierających osoby LGBT. Tam nikt tego nie krytykuje. Natomiast - tak jak we wszystkich innych krajach - Kościół rzymskokatolicki w Danii też jest homofobiczny, bo nie pozwala na małżeństwa osób homoseksualnych.
Spowiadałeś osoby LGBT+?
Tak, czasem takie osoby chciały porozmawiać o tym w konfesjonale.
Co im mówiłeś?
Nie mogę ujawnić ze względu na tajemnicę spowiedzi. Ale kiedy widziałem, że nie przyjmują komunii świętej, to czułem się strasznie. Bo ja ją przyjmowałem, będąc w szafie. A wiedziałem, że jak wyjdę z szafy, to znajdę się w tej samej próżni sakramentalnej co oni.
Mówi się, że Kościół katolicki się otwiera...
Tak, bo mówi osobom LGBT, że Bóg ich kocha i że należy je traktować z szacunkiem. To dla mnie kolejny wymiar homofobii. Zamiast dawać prawa, robi się z nas osoby specjalnej troski. A ja nie potrzebuję specjalnej troski. Potrzebuję mieć możliwość wyboru - w tym błogosławieństwa czy małżeństwa z potencjalnym partnerem i zdjęcia tego poczucia winy, że nasza miłość jest grzeszna. Bo ludzka seksualność jest tak integralną częścią wewnętrzną, że wypieranie jej kończy się albo chorobą, albo inną tragedią.
Papież Franciszek zgodził się na błogosławieństwa par homoseksualnych.
Osoby w Kościele można błogosławić zawsze. To nie jest nic nowego. Co więcej, w późniejszych wyjaśnieniach do tego dokumentu jest mowa np., że takie błogosławieństwo nie może się wydarzyć blisko ołtarza.
W mediach mówi się, że mamy jakieś nowe otwarcie, bo papież w ogóle wypowiedział słowo "gej". Niedawno przeszła fala informacji, że we włoskich seminariach pozwalają, by wstępowały tam osoby o tendencjach homoseksualnych. I tu znów mówi się o jakimś "otwarciu". A to właściwie nie różni się od tego, co zrobił papież Benedykt XVI. I tam jest kolejna absurdalna rzecz, ponieważ warunkiem jest, że będą żyć w celibacie. Tak jakby heteroseksualnych nie obowiązywał celibat. Podkreślenie takich rzeczy jest dla mnie okrutne.
Jestem wściekły na każdą wypowiedź, jaką słyszę. Pierwszą rzecz, jaką docenię, będzie ogłoszenie przez papieża: "Skreślamy punkty katechizmu Kościoła katolickiego, bo są krzywdzące dla osób LGBT". Drugą powiedzenie, że "sorry, ale interpretacje niektórych fragmentów Biblii są homofobiczne i należy z tym skończyć". Te zmiany będą bardzo trudne i to będzie sprawa kliku pokoleń, ale one są niezwykle potrzebne.
Dlaczego zmiany wewnątrz są ważne? Nie prościej po prostu zdystansować się od tej instytucji i jej zasad?
Wspólnota katolicka jest duża i ma duży wpływ na kształtowanie się opinii społecznej. Więc nieważne, czy ktoś jest wierzący, czy nie. Myślę, że w interesie wszystkich, którym zależy na pozytywnych zmianach, jest trzymanie kciuków za te zmiany we wspólnocie rzymskokatolickiej. Choć rozumiem wszystkie osoby, które postanowiły opuścić Kościół. Nie wartościuję tego, bo odpowiedź na homofobię może być bardzo różna. Natomiast uważam, że jest to bardzo ważna praca, którą należy wykonać, bo podstawy do zmiany są.
Myślę, że jednak dla wielu osób może być zaskakujące, że zostałeś w Kościele. Mimo wszystko.
Tak, ale Bóg nie jest instytucją. Więc to, co teraz instytucja mówi, także na mój temat, ma mniejsze znaczenie. Poza tym czuję wspólnotę z ludźmi, z którymi w tej tradycji się urodziłem, a które mnie akceptują. Przecież pozostaję osobą wierzącą, mam intuicje związane z tym, że Bóg istnieje. Choć wiem, że moje rozumienie katolicyzmu jest inne niż tradycyjne.
Ja w ogóle podważam to, czy rzymski Kościół jest katolicki. Właśnie przez to, że wyklucza osoby LGBT ze stołu eucharystycznego. Więc nie spełnia swojej misji, żeby karmić Eucharystią swój lud. Ale w tym Kościele jest też bardzo dużo osób, u których znajduję zrozumienie i akceptację. I w tym momencie utrzymuję relacje z tą częścią wspólnoty rzymskokatolickiej, w której mogę bezpiecznie się rozwijać na mojej drodze wiary.
Jestem więc zdystansowany wobec instytucji w tym momencie, ale nie wobec wspólnoty jako takiej, bo wiem, że ona przechodzi przemiany i jest bardzo podzielona.
Na ścianie masz słynny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z tęczową aureolą, za którego rozpowszechnienie aktywistki były ciągane po sądach. Zarzucano im obrazę uczuć religijnych.
Z tym obrazem wiąże się też moja osobista historia. Gdy byłem maturzystą, pojechałem na Jasną Górę. Podszedłem do skrzyneczki z prośbami, tylko nie prosiłem - tak jak inni - o zdanie egzaminów tylko napisałem z prośbą o to, żebym został wyleczony z mojego homoseksualizmu. Potem zapomniałem o tym na lata. I w momencie, kiedy media pokazały ten obraz Matki Boskiej Tęczowej, przypomniałem sobie tę historię. I dla mnie to była osobista odpowiedź z Jasnej Góry, że nie będzie żadnego "uleczenia", bo nie ma takiej potrzeby. Że wszystko jest w porządku. To przyniosło mi ogromną ulgę. Od razu poczułem, że ta tęcza z tą ikoną jest moja. Wydrukowałem ją sobie i zamknąłem w szafce, a teraz mam ją u siebie w pokoju - na ścianie.
A praktykujesz, chodzisz do kościoła?
Na msze w tym momencie nie chodzę. Gdy chodziłem, niektóre kazania były straszne. Gdy pewnego razu spotkałem się z takim, które było homofobiczne, stwierdziłem, że nie chcę żyć w ciągłym napięciu - z pytaniem, czy jak w kolejną niedzielę pójdę na mszę, to nie usłyszę czegoś na swój temat.
Przestałem przyjmować też komunię świętą w solidarności z osobami LGBT. Wiem, że część z nich jest w stanie słuchać swojego sumienia i przyjmować Eucharystię, co mnie bardzo cieszy. Ale niestety ta rzymskokatolicka homofobia bardzo mocno działa na niektóre osoby, które nie są w stanie przekroczyć tej granicy, że będą w konflikcie z oficjalnym nauczaniem.
Ale też nie wiem, co się wydarzy za pół roku czy za rok, czy zacznę chodzić do kościoła. Bo to nie znaczy, że mi tego nie brakuje.
Nadal jesteś jednak księdzem. Jak to możliwe?
To dość skomplikowane. Nazywam to węzłem gordyjskim. Bo przestaję być zakonnikiem, natomiast nie rezygnuję ze święceń. Nie widzę ku temu powodu. W Polsce przyjęło się łączyć seksualność człowieka ze święceniami, ponieważ księża mają żyć w celibacie. Ale celibat w ciągu wieków przyszedł później. Święcenia nie mają związku z seksualnością. Dotyczą bycia dla wspólnoty po to, żeby sprawować sakramenty.
A to, co się wydarzyło pomiędzy mną a ludźmi - jeśli chodzi o pracę w Kościele - jest dla mnie tak ważne, że ciągle mnie to dobro buduje. Tęsknię za tym. Lubiłem odprawiać msze. Widziałem ogromną wartość w sakramencie spowiedzi - żeby ludzie mogli się wygadać w przestrzeni bezpiecznej i opowiedzieć to, co chcą, bez poczucia, że ich ocenię.
Gdybym poprosił o przeniesienie do stanu świeckiego, to trochę zanegowałbym to dobro, które się wydarzyło. Teraz jestem więc trochę "bezdomnym" księdzem, bo nie mam parafii, nie mam misji, nie będę miał żadnego biskupa nad sobą albo przełożonego. Jest to rzeczywistość, w której się próbuję odnaleźć i nie do końca rozumiem, jak to się ma potoczyć.
Udało ci się wrócić do tzw. normalnego życia?
Właściwie to nie wracam, ale tworzę je na nowo, bo po 20 latach w zakonie trudno mówić o tym, że ma się do czego wracać. Tym bardziej, że wstąpiłem w wieku 19 lat, więc nigdy nie miałem ułożonego życia - jako dorosły człowiek. A zaraz skończę 40 lat. To też sprawiało, że bałem się podejmować radykalne decyzje, bo zaczynałem od zera.
I istnieje życie poza zakonem?
Pracuję w korporacji. Nawet przeprosiłem się z językiem duńskim. Psioczyłem zawsze, że jest taki trudny, a okazało się, że z dzięki niemu łatwiej znaleźć pracę. Chcę skończyć studia fotograficzne i mam nadzieję, że uda mi się pracować jako fotograf.
A 2025 rok ogłosiłem sobie rokiem randkowania. Chciałbym zobaczyć, jak to w ogóle jest, bo nigdy tego nie robiłem. Mija już dwa lata, odkąd podjąłem decyzję o wyjechaniu z domu zakonnego. Potrzebuję już z tej żałoby powoli wychodzić i pootwierać jakieś nowe rozdziały. Więc mam już gotowość do tego, żeby randkować i ewentualnie zobaczyć, czy uda się stworzyć jakiś związek.